Latynoskie demony przeszłości

Ameryka Łacińska widziała niejeden zamach stanu. W ostatnich latach wydawało się, że ta drastyczna metoda zmiany władzy odeszła w niepamięć. Kryzys w Hondurasie pokazuje, że jednak nie. Latynoskie demony przeszłości znowu ożyły.

Wojskowi szturmują prezydencką rezydencję i siłą wyprowadzają odzianego w pidżamę lidera kraju, po czym wysyłają go za granicę. Kieruje nimi generał, którego prezydent zdymisjonował cztery dni wcześniej, a który dziś działa na rozkaz Sądu Najwyższego i parlamentu. Organy te szybko zaprzysięgają nową głowę państwa. Ludzie zaczynają wychodzić na ulicę, a nagłówki prasowe krzyczą ,,zamach stanu!”. Światowi liderzy wyrażają oburzenie zachowaniem rządu. Zostaje wprowadzona godzina policyjna, nowi władcy zamykają nieprzychylne im media, dochodzi do pierwszych starć.

Obalony prezydent próbuje wrócić do kraju, lecz zostaje powstrzymany przez wojsko. Zapowiada, że następnym razem może skoczyć ze spadochronem jeśli będzie to jedyne wyjście by powrócić do ojczyzny. W walkach jego zwolenników z wojskiem padają pierwsze ofiary śmiertelne. I to wszystko dzieje się zaledwie w kilka dni.

Brzmi jak opis zamachu stanu rodem czasów z Zimnej Wojny lub scenariusz filmu akcji, prawda? Jest to jednak bardzo telegraficzny skrót prawdziwych wydarzeń, które rozpoczęły się 28 czerwca 2009 roku. Prezydentem jest Manuel Zelaya, generałem Romeo Vasquez, nowym liderem państwa Roberto Micheletti, a ów kraj to Honduras. Ma tam miejsce zamach stanu, który zwrócił uwagę całego świata, ale przez niektórych wcale nie jest nazywany przewrotem…

Iskra…

W mediach można znaleźć liczne informacje dotyczące wydarzeń w Hondurasie po 28 czerwca. Chwytliwe określenie ,,zamach stanu” przyciąga uwagę. I jak to często bywa w przypadku tak ,,gorących tematów”, brakuje miejsca na analizę genezy i natury konfliktu.

U podstaw dzisiejszego kryzysu w Hondurasie leży jego… konstytucja. Spisany w 1982 roku dokument należy do najbardziej nieprzejrzystych i zagmatwanych na świecie, zawiera dziesiątki poprawek. Jedną z głównych cech honduraskiej konstytucji jest jej nacisk na ograniczenie kadencji prezydenckiej do jedynie jednego czteroletniego okres. Dodano tam także wiele klauzul, które chronią poszczególne artykuły przed jakąkolwiek zmianą. W rezultacie jedynym sposobem na zmodyfikowanie tych regulacji jest rozpisanie nowej konstytucji.

Skąd takie kategoryczne podejście do ograniczenia ilości kadencji? Honduras, podobnie jak inne latynoskie państwa, doświadczyła wielu lat rządów brutalnych dyktatorów. Wśród krajów o takiej historii powszechny jest strach przed autorytaryzmem i tak zwanym continuismo. Jest to hiszpańskie określenie na skłonność latynoskich liderów do przedłużania okresu swoich rządów, często poprzez usuwanie limitu ilości kadencji. Najbardziej znanym przedstawicielem tego trendu jest obecnie Hugo Chavez z Wenezueli. Problemy zaczęły się, gdy Manuel Zelaya zapragnął pójść w jego ślady.

…zapalnik…

Zelaya prezydentem został w 2006 roku jako członek obozu liberałów. Biznesmen i właściciel ziemski z czasem zaczął jednak coraz bardziej skręcać na lewo i zbliżać się do wenezuelskiego lidera. Ich zażyłość doprowadziła do tego, że Honduras w 2008 roku, ku niezadowoleniu USA, dołączył do Boliwariańskiej Alternatywy dla Ameryki (ALBA), bloku lewicowych państw ,,pod wezwaniem” Chaveza.

Pomimo wprowadzanych reform społecznych, które były ukłonem Zelayi w kierunku najbiedniejszych obywateli Hondurasu, jego popularność spadła do pułapu poniżej 30 procent. Odwrócił się od niego liberalny elektorat, który czuł się oszukany jego nagłą zmianą frontu. Poziom bezrobocia (około 28 proc.) i przestępczości (jeden z najwyższych na świecie) nie malały.

Zelaya popadł także w konflikt z mediami. W 2007 roku wymusił emisję cyklu 2-godzinnych programów rządowych ,,w celu przeciwdziałania dezinformacji” oraz wprowadził ograniczoną cenzurę. W trakcie jego rządów w tajemniczych okolicznościach zginęło kilku opozycyjnych dziennikarzy. Napięte stosunki panowały także między prezydentem a Sądem Najwyższym oraz parlamentem, zwanym Kongresem. Instytucje te zarzucały mu nadużywanie władzy oraz ciągoty autorytarne.

Wodą na młyn krytyki było zaplanowanie przez Zalayę referendum narodowego dotyczącego reformy konstytucji. Miało się odbyć one 28 czerwca 2009 roku. Prezydent utrzymywał, że zmiany są koniecznie dla zwiększenia skuteczności walki z przestępczością, szczególnie z przemytnikami oraz dla poprawy opłakanej sytuacji gospodarczej kraju, w którym blisko 70proc. obywateli żyje w biedzie.

Jego przeciwnicy zarzucili mu jednak, że taki plebiscyt posłużyć ma mu głównie jako sposób na pozbycie się krępującego go zapisu o pojedynczej kadencji. Mandat Zalayi, gdyby prezydent nie został obalony, skończyłby się w 2010 roku. Opozycja była pewna, że bardzo chętnie zatrzyma on urząd na kolejne cztery lata i będzie próbował zwiększyć swoją władzę innymi modyfikacjami prawa. Silny wpływ, jaki Hugo Chavez wywierał na Honduranina, tylko ich w tej obawie umacniał.

… i pożar

Zwołanie konstytuanty, czyli organu uchwalającego konstytucję, jest jednakże zadaniem parlamentu. Wobec tego rozmaite instytucje państwowe, z Sądem Najwyższym na czele uznały akcje prezydenta za niezgodne z prawem. Ponadto uchwalono, iż nie można przeprowadzać żadnego referendum w okresie 180 dni przed i po wyborach. Elekcje prezydenckie zaplanowane są na listopad, więc ustawa ta mocno ugodziła w plany głowy państwa. By obejść tą zasadę, 23 czerwca Zaleya przemianował referendum na ,,niewiążącą ankietę” bez mocy prawnych, w której obywatele mieliby się wypowiedzieć, czy zgodziliby się na ewentualną zmianę konstytucji. W tym momencie sytuacja zaczęła przypominać szkolną przepychankę.

Sąd Nadal uważa kroki prezydenta za nielegalne, Zelaya prosi wojsko o pomoc w organizacji głosowania. Parlament zakazuje siłom zbrojnym udzielania asysty głowie państwa, za co ten dymisjonuje głównodowodzącego armii, generała Romeo Vasqueza. Sąd i Prokurator Generalny uznają dymisję za nieważną i nakazują odwołanie jej, prezydent to odrzuca i rozprowadza karty do głosowania przy pomocy swoich zwolenników. Parlament i wojsko dyskutują nad możliwością usunięcia Zelayi z urzędu, ten oskarża ich o planowanie zamachu stanu.

No i się doczekał.

,,Oj, ty niedobry Hondurasie!”

Oddziały generała Vasqueza wsadziły Zalayę do samolotu wojskowego i wysłały na Kostarykę rankiem 28 czerwca. Dalsze wydarzenia na bieżąco śledzić można było w doniesieniach prasowych, a w skrócie zostały przytoczone na początku tekstu.

Dużą uwagę media poświęcił zdecydowanej reakcji społeczności międzynarodowej. Tej samej społeczności, która na sfałszowane wybory w Iranie i brutalne represje wobec tysięcy Irańczyków komentowała prośbami o umiarkowanie. Widocznie ,,zamach stanu” brzmi groźniej niż ,,sfałszowane wybory”…

A reakcja w przypadku kryzysu w Hondurasie była niespotykanie ostra i jednogłośna. ONZ i Organizacja Państw Afrykańskich błyskawicznie potępił zmianę władzy, ALBA z Chavezem na czele rzucała gromy i groźby. Wenezuela zakręciła kurek z ropą, Bank Światowy i międzyamerykański odpowiednik zamroziły kredyty i pomoc finansową. Honduras 4 lipca wystąpił z OPA, lecz tylko po to, by nie zostać z niej karnie wyrzuconym po niespełnieniu warunków 3-dniowego ultimatum, w którym organizacja domagała się prawa do powrotu dla Zelayi.

Nawet Stany Zjednoczone, które z pozbycia się lewicowego lidera w pobliskim państwie teoretycznie powinny się cieszyć, uznały nowy rząd za nielegalny. I wycofały część wsparcia finansowego.

I w sumie taka reakcja nie powinna dziwić. Nikt nie chce wspierać praktyki zamachu stanu, która mogłaby kiedyś zostać wykorzystana przeciwko niemu. Ponadto, to nie są czasy Zimnej Wojny, gdy popieranie puczów było metodą walki o wpływy między supermocarstwami. Demokratycznie wybrany prezydent został siłą pozbawiony urzędu, wobec czego sytuacja wydaje się jasna – trzeba to potępić. Jednak gdy tę argumentację zestawi się z pozycją nowego honduraskiego rządu oraz prawem, to sprawa staje się znacznie bardziej skomplikowana. A ów rząd uważa, że… zamachu stanu nie było.

No to był ten zamach czy nie?!

W ogólnym znaczeniu zamach stanu jest nielegalnym przejęciem władzy państwie, zazwyczaj z pomocą armii i zastąpienie poprzedniego rządu nowym, wojskowym lub cywilnym. W honduraskim przypadku sytuacja jest taka, że siły zbrojne działały z polecenia Sądu Najwyższego, a władzy pozbawieni zostali tylko Zelaya i paru ministrów. Co więcej, Sąd utrzymuje, iż obalenie prezydenta było legalne.

Honduraska konstytucja w artykule 239. mówi o tym, że osoba, która narusza lub nawołuje do zmiany ograniczenia do jednej kadencji zostanie pozbawiona stanowiska i nie będzie mogła pełnić funkcji publicznych przez 10 lat. Jest to kolejne ,,zabezpieczenie antydyktatorskie”. Zapis ten podawany jest jako usprawiedliwienie dla decyzji Sąd, gdyż to Zalaya miał złamać to surowe prawo.

Jednakże w niedawno opublikowanym akcie oskarżenie Sąd Najwyższy za powód obalenia byłej głowy państwa podał wielokrotne łamanie prawa przez Zelayę i jego dążenie do przeprowadzenie nielegalnej ankiety, ale nie rzekomą próbę osiągnięcia prawa do reelekcji.

Taki akt oskarżenia nie jest dobrą podstawą dla siłowego obalenia prezydenta, nawet przy tak skonstruowanej konstytucji. W normalnym państwie przy takich zarzutach polityka należy postawić przed sądem i zacząć dochodzenie, a nie wsadzać go na pokład wojskowego samolotu i wysyłać na wakacje z biletem w jedną stronę. Notabene, robiąc to, przeciwnicy Zelayi także działali sprzecznie z konstytucją, gdyż stwierdza ona, iż obywatela nie można wyrzucić z kraju i zabronić mu powrotu.

Dlaczego zatem Sąd nie oskarży byłego prezydenta bezpośrednio o złamanie artykułu 239? Ponieważ nie ma wystarczającego dowodu na to, by dowieść, że Zelaya przepis ów faktycznie naruszył. Referendum, które były lider chciał zorganizować dotyczyło wszak powołania konstytuanty do zmiany konstytucji, a nie zmodyfikowany jej w określony przed głosowaniem sposób. I chociaż jego przeciwnicy mają wiele powodów by podejrzewać Zaleyę o chęć ubiegania się o reelekcję, są to nadal tylko przypuszczenia. Domysły są kiepskim usprawiedliwieniem dla zamachu stanu, toteż legalność akcji Sądu jest wątpliwa.

Intencje prezydenta są tu wielką niewiadomą. Kilka dni po zamachu oświadczył, że po powrocie do kraju zrezygnuje ze swojego pomysłu zmiany konstytucji. Oznaczyłoby to, że godzi się z pożegnaniem się ze stanowiskiem głowy państwa pod koniec 2009 roku. Zaprzecza to jego rzekomym autorytarnym zapędom. Jednak czy faktycznie tak zrobi, to już inna kwestia…

Jedno jest pewne: przebywając na wygnaniu, z poparciem międzynarodowym za sobą, na pewno bardziej korzystne dla niego jest przedstawianie się jako ofiara puczystów, ugodowy polityk bez tendencji dyktatorskich, niż obstawać za kontrowersyjnym referendum czy nawet za ,,niewiążącą ankietą”.

Prawnicy będą się zapewne jeszcze długo o to spierać, ale nie ulega wątpliwości, że nagłe zmiany w Hondurasie noszą silne znamiona zamachu stanu.

Bo robić przewroty, to trzeba umieć

Zastanawiająca jest inna kwestia: dlaczego przeciwnicy prezydenta zdecydowali się na pucz wojskowy? I dlaczego zrobili to w taki sposób?

Zelaya prezydentem doskonałym nie był, co odzwierciedlały badania opinii publicznej przed czerwcem. Widać to było także tuż po zamachu, gdy na ulicę wyszły tysiące zwolenników… jego obalenia. Tłum machał flagami ze sloganami typu ,,nie chcemy być Kubą!” i wyglądał na zadowolony. Grupy poparcia dla obalonego były stosunkowo nieliczne.

Ponadto, Zelaya nie był szczególnie popularny wśród możnych tego świata i mediów, podobnie zresztą jak większość lewicowych polityków z Ameryki Południowej.

Zelayę można było próbować pokazać światowej opinii publicznej jako raczkującego dyktatora, antyamerykańskiego narwańca, który brata się z Chavezem. Parlament mógł mu utrudniać życie negują każdą jego inicjatywę, a opozycyjne media mogły mu robić czarny PR. Nawet jeśli mógłby ubiegać się o nieograniczoną ilość kadencji, w listopadowych wyborach prawdopodobnie by przegrał. Gdyby jednak chciałbym zagarnąć władzę siłą, jak na prawdziwego caudillo przystało, to wojsko nie było po jego stronie, co aktualny przewrót potwierdza. Mogli wykorzystać to, że obywatele Zelayę coraz mniej lubią.

Ten zamach stanu mógł wyglądać jak próba ratowania kraju z rąk ,,czerwonego autokraty”. . Wiele państw by to przyjęło, podobnie jak znaczna część obywateli Hondurasu. Jego przeciwnicy zdecydowali się jednak postąpić inaczej.

Bez dyplomatycznej gracji wyrzucili Zaleyę do Kostaryki, z miejsca mianowali pełniącego obowiązki prezydenta Roberto Michelletego i ,,wymienili” sześciu ministrów. Brutalnie potraktowali ambasadorów kilku państw, w tym Wenezueli i Ekwadoru. Wprowadzili godzinę policyjną, zamknęli część mediów, a do walki ze stopniowo rosnącą grupą zwolenników obalonego polityka używają ostrej amunicji i gazu łzawiącego. I tak mają szczęście, że protesty są bardzo spokojne jak na Amerykę Łacińską. Miesiąc temu w Peru podczas protestów przeciwko reformom gospodarczym zginęło blisko sto osób. W Hondurasie, po zamachu stanu, zginęły na razie, według doniesień., dwie osoby.

Notabene, tymczasowy prezydent Michelleti, były przewodniczący Kongresu, wygląda jak biały polityk rodem z Europy. Jego rodzice byli Włochami. Etniczność może nie być decydująca w polityce, ale po każdym zamachu stanu sytuacja jest bardzo napięta i czasem drobny szczegół może wywołać eskalację konfliktu. Z jakiego powodu o kolorze skóry nowego prezydenta warto wspomnieć? Dlatego, że społeczeństwo Hondurasu to w 90 proc. Metysi. Biała jest tylko co setna osoba.

Dlaczego przeciwnicy prezydenta sami zrobili sobie tak kieską reklamę i dodatkowo obrócili inne państwa przeciwko sobie? Być może w pośpiechu źle zaplanowali strategię działania. Mogli przekalkulować światową niechęć do sprzymierzeńców Chaveza. Może już na samym początku zamachu popełniono błąd i przez nadgorliwość wojskowych prezydenta wyrzucono z kraju zamiast go aresztować, a potem za późno było, by to naprawić? Nad odpowiedzią sami się pewnie zastanawiają odczuwając skutki światowej izolacji.

Czy USA coś kręciło?

Gdy w Ameryce Łacińskiej dochodzi do przewrotu, oczy opinii publicznej podejrzliwie spoglądają na Stany Zjednoczone. Tak jest także i tym razem. USA ma na rękach krew tysięcy Latynosów, którzy zginęli pod rządami tyranów wspieranych dolarami w imię ,,walki z komunizmem”. Smaczku sytuacji w Hondurasie dodaje fakt, że generał Vasquez to absolwent okrytej złą sławą Szkoły Ameryk (School of Americas). Instytucja ta edukowała tak ,,nobliwych” jegomościów jak Augusto Pinochet, Manuel Noriega czy Hugo Banzer. Uczyli się tam między innymi sztuki prowadzenia przesłuchań (czytaj: tortur) czy organizacji przewrotów. Listy ich ofiar zdają się nie mieć końca.

Naturalnym jest więc, że wiele podejrzeń pada na Stany Zjednoczone. Szczególnie, że USA nie lubią nikogo, kto lubi Chaveza. W tym jednak przypadku może to być niesłuszne.

USA pod rządami Obamy starają się uzyskać zbliżenie z Ameryką Łacińską, również tą lewicową. To mogłoby tłumaczyć potępienie zamachowców i żądanie przywrócenia Zelayi. Po co pomagać w obaleniu kogoś, kogo po chwili chcemy widzieć na tym samym miejscu? Cynik mógł powiedzieć, że po to, aby móc pokazać się w roli dobrego sąsiada, który dba o wartości demokratyczne. Takiego, który w razie potrzeby wspomoże nawet znielubionego prezydenta, gdyby temu przytrafiło się nieszczęście bycia obalonym na swoim własnym podwórku. Dla niektórych latynoskich liderów to mogłoby być całkiem komfortowa świadomość.

Ten argument ma jednak pewną słabość. Niechęć do USA jest w wielu krajach łacińskich bardzo duża, a Latynosi chcą się w końcu uwolnić od wpływów potężnego sąsiada z północy. Dlatego woleliby, żeby Amerykanie trzymali się od polityki ich państw z daleka, nawet jeśli miałaby to być pomoc. To także jest forma zależności. Dlatego najkorzystniejszy dla Stanów, w kontekście ocielenia stosunków z południem, byłby brak problemów politycznych w tym regionie, które wymagałyby wstawienia się po którejś ze stron.

A jeśli jakiekolwiek zaangażowanie USA w nieczyste rozgrywki w Ameryce Łacińskiej wyszłoby na jaw… szansa na poprawę stosunków między mocarstwem a Latynosami byłaby stracona na wiele lat. Zamach stanu w Hondurasie to wewnętrzny polityczny kryzys, nie wynik międzynarodowej intrygi.

Niewypał

Ten zamach stanu, w dłuższej perspektywie, nie zakończy się pomyślnie dla przewrotowców. Honduras jest odizolowany politycznie, a co gorsza gospodarczo. Dla tak biednego państwa to znaczny problem. Kraje świata nie będą mogły uznać rządu, który już określili jako nielegalny i przewrotowy.

Po naciskach ze strony Hilary Clinton podczas wtorkowego spotkania z Zelayą w Waszyngtonie zgodzono się na przystąpienie do negocjacji z pomocą mediatora, prezydenta Kostaryki Oskara Pariasa. I chociaż Zelaya i Michelleti utwardzają się w swoich deklaracjach – pierwszy chce wrócić do kraju i na stanowisko, drugi to wyklucza – trudno oprzeć się wrażeniu, że lepiej dla puczystów będzie, jeśli zaczną szykować sobie jakąś strategię wyjścia. Rząd, z którym nikt nie chce rozmawiać, nie będzie w stanie sprawować władzy w nieskończoność, będzie musiał ustąpić. Pod naciskiem własnych obywateli, rebelii wojskowej, a może nawet obcej interwencji, którą już odgrażały się Wenezuela i Ekwador.

Politycy narobili bałaganu. Chociaż pewno wyjdą z tego wszystkiego bez szwanku. Posprzeczają się, podburzają i poobrażają jeszcze jakiś czas. W końcu puczyści dostaną azyl w jakimś sąsiednim państwie, Zelaya wróci na urząd. Chavez będzie się chlubił, że stanął w obronie słabszego i demokracji, Obama ucieszy się, że nie musiał się zbytnio pobrudzić. Latynosi przeżyją parę chwil grozy, odżyją wspomnienia zamachów stanu z zeszłego wieku. Najbardziej na tym wszystkim ucierpią zwykli Honduranie.

Kryształowa kula nie ujawnia przyszłości, ale ten nieporadny przewrót prawdopodobnie niedługo przejdzie do historii. Pokazał on jednak coś ważnego. Ameryka Łacińska to nadal bardzo niestabilny region, który jeszcze nie wyleczył się z rozwiązywania kryzysów politycznych przy pomocy wojska.

Pozostaje pocieszać się tym, że ulice Tegucigalpy, stolicy Hondurasu, nie spłynęły krwią.

Michał Staniul