Minilateralizm w stosunkach międzynarodowych

W Stanach Zjednoczonych irytacja niemocą przebrnięcia przez proces decyzyjny na arenie międzynarodowej ogarnia kolejne intelekty. W zeszłym tygodniu w Foreign Policy dał temu wyraz Moisés Naím: minilateralizm to pomysł zebrania możliwie najmniejszej liczby państw, które mają największą siłę oddziaływania na rozwiązanie konkretnego problemu. Według Naíma, świat potrzebuje sukcesu, jak tlenu – multilateralizm nie działa, stał się tylko pobożnym życzeniem. W handlu światowym ostatni raz udało się dojść do wspólnego stanowiska w pierwszej połowie lat 90 (123 państwa stworzyły WTO). W tamtym czasie (w 1995 roku) podjęto też ostatnią ważną decyzję w kwestii powstrzymywania rozprzestrzeniania broni masowej zagłady (185 państw). Protokół z Kyoto został przyjęty w 1997 roku, ale jego ratyfikacja nie zakończyła się do dziś. Najmłodszą inicjatywą multilateralną jest Deklaracja Milenijna ONZ, którą w 2000 roku podpisały 192 kraje. Jak pisze Naím, mimo że pewne postępy są widoczne (od powszechnej edukacji, po redukcję biedy), to cele i założenia na 2015 rok pozostają bajką przyszłości nierealną do spełnienia w najbliższych sześciu latach.

Jaka byłaby magiczna liczba wystarczająca do wprowadzenia zmian w życie? Zależy od problemu – z wyliczeń redaktora Foreign Policy wynika jednak, że około 20 państw mogłoby decydować o kierunku rozwoju świata w sprawach zanieczyszczenia środowiska, handlu, bezpieczeństwa nuklearnego, ubóstwa i zdrowia na Południu. Naím przyznaje, że jego pomysł może wzbudzić protesty w krajach nie zaproszonych do stołu: korzyści są jednak warte podjęcia wyzwania, przełamią impas, w którym znalazł się świat.

New World Order

Moisés Naím nie jest jedynym wpływowym intelektualistą w amerykańskim światku ekspertów stosunków międzynarodowych, który ostatnio wyartykułował podobną myśl. Innym jest Leslie Gelb, autor wydanej wiosną książki „Power Rules”. Gelb doktoryzował się pod okiem Kissingera, pracował w Pentagonie za prezydentury L.B Johnsona i w Departamencie Stanu za Cartera. Pisał też w The New York Times, a w końcu został szefem najbardziej prestiżowego w dziedzinie spraw międzynarodowych think-tanku w USA – Council on Foreign Relations. Amerykanin definiuje siłę na wzór Machiavellego: jako zdolność do sprawienia – presją i przymusem – aby ludzie do robili to, czego nie chcą. Gelb nie ma tu na myśli wojny – traktuje ją jako ostateczność, akt fizyczny. Siła w XXI wieku, to przede wszystkim psychologia i polityka, które trzeba zacząć wykorzystywać w polityce światowej, aby wreszcie ruszyć z miejsca. Multilateralizm zawiódł, twierdzi Gelb, idea pomieszczenia wszystkich przy stole wzniosła kolejne bariery utrudniające osiągnięcie rezultatów. Międzynarodowy system zdąża w kieruku marazmu i zastoju. Rozwiązaniem jest minilateralizm, którego nie nazywa po imieniu, ale jednoznacznie definiuje: (…) strategy is to establish power coalitions of key states to solve problems, and not practice multilateralism for its own sake.

Zarówno Naím jak i Gelb nie są apologetami polityki Busha juniora. Obaj dystansują się od koncepcji unilateralizmu i koalicji chętnych. Ameryka nie może sama zmienić świata, ale bez Stanów Zjednoczonych też nie da się tego zrobić. Potrzebna jest współpraca z innymi ważnymi siłami, reszta będzie musiała się dostosować. Gelb jasno określa hierarchię obecnego systemu międzynarodowego. Na szczycie widzi USA, półkę niżej są Chiny, Japonia, Indie, Rosja, Wielka Brytania, Francja, Niemcy, i od biedy Brazylia. Reszta błądzi daleko w tyle. Pierwsze reakcje znanych amerykańskich blogerów zajmujacych się polityką zagraniczną nie zaskoczyły: pragmatycy i realiści przyklasnęli z małymi zastrzeżeniami. W przypadku dalszego przebijania się tej idei do praktyki dyplomatycznej, co może na to powiedzieć polski realista? Musi zastanowić się, co jest w interesie naszego kraju – czy większy wpływ na kształtowanie światowej polityki wedle naszych korzyści będziemy mieć w skoorydowanej polityce zagranicznej UE, czy jako mały osobny kraj oglądający w telewizji spotkania wielkich, który próbuje na własną rękę grać na słabościach mocarstw. Nie ma w tym ani wizjonerstwa, ani sarkazmu, jest potrzeba zdefiniowania interesu, a potem zakasania rękawów i egzekwowania go. Czego powinniśmy wszyscy oczekiwać od prowadzących polską politykę zagraniczną.

Jan Barańczak