Tonący Palau się chwyta

Johnson Toribiong, prezydent Palau

To był wielki dzień dla Johnsona Toribionga. Chociaż należy do elitarnego grona niespełna 200 ludzi na świecie będących głowami suwerennych państw, rzadko pojawia się w europejskich czy amerykańskich mediach. Ale w środę niemal każdy szanujący się portal informacyjny czy opiniotwórcza gazeta – zwłaszcza w USA – zamieściła artykuł z  jego nazwiskiem lub nawet cytatem z niego. Johnson Toribiong jest prezydentem Palau – państewka leżącego ok. 800 km na wschód Filipin i zaliczanego do geopolitycznego regionu Oceanii. Palau składa się z ok. 260 wysp, które łącznie zamieszkuje nieco ponad 20 tysięcy osób. I co najważniejsze – jak właśnie się dowiedzieliśmy – jest kluczowym partnerem dla amerykańskiej polityki zagranicznej.

Oto bowiem prezydent Toribong zrobił to, przed czym stanowczo wzbraniają się inni przyjaciele Ameryki, od Australii po Albanię. Zgodził się przyjąć 17 więźniów przetrzymywanych dotąd w okrytej ponurą sławą amerykańskiej bazie w Guantanamo na Kubie. Wszyscy przekazani Palau zatrzymani to obywatele Chin narodowości ujgurskiej. Władze USA uznały ich za niewinnych już pięć lat temu, ale dotychczas nie udawało się znaleźć państwa, które chciałoby ich przygarnąć. Jedynym wyjątkiem były komunistyczne Chiny, ale tam – jako członkowie prześladowanej przez władze mniejszości narodowej i religijnej – niemal na pewno spotkałyby ich bardzo poważne nieprzyjemności, z torturami i być może śmiercią włącznie.

Chiny są obecnie państwem, które znaczna część zachodnich przywódców w głębi serca potępia, a nawet się ich obawia. Mimo to ich ogromne znaczenie gospodarcze i rosnące strategiczne sprawia, że wszyscy unikają otwartych konfliktów z nimi, choćby nawet tylko dyplomatycznych. Dlatego nikt nie palił się do przygarniania jako uchodźców ludzi, których ChRL uważa za kryminalistów i tym samym alergicznie reaguje na wszelkie próby chronienia ich. Palau nie miało nic do stracenia. Jest jednym z niespełna 30 państw, które wciąż uznają Tajwan, a to  – zgodnie z obowiązującą w polityce zagranicznej ChRL doktryną jednych Chin – i tak wyklucza jakiekolwiek oficjalne stosunki z Pekinem. Gospodarka i obronność Palau na tym specjalnie nie cierpi, bo opiera sią jednym strategicznym partnerze – Waszyngtonie. Dlatego wyspiarskie państewko mogło wyświadczyć administracji Obamy tę przysługę bez specjalnego trudu ani poświęceń. Stopień nagłośnienia tej decyzji przez media pokazuje jednak, w jak trudną sytuację wplątał się amerykański prezydent, obiecując w kampanii wyborczej zamknięcie więzienia w Guantanamo.

„Stany Zjednoczone Ameryki nie torturują” – powiedział latem zeszłego roku na konwencji wyborczej w Denver John Kerry, kandydat Partii Demokratycznej z przegranych przez nią wyborów prezydenckich w 2004, a obecnie przewodniczący Senackiej Komisji Spraw Zagranicznych. Zwycięstwo Obamy miało przynieść zasadnicze zmiany w traktowaniu cudzoziemców podejrzewanych o terroryzm. Już po zaprzysiężeniu, nowy prezydent dał sobie rok na zamknięcie ośrodka odosobnienia w Guantanamo, gdzie osadzeni traktowani są w sposób niewyobrażalny nawet dla pensjonariuszy naostrzejszych polskich więzień. Niedawno plany te pokrzyżowali jego partyjni koledzy – zdominowany przez Demokratów Senat odmówił Białemu Domowi przynania potrzebnych na likwidację pieniędzy.

Dlaczego? Więźniowie z Guantanamo to w ogromnej większości osoby, co do których amerykańskie władze mają podejrzenia graniczące z pewnością, iż w takiej czy innej formie prowadziły działania zagrażające bezpieczeństwu USA (chociaż jest to pojęcie rozumiane bardzo szeroko). Rzecz w tym, iż podejrzenia te nie są oparte na dowodach na tyle mocnych, by dały się obronić przed cywilnym sądem. Według standardów państwa prawa, skoro nie można tych ludzi skazać, to trzeba ich wypuścić (bo eksperymenty z trybunałami wojskowymi tylko powiększają PR-ową katastrofę). Ale Amerykanie doskonale wiedzą, że jeśli się ich wypuści, to wielu z nich wróci do dawnej działalności, a ich wcześniejsza nienawiść do Ameryki zostanie wzmocniona żadzą zemsty. Dlatego w gruncie rzeczy nie za bardzo chcą ich wypuścić. A jeśli już trzeba, to w żadnym razie nie wolno pozwolić im na powrót do własnych krajów. Tylko wobec tego gdzie ich umieścić? W USA? Nie, nie wolno wpuścić terrorystów (co tam, że niedoszłych) na własny teren. Oddać ich innym? Ale nikt nie chce ich brać.

Wobec takich problemów, nawet Palau okazuje się przyjacielem na wagę złota. W końcu wzięło aż 17 byłych więźniów.