Nie będzie Zielonej Rewolucji w Iranie

Ajatollah Chamenei, potwierdzając wyniki wyborcze przypieczętował reelekcję Mahmuda Ahmadineżada na prezydenta republiki.

Tuż po wyborach Ali Chamenei (Najwyższy Przywódca Iranu) nie odniósł się do podawanych przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych wyników wyborów prezydenckich, ale pochwalił Irańczyków za to, że tak tłumnie stawili się przy urnach wyborczych. Gdy atmosfera w Teheranie i kilku innych większych miastach zaczęła gęstnieć, Przywódca zdecydował się pogratulować nowemu-staremu prezydentowi reelekcji oraz zaapelował do irańskiej ulicy o spokój, rozwagę i akceptację wyniku wyborczego konserwatysty. Zwolennicy Hosejna Musawiego nie posłuchali, czego wynikiem były trwające przez cały weekend zamieszki w największych miastach Iranu.

Ponowne wybory są niemożliwe

Ali Chamenei widząc, że jego nawoływania nie spotykają się z pozytywnym odzewem ze strony zwolenników Musawiego, zdecydował się na dwa kroki, które mają przywrócić porządek w Iranie. Przede wszystkim, do regularnych jednostek policji rozganiających protesty, szybko dołączono – w większości nieumundurowanych – członków milicji Basidż. Najprawdopodobniej to właśnie basidżowcy odpowiedzialni są za najbardziej brutalne ataki na opozycję, łącznie ze zdemolowaniem  – w nocy z niedzieli na poniedziałek – jednego z teherańskich akademików. Wykorzystanie sił Basidż oznacza, że władze w Teheranie przestały patrzeć na demonstracje zwolenników Musawiego jak na nic nie znaczące protesty o niewielkiej sile oddziaływania, które mogły kwalifikować się jako „wybryki natury chuligańskiej” (mniej więcej takich słów użył Mahmud Ahmadineżad w rozmowie z dziennikarką CNN, porównując wybory do meczu, a wybuchłe po nich protesty – do pomeczowych zamieszek); dostrzeżono i doceniono zatem polityczne tło tych zamieszek.

Ta zmiana percepcji wymusiła na Chameneim podjęcie drugiego – wbrew pozorom znacznie poważniejszego – kroku: oficjalnego zatwierdzenia wyniku wyborów. Wraz z tym oświadczeniem, legalna droga rewizji wyników została dla Musawiego de facto zamknięta. Jego odwołanie do Rady Strażników staje się w tym momencie krokiem czysto formalnym, bowiem ta nie zdecydowałaby się sprzeciwić woli Najwyższego Przywódcy, którego władza pochodzi przecież od Allaha i jest właściwie niepodważalna. Jest to tym bardziej nieprawdopodobne, że Rada Strażników zdominowana jest przez duchownych o bardzo konserwatywnych poglądach, a na jej czele stoi – od lat popierający Ahmadineżada – ajatollah Dżanati.

Czy miały miejsce oszustwa wyborcze?

Choć zapewne nigdy nie będziemy mieć pewności, czy wybory zostały zmanipulowane w tak dużym stopniu, jak twierdzą zwolennicy Musawiego, istnieje kilka przesłanek, które mogą potwierdzać ich tezy. Przede wszystkim, irański system oddawania i liczenia głosów nie zapewnia niestety odpowiedniej kontroli nad przebiegiem głosowania: głosuje się na akt urodzenia, a nie dowód, nie istnieje coś takiego jak rejestr wyborców, członkowie Basidż piszą za analfabetów (20% społeczeństwa) nazwisko kandydata na karcie wyborczej, a system weryfikacji głosów w MSW nie daje gwarancji przejrzystości.

O tym, że wyniki nie odzwierciedlają prawdziwych nastrojów społeczeństwa świadczyć ma kilka poszlak. Przede wszystkim, zdaniem reformistów mało wiarygodne jest to, że Musawi przegrać miał we wszystkich dużych miastach, w tym i najbardziej postępowym Tebrizie, gdzie rozpoczęła się irańska rewolucja konstytucyjna w 1906 roku i w którym w latach 70. miały miejsce wielkie wystąpienia przeciw władzy szacha. Ponadto, reformistów dziwi nadzwyczajna efektywność liczenia głosów – twierdzą, że niezwykle ciężko jest podliczyć 2 miliony kart wyborczych w ciągu zaledwie godziny, a właśnie z taką prędkością liczono je w nocy z piątku na sobotę. Tak jak przed 12 laty, gdy wybrano prezydentem Chatamiego, za Musawim miała przemawiać także olbrzymia frekwencja wyborcza. Reformiści uważają, że właściwie niemożliwe jest to, by w tak krótkim czasie „wyparowało” kilkanaście milionów wyborców, którzy dali reelekcję Chatamiemu w roku 2001 – a warto dodać, że zdobył on wtedy 78% głosów. Nawet biorąc pod uwagę swoistą labilność ideową wyborców nie tylko w Iranie, ale i na całym świecie, argument ten nie jest bezpodstawny. Mimo to, ten i wszystkie pozostałe zarzuty reformistów pozostają niepotwierdzone i zapewne takimi już zostaną.

Zielona rewolucja? Raczej nic z tego…

Bezkrwawej rewolucji zatem nie będzie, a Hosejn Musawi nie ma najmniejszych szans na to, by pokojowo doprowadzić do unieważnienia wyników piątkowych wyborów. Na razie tylko delikatnie podważa autorytet Chameneiego, lecz ten – wiedząc, że w porównaniu ze swoim wybitnym poprzednikiem, Chomeinimi, wypada co najmniej blado – jest ponoć bardzo wyczulony na punkcie legitymacji własnej władzy. Były kandydat reformistów musi więc czuć, że wchodzi na niepewny grunt. Jeśli chce dalej walczyć, musi odwołać się do bardziej radykalnej części swoich zwolenników, a to równie dobrze mogłoby być początkiem jego klęski jako polityka kreującego się na osobę umiarkowaną i racjonalną. Już teraz policja stara się zdyskredytować protestujących, nierzadko dewastując „w ich imieniu” samochody czy sklepy.

Podejrzewam, że Musawi dobrze wie, że dopóki po stronie władz stoją siły bezpieczeństwa, a za prezydentem-konserwatystą duża część społeczeństwa, w Iranie nie ma szans na żadną systemową zmianę. Pokojowa zielona rewolucja nie dojdzie do skutku – albo w ciągu kilku dni zostanie uciszona, albo przybierze na sile na tyle, by stać się niemal wojną domową; w niej jednak reformiści nie mają szans. Musawi – będąc pragmatykiem – dobrze wie o tym, ale chyba na razie daje się ponieść sytuacji.