Irańska papierowa rewolucja

Najważniejsze w całym zamieszeniu wokół wyboru prezydenta Iranu nie są same wyniki, a fakt, że w tym kraju tworzy się coraz silniejsze społeczeństwo obywatelskie. Już teraz oszacowanie jego sił jest bardzo ciężkie, bo prawdziwy wybuch niezadowolenia wystąpi dopiero w przypadku odrzucenia wyborczych protestów Mira Hosejna Musawiego. Sam kandydat reformatorów to nie jest żaden rewolucjonista, ani nawet demokrata. Jeśli Ahmadineżada uznać za Władysława Gomułkę, to Musawi jest Mieczysławem Rakowskim. Obaj funkcjonują w ramach jednego systemu politycznego, chociaż ich poglądy są w wielu aspektach rozbieżne. Jeśli komuś jeszcze mało, to nad prezydentem stoi duchowo-polityczny przywódca Ali Chamenei i to on rozdaje znaczone karty.

Wyboru prezydenta dokona właśnie Ali Chamenei. Może albo uznać wyniki wyborów albo – przy użyciu swoich wpływów – spowodować powtórzenie wyborów. Wszelkie fałszerstwa musiały mieć co najmniej jego cichą zgodę. Trwa kalkulacja zysków – Chamenei wie, że może stłumić protesty, ale odbędzie się to olbrzymim kosztem i spowoduje długoterminowo niekorzystne z jego punktu widzenia skutki – społeczeństwo obywatelskie będzie się coraz bardziej rozwijać, a on tracić popularność. Iran to nie Chiny, chociaż często media nam próbują to wmówić. Czy wyobrażacie sobie posty na Twitterze z Pekinu czy Szanghaju? Drugą możliwością jest przyznanie się do sfałszowania wyborów i wysłanie Ahmadineżada na polityczną emeryturę. Na razie działania Chameneiego wskazują na to, że będzie stał za obecnym prezydentem. Wyraża zadowolenie z wyników i przebiegu wyborów, a o zaognianie atmosfery oskarża siły zewnętrzne.

Ahmadineżad dysponuje realnym poparciem (chociaż ostatnio doklejali mu też ludzi w Photoshopie – cóż, PR), choćby dlatego, że jego rząd na biedniejszych terenach stosował politykę rozdawnictwa w ramach nielegalnej kampanii wyborczej. W dodatku dysponował wsparciem islamskiego establishmentu, a jego biografia według kombinacji „od zera do bohatera” powoduje, iż w jakiś sposób jest bohaterem biedniejszej i wiejskiej części społeczeństwa. Prezydent Iranu żyje skromnie i religijnie, eksponuje swoje pochodzenie. Tylko, czy jego poparcie sięga ponad 60% w I turze wyborów prezydenckich? Łatwiej mimo wszystko uwierzyć w świętego Mikołaja.

Jakby Ahmadineżad uzyskał np. 40-45% to wynik ten uznałbym za prawdopodobny. Już jednak poprzednio pisałem o tym, że 4 lata temu też pojawiały się oskarżenia o fałszowanie wyborów przez ludzi Ahmadineżada przy cichej zgodzie Chameneiego. „Prawo prawem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie”. Elektorat musiałby się niesamowicie przetasować, by urna głosiła takie wyniki. Do rozstrzygnięcia jest kwestia, czy wybory zostały sfałszowane czy „jedynie” poprawione. Reelekcje w pierwszej turze wygrywa się z reguły w czasach prosperity, a irańska gospodarka znajduje się w fatalnym stanie i obarczany jest tym Ahmadineżad. „Gospodarka, głupcze!” – powiedział mąż obecnej Sekretarz Stanu Stanów Zjednoczonych. Ahmadineżad lekcji nie odrobił, zajmował się głównie straszeniem Izraela i Stanów Zjednoczonych oraz programem atomowym, co raczej 63% by mu w pierwszej turze nie dało. Dla wyborców, a zwłaszcza młodzieży do 30 roku życia, która stanowi 60% mieszkańców, najważniejsze są perspektywy rozwoju, a raczej ich brak. Jego wynik, przy tak wysokiej frekwencji, brzmi zatem nieprawdopodobnie, bo czy wyborcy Chatamiego (byłego prezydenta, tzw. reformatora, który udzielił poparcie Musawiemu) z 1997 i 2001 roku masowo przeszliby na stronę konserwatystów? Co takiego atrakcyjnego proponuje Ahmadineżad, by wygrać w I turze z taką przewagą?

Sytuacji nie zmienia decyzja o ponownym przeliczeniu głosów. Co to za odmiana, jeśli prawdą okażą się informacje o wymianie urn do głosowania? Ponowne przeliczenie głosów da podobny rezultat. To zatem pozorne ustępstwo.

Mir Hosejn Musawi z żoną, Zahrą Rahnavard
Mir Hosejn Musawi z żoną, Zahrą Rahnavard

Dziwny jest też hurraoptymizm wobec Mira Hosejna Musawiego. Resztki rozsądku zachowuje Barack Obama mówiąc, że między Musawim, a Ahmadineżadem nie ma wcale takiej różnicy światopoglądowej, jak to się może wydawać. Mir Hosejn Musawi był premierem Iranu w czasach wojny z Irakiem. Nie będę wypisywał wzajemnych okrucieństw, ale przebieżki więźniów politycznych (czy „jednostki” Basidż) po polu minowym raczej nie odbywałyby się przy sprzeciwie Musawiego. Co więcej, „liberalny” kandydat (ex-kandydat?) obecnie jest dyrektorem Irańskiej Akademii Sztuk oraz członkiem Najwyższej Rady Rewolucji Kulturalnej. Niesamowicie antyestabilishmentowy człowiek…

Sama reakcja Stanów Zjednoczonych jest bardzo ciekawa – Obama celowo unika zaangażowania i czeka na rozwój wydarzeń. Nie chce zmarnować pospieszną deklaracją szansy na rozmowy z Iranem. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że wszelkie deklaracje byłyby jedynie pustymi słowami, a mogłyby się też okazać pocałunkiem śmierci.

Irańskie społeczeństwo rośnie w silę i to jest bardzo pozytywny proces. Mamy też do czynienia z kolejną internetową rewolucją. Musawi jest dzieckiem rewolucji, ale islamskiej. Wykorzystuje pragnienia społeczeństwa. Warto przy tym zauważyć, że nikt nie podważa zasad ustrojowych kraju, a jedynie piętnuje sposób wybierania prezydenta. Niezależnie od wszelkich innych okoliczności trzeba przypomnieć, że reformatorzy (zwani też reformistami) borykali się z różnymi formami dyskryminacji wyborczej.

Prawdziwie nerwowe dni w Islamskiej Republice Iranu dopiero się zaczynają. Władze starają się odciąć media od relacjonowania sytuacji. Może to oznaczać albo jej osłabienie i chęć odetchnięcia (bo nie zastosowano pełnego arsenału dzialań ograniczająćych swobodę) albo przygotowanie do wielkiej rozprawy….