Po wyborach do PE: frekwencyjny ból głowy

Zaledwie 43 procent wyniosła frekwencja w zakończonych właśnie wyborach do Parlamentu Europejskiego. W Polsce mniej niż co czwarty uprawniony pofatygował się do urn wyborczych. Nie próbując uczynić z tego żadnej martyrologii, mnie chciało się pójść do ambasady RP w Kopenhadze, choć znajduje się na drugim końcu miasta, żeby wziąć udział w wyborach.

Mała stabilizacja i nagły zjazd

Refleksja nad niską frekwencją w wyborach do PE jest niezbędna. Od 1979 roku, kiedy po raz pierwszy Europejczycy zyskali prawo wskazania swoich reprezentantów w tym ciele w sposób bezpośredni, frekwencja zmniejszała się systematycznie, aż osiągnęła obecne dno. Poziom powyżej 55 procent udało się utrzymać do 1994 roku. Pięć lat później nastąpiło prawdziwe tąpnięcie i zjazd do 49,5 procent. Kolejne wybory przynosiły spadki mniej dramatyczne, w okolicach 2,5-3 procent. Można stwierdzić, że wraz z rozszerzaniem Wspólnoty frekwencja się obniżała, ale byłoby to uproszczenie nie prowadzące do zbyt wielu konstruktywnych wniosków.

Moim zdaniem, dla wyjaśnienia przyczyn niskiej frekwencji, należy zwrócić uwagę na dwie kwestie: po pierwsze, na absolutny brak promocji osiągnięć i działalności instytucji europejskich in gremio oraz PE w szczególności; po drugie, na nieustanne działania sabotażowe podejmowane przez rządy państw członkowskich.

Parlament Europejski – z czym to się je?

Mało kto wie, jakie są uprawnienia Parlamentu Europejskiego i czym ta instytucja w ogóle się zajmuje. Z mediów możemy dowiedzieć się głównie, że posadki w Brukseli i Strasburgu (absurdalność posiadania dwóch siedzib, motywowana dumą narodową Francji, kosztująca podatnika europejskiego ćwierć miliarda euro) są wygodną synekurą. Deputowani mogą się dorobić, a przy okazji nie narobić – bywać na europejskich salonach, rautach i balach, mając swoich wyborców w najgłębszym poważaniu.

Z drugiej strony, Parlament przedstawia się prawie zawsze w krzywym zwierciadle, pod hasłem: eurokraci czynią zamach na… niech każdy wstawi sobie coś, o czym słyszał. Pomijam już fakt, że instytucje unijne traktuje się w zasadzie jako jedną, złą i oderwaną od rzeczywistości „Brukselę”, czyhającą na nasze swobody i wolności, narzucającą nam poglądy, z którymi się nie zgadzamy.

Parlament Europejski, choć daleko mu do potęgi parlamentów w państwach narodowych, posiada dość istotne kompetencje, m.in. dotyczące budżetu (wydatków niestałych, tj. z wyłączeniem głównie rolnictwa) oraz legislacji (zdecydowana większość rozporządzeń i dyrektyw unijnych musi zostać zaakceptowana przez PE). Co więcej, Parlament musi wyrazić zgodę na osobę przewodniczącego Komisji Europejskiej, najważniejszej instytucji w UE, oraz – następnie – na zaproponowaną przez niego „drużynę”. Jak wiemy, w poprzedniej kadencji deputowani wykorzystali swoją siłę i wymusili na Italii zmianę kandydata na komisarza (choć powód sprzeciwu uważam za skandaliczny).

Dodatkowo, jak każdy parlament, PE dysponuje szeroką gamą środków kontrolnych wobec Komisji, organu wykonawczego (zarazem posiadającego wyłączną inicjatywę ustawodawczą – taka europejska osobliwość) Unii Europejskiej. Pozbawiony najważniejszego atrybutu demokratycznego parlamentu, wspomnianej wcześniej inicjatywy ustawodawczej, Parlament posiada inicjatywę polityczną – może zwrócić się do Komisji z apelem o przedłożenie projektu odpowiedniego aktu prawnego dotyczącego konkretnego zagadnienia.

Nie bez powodu deputowani do Parlamentu Europejskiego powtarzają jak mantrę, że rola PE w ostatnich kilkunastu latach zdecydowanie wzrosła, a Parlament nie boi się podejmować odważnych decyzji, jak np. odrzucić pierwotną dyrektywę dot. ofert przejęć (takeovers), co wymusiło przygotowanie zupełnie nowej dyrektywy (choć niekoniecznie, niestety, lepszej) i opóźniło harmonizację w tym zakresie o kilka lat.

Pała z marketingu

Niektórym wydawało się, że jako reklama PE wystarczy hasło: „Najbardziej demokratyczny spośród organów Unii Europejskiej”. Jednak sam fakt możliwości wyboru przez obywateli państw unijnych swoich przedstawicieli przestał być atrakcyjny. Powtarzanie sloganów o tym, że wybory do PE są odpowiedzią na deficyt demokracji w UE jest już bardziej śmieszny niż nudny. Unia miała zaangażować Europejczyków, prowadzić z nimi pogłębiony dialog, reagować na ich potrzeby. Parlament miał być jednym z narzędzi tej nowej, otwartej, obywatelskiej polityki. Jak wyszło, widzimy aż za dobrze.

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego – dysponując budżetem liczonym w dziesiątkach miliardów euro – Unia Europejska jako całość, a Parlament Europejski w szczególności, nie są w stanie skutecznie promować własnych osiągnięć i informować o własnej działalności. Dla eurokratów promocja zakończyła się na etapie strony WWW, która – choć bogata w treść – jest mało przejrzysta i nieprzyjazna w nawigacji. Posiadając jednak zasoby, chyba niezbyt trudno zatrudnić odpowiednio wykwalifikowanych i zdolnych ludzi, aby przygotowali oni stałą kampanię informacyjno-promocyjną. I nie mam tu na myśli bannerów, ulotek, plakatów czy ogłoszeń w gazetach – bo takich rad może udzielić średnio rozgarnięty gimnazjalista.

Bez wyjścia do obywateli, Europejczyków, nie ma szans na zwiększenie ich zainteresowania Wspólnotą, jej instytucjami i – przede wszystkim – ich działalnością. Nie ma co liczyć na większą frekwencję, jeśli nie potrafi się jasno i precyzyjnie powiedzieć, jaki jest sens naszego istnienia i jaki mamy wpływ na wasze codzienne życie. A jest on niebanalny, rozporządzenia i dyrektywy regulują coraz więcej obszarów życia każdego z nas.

Do Brukseli jak na wojnę

Trudno będzie odnieść sukces na opisanym powyżej polu, gdyż kłody pod nogi instytucjom europejskim rzucają, z wielką ochotą, rządy państw członkowskich. Polityka toczy się na podwórku krajowym, nie europejskim, więc partie rządzące i rządy z upodobaniem przedstawiają każdy, nawet najmniejszy sukces Europy jako swój własny, z niechęcią przebąkując przy tym o udziale czynnika unijnego. Jeśli zaś za jakąś klęskę czy porażkę, choćby czysto wewnętrzną, da się obwinić Brukselę, mało który polityk oprze się tej pokusie. Przekaz dla wyborców jest jasny: Co dobrego, to my; co złego, to nie my, to (zła) Bruksela.

W Polsce od kilku już lat zadziwiająca jest atmosfera niemalże wojenna przed każdym zbliżającym się szczytem unijnym. Rządzący i opozycja na długo przed ich rozpoczęciem zbroją się i okopują, używając często populistycznej retoryki. Każdy szczyt może mieć co najwyżej dwa rozstrzygnięcia, niczym heroiczna bitwa mitycznych herosów – nasza delegacja może wrócić z tarczą albo na tarczy. Kategoryczność sądów, czyli albo sukces albo porażka, i ich promowanie przez media sprawiają, że powstaje obraz nieco martyrologiczny. Oto dzielna polska delegacja jedzie, zwykle po pieniądze lub inne profity, do Brukseli i wraca z łupami albo w podziurawionych butach. Możemy tylko zyskać, uszczknąć dla nas większy kawałek wspólnego tortu, albo dostać po łapach i obejść się smakiem.

Weźmy choćby słynne już polskie stocznie, które – jak próbuje się to przedstawiać – są zamykane przez Brukselę. Nic bardziej mylnego! To kolejne polskie rządy wykazywały się szokującą wręcz nieudolnością, mogąc rozwiązać kwestię stoczni, gdyby tylko naprawdę tego chciały. I nic nie pomoże zwalanie winy na innych i zapieranie się, jakim to było się twardym negocjatorem podczas rozmów z Komisją Europejską, skoro stoczni i tak to nie uratowało. Ale wiadomo, winna Bruksela i eurokraci.

Poprawy raczej nie będzie

Jaka jest legitymacja Parlamentu wybranego przez 43 procent uprawnionych do głosowania oraz jaka jest legitymacja reprezentantów wybranych przez mniej niż jedną czwartą uprawnionych, nietrudno się domyślić. Przyczyny obecnego stanu rzeczy leżą zarówno po stronie europejskiej, jak i w każdym z państw członkowskich z osobna. O ile pierwszy problem, tj. odpowiedniej informacji i promocji z pewnością można rozwiązać, o tyle postawę większości rządów (niezależnie od barw partyjnych) zmienić będzie bardzo ciężko.

Kampania wyborcza, także ta do Parlamentu Europejskiego, toczy się pod dyktando spraw stricte wewnętrznych. Stąd lament części publicystów i ekspertów nad brakiem prawdziwej debaty europejskiej wydaje się naiwny i nie można brać go na poważnie. Trudno bowiem liczyć na to, że obywatele będą bardziej zainteresowani np. kwestią ewentualnej akcesji Turcji do UE czy wyborem pomiędzy Partnerstwem Wschodnim a Unią Śródziemnomorską, niż np. złym stanem infrastruktury drogowej bądź rosnącym bezrobociem w danym kraju.

Z pewnością przyczyn, dla których frekwencja wyborcza w całej Unii systematycznie spada jest o wiele więcej. Zachęcam do podzielenia się własnymi refleksjami w temacie niskiej frekwencji.