Idą w zaparte. Izrael odrzuca wezwania Obamy

Oberwało się prezydentowi Barackowi Obamie za jego nieliczne, nieśmiałe kroki zmierzające do pokoju na Bliskim Wschodzie. Neokonserwatywny publicysta Jonathan Tobin, wspierający prawą ścianę izraelskiej polityki, zrównał Obamę z ziemią na łamach Jerusalem Post, wydanie z dnia 19 lipca br.

Co takiego zrobił Obama? Wezwał izraelski rząd do „zamrożenia” rozbudowy osiedli żydowskich na terytoriach okupowanych, głównie na Zachodnim Brzegu Jordanu oraz we Wschodniej Jerozolimie. Prezydent Stanów Zjednoczonych zaapelował także do władz w Jerozolimie, aby zaangażowały się w autorefleksję w stosunku do procesu pokojowego. Dla Tobina jakiekolwiek dogadywanie się z Palestyńczykami nie ma sensu. Twierdzi on m.in., że zarówno bardziej umiarkowani przedstawiciele Autonomii Palestyńskiej, jak i ekstremiści z Hamasu rządzący Gazą nie mają interesu w zawarciu pokoju i odrzucą każdą, nawet najbardziej hojną ofertę izraelską, a więc presja Obamy jest bezcelowa.

Artykuł Tobina jest świetnym przykładem poglądów większości tzw. przyjaciół Izraela, zwanych również żydowskim lobby. W ich mniemaniu dobry Izrael jest okrążony przez dziesiątki milionów wrogich Arabów, którzy mają wyrytą w DNA nienawiść do Żydów i zrobią wszystko, aby zniszczyć Państwo Żydowskie. Środowisko najbardziej wpływowych lobbystów przedstawia wizję historii oraz rzeczywistości z prawicowego punktu widzenia, silnie podlanego religijnym sosem. Wielu mędrców tego obozu wspiera ideę tzw. Wielkiego Izraela, obejmującego nie tylko całą Palestynę, ale także Wzgórza Golan czy część Libanu. Oddanie choć piędzi ziemi uważane jest za zdradę narodu oraz judaizmu.

Na wstępie swego tekstu Tobin przedstawia krótki rys historyczny niewdzięcznej postawy Palestyńczyków, którym Izrael gotów był przychylić nieba, byle tylko wyrzekli się przemocy, a oba narody mogły żyć w wieczystym pokoju. Niestety, zamiast rzetelnie podanych faktów otrzymujemy propagandową papkę, z której wynika jednoznacznie, że Palestyńczycy są sami sobie winni, a Izrael robił co mógł. Nawet wycofał się z Gazy (pamiętajmy, Wielki Izrael i zdrada), a ataki i zamachy nie ustały. Tobin powraca też do mitycznego już szczytu pokojowego w Camp David w 2000 roku, podczas którego Izrael miał rzekomo przedstawić wielce korzystną propozycję pokoju, a Palestyńczycy bez mrugnięcia okiem ją odrzucili. Nie trzeba chyba dodawać, że żadnej wspaniałej oferty nie było, a więc Palestyńczycy nie mogli jej odrzucić.

W dalszej części artykułu Tobin ubolewa nad wzrastającymi wpływami lewej strony żydowskiego lobby w Stanach Zjednoczonych, podkreślając przy tym, że izraelska lewica (chociażby Partia Pracy) została zmarginalizowana przez pasmo porażek na drodze do palestyńsko-izraelskiego porozumienia pokojowego. I tutaj konieczne jest sprostowanie, gdyż nastawieni pokojowo członkowie lobby wcale nie są bardzo silni, a ich głos nie jest ani bardzo słyszalny, ani wielce wpływowy.

Wręcz przeciwnie, od początków istnienia proizraelskich grup wpływu w USA zdecydowaną przewagę ma „prawa strona”, tj. zwolennicy twardej ręki wobec Arabów. Radykalna mniejszość zawłaszczyła sobie prawo do reprezentowania większości pokojowo i ugodowo nastawionej żydowskiej diaspory w Ameryce. Pozbawiona głosu większość dopiero podnosi głowę i zaczyna być dostrzegana, także przez administrację Baracka Obamy. Startuje jednak z praktycznie zerowej pozycji, która jest efektem ośmiu lat absolutnej dominacji prawicy spod znaku AIPAC czy Zionist Organization of America, wywalczonej za prezydentury Busha juniora.

Na końcu Tobin wzywa żydowskich wyborców, donatorów oraz fundraiserów (zbieraczy pieniędzy dla polityków) Partii Demokratycznej do wywierania presji zarówno na członków Kongresu, deputowanych Izby Reprezentantów oraz Senatorów, jak i na administrację Baracka Obamy. W jakim celu? Wiadomo. Żeby zdyscyplinować nowego prezydenta, wskazać mu miejsce w szeregu, dać po łapach i wyraźnie powiedzieć: ręce precz od Izraela. Podobny los spotykał wielu poprzednich prezydentów, ale apogeum potęgi prawicowego lobby proizraelskiego obserwujemy od około dwóch dekad.

Szczyt przypadł oczywiście na prezydenturę Georga W. Busha. Nie był on jednak gorącym zwolennikiem polityki izraelskiej prawicy w momencie obejmowania urzędu prezydenta Stanów Zjednoczonych. Przez pierwsze kilkanaście miesięcy urzędowania jego stosunek do Izraela pozostawał umiarkowanie chłodny. Wkroczenie Izraela do Gazy w 2001 roku zostało potępione przez ówczesnego sekretarza stanu Colina Powella oraz prezydenta Busha. Wtedy, po raz kolejny, zadziałała siła lobby wewnątrz i na zewnątrz administracji. Bush dokonał nagłej wolty i wsparł interwencję prowadzoną przez Ariela Szarona. Tego samego Szarona, który w drugiej połowie lat 90. skutecznie blokował, w ramach gabinetu nie kogo innego jak obecnego premiera Beniamina Netaniahu, realizację Porozumień z Oslo.

Nauczka, jaką dostał wówczas Bush sprawiła, że przestał on sprzeciwiać się poczynaniom Izraela oraz zaprzestał jakichkolwiek samodzielnych (zarazem mogących doprowadzić do sukcesu) inicjatyw pokojowych. Upokorzenie Busha jest lekcją dla Obamy, którą obecny prezydent powinien mieć odrobioną. Początek prezydentury Obama ma w kwestii relacji z Izraelem naprawdę imponujący. Twarda, zdecydowana postawa w sprawie wstrzymania rozwoju żydowskich osiedli na terytoriach okupowanych to pierwszy, istotny krok w stronę pokoju.

Jednocześnie jest to uderzenie w serce proizraelskiego lobby w Stanach oraz w wyborczą bazę rządzącej aktualnie w Izraelu prawicowo-religijnej koalicji (Partia Pracy robi za listek figowy, nie mając rzeczywistego wpływu na kluczowe decyzje). Na Likud, ugrupowanie Netaniahu, gremialnie głosują m.in. żydowscy kolonizatorzy Zachodniego Brzegu oraz Wschodniej Jerozolimy. Żydowska populacja na tych terenach, prawnie należących do Arabów, przekracza już 450 tysięcy. Uwzględniając kolonizatorów Wzgórz Golan (terytorium należące do Syrii), żydowska populacja na nie-izraelskich ziemiach niewiele brakuje już do pół miliona.

Należy nadmienić, że już rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ 242 z 1967 roku stwierdzała, że pozyskiwanie terytorium dzięki wojnie jest niedopuszczalne, a dla zawarcia pokoju niezbędne jest wycofanie się Izraela ze wszystkich zdobytych w wojnie z 1967 roku terytoriów. Zamiast tego, Izrael zdobył kolejne terytoria i nadal poszerza swoje granice, kolonizując arabską ziemię, rozwijając sieć osiedli na Zachodnim Brzegu oraz we Wschodniej Jerozolimie. Jest to polityka faktów dokonanych. Izrael nie ma zamiaru oddać ziemi, którą zajął na osiedla dla własnych obywateli.

Oprócz najnormalniejszej w świecie grabieży ziemi, władze izraelskie (społeczeństwo wcale nie popiera takich kroków) stworzyły system na modłę południowoafrykańskiego apartheidu, w którym Żydzi pełnią rolę Białych, a Palestyńczycy Czarnych i Kolorowych. Wokół Strefy Gazy oraz Zachodniego Brzegu wyrósł sięgający kilku metrów mur, zwany barierą bezpieczeństwa. Poza sankcjonowaniem kradzieży ziemi jego celem jest powstrzymanie ataków terrorystycznych. Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości stwierdził, że całe to przedsięwzięcie jest nielegalne i niezgodne z prawem międzynarodowym, ale Izrael budowy muru nie zaprzestał i ani myśli go burzyć.

Oprócz nielegalnego muru, Palestyńczycy na Zachodnim Brzegu są praktycznie pozbawieni prawa do swobodnej komunikacji (setki punktów kontrolnych i blokad dróg), a także obowiązują ich inne restrykcje. W porównaniu do Strefy Gazy i tak żyje im się luksusowo. Gaza jest niczym oblężona twierdza, której ok. półtora miliona mieszkańców stało się zakładnikami Izraela. Szczelnie zamknięte granice, wydzielanie żywności, lekarstw, uzależnienie od dostaw prądu czy wody, a także – nie do pogardzenia dla władz izraelskich – możliwość do bezkarnego atakowania mieszkańców. Pokazała to chociażby grudniowo/styczniowa operacja Płynny Ołów. Owszem, celem byli strzelający w Izraelczyków z rakiet terroryści, ale trudno nie trafić cywilów na terytorium o gęstości zaludnienia podobnej jak na Manhattanie czy w Hong Kongu.

Władze Izraela kontynuują politykę, która do niczego dobrego nie doprowadzi. Premier Netaniahu odrzucił właśnie wezwanie Obamy do wstrzymania projektów osiedli we Wschodniej Jerozolimie. O żadnych rozmowach pokojowych również nie ma mowy. Tym samym podtrzymywany jest stan, który wywołuje napięcie w regionie, mobilizuje sprzeciw wobec Izraela oraz Ameryki, a także zwiększa zagrożenie dla Izraela. Paradoksalnie, bo przecież w zamyśle izraelskiej prawicy wszystkie realizowane przez nią posunięcia mają bezpieczeństwo zwiększyć.

Nie będzie jednak bezpieczeństwa bez spojrzenia prawdzie w oczy, czyli bez prawdziwego porozumienia z Palestyńczykami. Warunki takiego porozumienia są z grubsza dobrze znane. W następnym wpisie przedstawię te warunki, a także będę kontynuował rozważania rozpoczęte tutaj. Warto spojrzeć do książki byłego prezydenta USA Jimmy’ego Cartera pt. „Palestine. Peace Not Apartheid„, z której będę czerpał pisząc następny artykuł.