Wiatr odnowy w Iranie: Ahmadineżad na wylocie?

Czterech kandydatów zmierzy się w jutrzejszych wyborach prezydenckich w Iranie. Stawka w nich jest jednak większa niż tylko urząd prezydenta-figuranta. W pewien sposób, jutrzejsze wybory mogą stać się punktem zwrotnym w trzydziestoletniej historii Islamskiej Republiki; historii, która – trzeba dodać – kilkukrotnie zaskakiwała nie tylko resztę świata, ale i samych Irańczyków.

Choć jakiś czas temu wydawało się, że ktokolwiek by w nich nie wygrał, irański system polityczny skutecznie uniemożliwi mu przeprowadzenie jakichkolwiek reform (o ile takie zakładał), dziś można powiedzieć, że kolejny raz jakiekolwiek przewidywanie rozwoju sytuacji w tym państwie jest z góry skazane na porażkę.

Wiatr odnowy dotarł bowiem i do Iranu. Na razie to zaledwie lekka bryza, ale w apatycznym ostatnimi czasy społeczeństwie irańskim to i tak dużo. Sprawcą zamieszania jest Hossejn Musawi – najpoważniejszy konkurent ubiegającego się o reelekcję obecnego prezydenta Mahmuda Ahmadineżada. Ten 68-letni architekt, były premier z czasów wojny z Irakiem, potrafił zrobić to, czego nie udało się innym pretendentom do fotela prezydenckiego: poruszył tłumy. Profesjonalnie poprowadzona, nowoczesna kampania wyborcza sprawiła, że dziś to on – a nie Ahmadineżad – zdaje się być faworytem w tym wyścigu. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że urzędujący prezydent nie cieszy się już tak wielką popularnością jak na początku kadencji, mimo wszystko jest to niemałe zaskoczenie.

Sztab Musawiego, wzorując się niejako na Baracku Obamie, zaangażował się w kampanię w internecie, docierając do najmłodszego pokolenia wyborców poprzez Facebooka oraz serwis społecznościowy Google’a – Orkut. Dzięki temu stał się bardziej rozpoznawalny wśród młodych Irańczyków, którzy nie pamiętali czasów jego premierostwa – a była to chyba największa bariera, jaką musiał w tej kampanii pokonać. Dla starszych jest niejako legendą – gdy w roku 1989 zlikwidowano urząd premiera, miał opinię bardzo sprawnego administratora, dzięki któremu społeczeństwo nie popadło w skrajną nędzę podczas wyniszczającej wojny z Irakiem; usuwając się w cień w tym momencie, wiedział kiedy zejść ze sceny niepokonanym. Jeszcze większą niespodzianką jest jednak to, że udało się Musawiemu zmobilizować Irańczyków do działania i zażartych dyskusji politycznych. Efektem tego była barwna, a czasem i ostra kampania wyborcza, prowadzona wszelkimi możliwymi środkami przekazu. Po raz pierwszy na taką skalę wykorzystano nie tylko internet, ale i poczciwą telewizję, gdzie na żywo pokazano serię sześciu debat z udziałem kandydatów. Przyciągnęły one przed telewizory tłumy widzów. Musawi wypadł w nich dobrze, choć w tej najważniejszej nieco zawiódł, starając się w starciu z nierzadko błyskotliwym i ostrym Ahmadineżadem zachować spokój. Zabrakło mu być może nieco instynktu politycznego, a na pewno przekonania, że bardziej agresywny wizerunek nie odstraszy jego wyborców, a może tylko przyciągnąć tych niezdecydowanych.

Warto zadać sobie jednak pytanie, czy ogromne poparcie dla Musawiego to nie swoista powtórka z rozrywki. W roku 1997 i 2001 Mohammadowi Chatamiemu też udało się porwać tłumy, przekonać młodych do tego, że jest po ich stronie i zależy mu na modernizacji kraju. Z żadnych z obietnic się jednak nie wywiązał – skostniały system polityczny okazał się być przeszkodą nie do obejścia dla reformisty. Po jego dwóch kadencjach irańska klasa średnia popadła w stan apatii, czego wynikiem był wybór na prezydenta Mahmuda Ahmadineżada w roku 2005. Choć wydaje się, że po czterech latach letargu klasa średnia wreszcie się przebudziła, wcale nie jest pewne, czy wystarczy to by wynieść Musawiego do władzy, bowiem urzędujący prezydent ma wielu zwolenników na konserwatywnej prowincji, a także wśród gorzej sytuowanych mieszkańców miast.

Przy okazji debaty Ahmadineżad-Musawi można było się przekonać o drugim dnie tych wyborów: walce pokoleń o władzę. Konserwatyści Ahmadineżad i Razai reprezentują w niej drugie pokolenie irańskich rewolucjonistów, a Musawi i Karrubi „generację 1979” – niegdysiejszych bohaterów rewolucji i towarzyszy Chomeiniego, dziś zaś reformistów, widzących, że zmiana musi w końcu nadjeść. Dla tych pierwszych, obalenie szacha w roku 1979 było tylko początkiem mozolnej wspinaczki po szczeblach kariery w Republice Islamskiej. Reprezentują oni radykalny nurt irańskiego establishmentu, który stara się zredefiniować założenia rewolucji Chomeiniego w duchu jeszcze bardziej agresywnego islamskiego fundamentalizmu. Choć wielu uważa, że liderem tego środowiska jest Najwyższy Przywódca Ali Chamenei, może być to bardzo złudne wrażenie. Nie bez przyczyny Chamenei tym razem nie poparł jednoznacznie jednego z kandydatów, tak jak zrobił to w roku 2005, namaszczając Ahmadineżada na prezydenta. Wydaje się, że starzejący się Przywódca – mimo uprzywilejowanej pozycji – może mieć coraz mniejszy wpływ na państwo i czuje się zagrożony „młodymi”, a szczególnie urzędującym prezydentem, który miał być tylko bezwolnym narzędziem w jego rękach, a okazał się być całkiem sprawnym i charyzmatycznym politykiem (choć bardzo słabym prezydentem).

Czy Ahmadineżad szykuje skok na prawdziwą władzę – tego jeszcze nie wiemy, ale przekonamy się, jeśli tylko uda mu się wygrać te wybory. Ma na to nadal spore szanse, nie tylko z powodu swej popularności, ale także dlatego, że irańska demokracja niezwykle uboga jest w narzędzia, które mogą zapobiec oszustwom wyborczym, a system oddawania i liczenia głosów w Iranie daje bardzo wiele możliwości wypaczenia wyników, szczególnie komuś związanemu z administracją rządową. Trudno nawet obliczyć, ilu Irańczyków może głosować, bowiem nie istnieje coś takiego jak oficjalny rejestr wyborców – prawo do wzięcia udziału w wyborach przyznaje się tylko na podstawie aktu urodzenia, co stwarza szerokie pole do manipulacji. Jako że rzadko komu chce się pofatygować do urzędu, aby oficjalnie odnotować śmierć bliskiej osoby i pozbyć się takiego aktu, nie da się oszacować dokładnej ilości tych dokumentów będących „w obiegu”, a to – w połączeniu z faktem, że można głosować w każdym z ponad 60,000 punktów wyborczych – ułatwia sprawę osobom, które chciałyby zagłosować kilka razy: za siebie i za swoich zmarłych bliskich. W 2005 roku reformiści twierdzili, że w ten sposób oddano co najmniej dwa miliony dodatkowych głosów. A może być to tylko wierzchołek góry lodowej.

Biorąc pod uwagę brak jakichkolwiek reprezentatywnych i uczciwie prowadzonych sondaży przedwyborczych, przewidywanie wyników irańskich wyborów przypomina nieco grę w ruletkę. Tak było cztery lata temu, i tak samo będzie jutro. Mimo to, wydaje się mało prawdopodobne, by zwycięzca został wyłoniony już w pierwszej turze – tak więc na ostateczne wyniki przyjdzie nam poczekać nieco dłużej. Dopiero więc pod koniec czerwca dowiemy się, czy do Iranu dotarł wiatr odnowy, czy też był to tylko krótkotrwały powiew świeżości, a okrzyki „Ahmadi Bye-bye!” znikną z ulic równie szybko i niespodziewanie jak się pojawiły.