Wielka Brytania: Partia Pracy idzie na dno

Gordon Brown uważany jest przez wielu za mistrza politycznego survivalu. Kiedy przed dwoma laty przejmował pałeczkę po Tonym Blairze – odnowicielu brytyjskiej lewicy – sporo było komentatorów dających mu szanse na nie więcej niż rok rządów. Po drodze były liczne skandale – chociażby słynne zagubienie przez brytyjską skarbówkę poufnych danych o milionach podatników. To za jego rządów Wielką Brytanię dopadł kryzys gospodarczy, z którym Brown – bardziej wzorem Amerykanów niż kontynentalnej Europy – walczył pompując w sektor bankowy miliardy z kieszeni podatników. Choć sam jest Szkotem i do dziś reprezentuje w parlamencie jeden ze szkockich okręgów wyborczych, to za jego premierostwa mówi się o ewentualności ogłoszenia przez Szkocję niepodległości najgłośniej od powstania Zjednoczonego Królestwa. Mimo to przetrwał.

Dziś jednak jego pozycja jest zagrożona jak nigdy wcześniej. W ciągu zaledwie kilku tygodni kierowana przez premiera Partia Pracy musiała przyjąć aż dwa potężne ciosy. Najpierw ogromną aferę polityczną wywowały doniesienie o nadużywaniu przez członków parlamentu swoich przywilejów, zwłaszcza dotyczących zwrotu wydatków na służbowe mieszkania. Jeden z najbardziej nagłośnionych przypadków nieprawidłowości dotyczył osoby ze ścisłej wierchuszki gabinetu Browna – minister spraw wewnętrznych Jacqui Smith. Pani minister wpisała w dokumentach, że jej głównym miejscem zamieszkania jest londyński dom jej siostry (gdzie w rzeczywistości po prostu regularnie korzystała z pokoju gościnnego). Jej faktyczny dom w hrabstwie Worcestershire, w którym mieszka jej mąż i dzieci, uzyskał status mieszkania służbowego. Tym samym mogła przerzucać na kasę parlamentu niemal wszystkie wydatki związane z jego utrzymywaniem (a była w tym bardzo skrupulatna, żądąjąc refundacji nawet za uszczelki do kranu kosztujące mniej niż funta). Pikanterii sprawie dodaje wyczyn małżonka pani Smith, który postanowił umilić sobie czas nieobecności żony obejrzeniem dwóch filmów pornograficznych, wypożyczonych w systemie video-on-demand. Sęk w tym, że operator płatnej telewizji dodał 10 funtów za te dwa filmiki do comiesięcznego rachunku, a ten… pani minister przesłała go do rozliczenia przez parlament.

Zupełną kompromitacją Partii Pracy zakończyły się także obie ubiegłotygodniowe elekcje. Już wybory samorządowe (których wyniki poznaliśmy jako pierwsze) przyniosły labourzystom ciężkie straty. Należy wprawdzie pamiętać, że w Wielkiej Brytanii różne jednostki samorządu wybierają swe władze w różnych terminach, a w tym roku głosowała głównie prowincja, gdzie i tak konserwatyści tradycyjnie dominują w większości regionów. Tym niemniej Labour Party zaliczyła kilka bolesnych wpadek w postaci hrabstw, gdzie traciła większość w radach po blisko 30 latach jej dzierżenia.

Prawdziwym kataklizmem jest to, co stało się w wyborach europejskich, których wyniki poznaliśmy z niedzieli na poniedziałek Partia Pracy uzyskała w skali kraju nieco ponad 15% głosów, co jest jej najgorszym rezultatem w wyborach ogólnokrajowych od II wojny światowej. Partia premiera nie tylko straciła ponad 1/3 mandatów w europarlamencie, nie tylko z kretesem przegrała z konserwatystami, nie tylko pozwoliła im po raz pierwszy od prawie 80 lat wygrać wybory w Walii, ale też dała się wyprzedzić tradycyjnie silnej w eurowyborach, ale zasadniczo marginalnej, Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa. To już nawet nie jest blamaż, to całkowite upokorzenie.

O sytuacji wewnętrznej w Partii Pracy, zwłaszcza podniesionym przeciw premierowi buncie, napiszę już wkrótce w kolejnej notce.