Czy patriarchat przetrwa?

Turcja, prawosławie, islam, Konstantynopol, Bartłomiej I,Nowoczesne, świeckie państwo muzułmańskie i cieszący się międzynarodowym autorytetem tytularny przywódca światowej wspólnoty prawosławnej – trudno wyobrazić sobie jakąkolwiek relację, która w stopniu bardziej jednoznacznym dowodziłaby rzeczywistych intencji Turcji wobec jej chrześcijańskich mniejszości. Czy właśnie stosunki z instytucją o historii sięgającej kilkunastu wieków, której obecności w Konstantynopolu nie zagrażały nawet wielowiekowe rządy kalifów z dynastii Osmanów, nie są dla współczesnych Turków swoistym egzaminem z europejskiego, akcentującego tolerancję dla mniejszości, systemu wartości?

Patriarchat w Konstantynopolu to dla Turcji wielki atut – kraj stanowiący pomost między Wschodem i Zachodem jest jednocześnie ośrodkiem nowoczesnego islamu i historycznym centrum prawosławia. Prężnie działający patriarchat, prowadzący działalność edukacyjną dla duchownych z całego świata, oddziałujący na wiernych od wybrzeży adriatyckich i śródziemnomorskich po Władywostok stanowić mógłby nie tylko wielkie centrum pielgrzymkowe i źródło dochodu dla lokalnego sektora turystycznego, ale przede wszystkim czynnik wzmacniający pozycję Turcji w relacjach z Bałkanami, Ukrainą czy Rosją. Dowodziłby również tolerancyjnej postawy Turcji wobec mniejszości, tak kluczowej dla przekonania Europejczyków do członkostwa tego kraju w UE. Niestety, rzeczywistość zdecydowanie odbiega od zarysowanego powyżej obrazu.

Burzliwa przeszłość grecko-tureckich stosunków i jednoznaczne opowiedzenie się patriarchatu przeciwko osmańskiemu państwu w okresie okupacji Konstantynopola przez aliantów sprawiły, że do dzisiaj uznawany jest on za instytucję zagrażającą interesom państwa tureckiego. Utrzymujący się w tym kraju niemal histeryczny strach przed greckimi czy ormiańskimi pretensjami terytorialnymi sprawia, że wszelkie dyskusje na temat międzynarodowego statusu patriarchatu uznaje się za dowód antytureckich intencji tej instytucji, starającej się, rzekomo, stworzyć w Stambule wschodni odpowiednik Watykanu- niezależne od Turcji, religijne państwo, pierwszy krok prowadzący do odbudowy greckiej władzy nad Konstantynopolem. Liczby mówią same za siebie- mniej niż 4tyś. Greków w Stambule ma raczej niewielkie szanse na zdominowanie tej 15-milionowej metropolii. Do tureckiego społeczeństwa, zarówno prozachodnich elit jak i konserwatywnej większości, liczby jednak nie przemawiają.

Stanowiący podstawę prawną dla statusu mniejszości religijnych w Turcji traktat z Lozanny z 1923r. nie wspomina ani słowem o instytucji patriarchatu. Oficjalne stanowisko Ankary zakłada, że w czasie negocjacji nad traktatem Turcja nalegała na przeniesienie tej instytucji poza granice swojego kraju i tylko ograniczenie jej praw do zwierzchnictwa nad tureckimi Grekami przekonało ją do odstąpienia od stawianych żądań. Używanie tytułu Patriarchy Ekumenicznego czy roszczenie sobie praw do zwierzchnictwa nad prawosławnymi poza granicami Turcji uznaje się więc za złamanie postanowień traktatu i tureckiego prawa. Stanowisko rządu w tej sprawie potwierdził w orzeczeniu z czerwca 2007r. Sąd Kasacyjny (Yargıtay) uznając równocześnie, że patriarchat nie posiada w Turcji osobowości prawnej. Gdyby skutki tej polityki ograniczały się do bojkotowania przez tureckich polityków i urzędników uroczystości z udziałem patriarchy, można by uznać całą sprawę za zwykłą ciekawostkę. W rzeczywistości jednak jej skutki znacznie wykraczają poza tak symboliczne „niedogodności” i zagrażają przetrwaniu instytucji w kształcie, w jakim funkcjonuje ona od kilkunastu wieków.

Turcja utrzymuje, że wszelkie wysokie stanowiska w miejscowym Kościele Prawosławnym (min. członków Świętego Synodu) zajmować mogą wyłącznie obywatele Turcji zatrudnieni na stale w tym kraju. Malejąca w szybkim tempie wspólnota tureckich Greków z oczywistych względów nie jest w stanie zasilić Kościoła wystarczająco wysoką liczba duchownych tak, by za kilka dekad cala instytucja zwyczajnie nie wymarła. Już teraz uniemożliwianie cudzoziemcom zatrudniania w patriarchacie sprawia, że jego pozycja na arenie międzynarodowej zdecydowanie słabnie i w coraz większym stopniu staje się on tylko symbolem odchodzącego do przeszłości prymatu Konstantynopola w światowej wspólnocie prawosławnej. Skoro bowiem liczba duchownych w randze metropolity posiadających tureckie obywatelstwo wynosi obecnie około 20 i stale maleje, to możliwość wyboru kolejnych patriarchów stawać się będzie coraz trudniejsza. I chociaż państwo przymyka oko na łamiące tureckie prawo nominacje cudzoziemców na wyższe stanowiska w patriarchacie, wydaje się to tylko rozwiązaniem prowizorycznym, związanym z toczącymi się negocjacjami akcesyjnymi z Unia Europejską. Ewentualne pogorszenie relacji z Brukselą lub Atenami przynieść może bowiem szybką deportację tych osób, jak najbardziej w zgodzie z obowiązującym w państwie prawem.

Wspólnotę prawosławną w Turcji w nie mniejszym stopniu ogranicza brak możliwości kształcenia w kraju duchownych w związku z zamknięciem w 1971r. seminarium duchownego na wyspie Heybeliada pod Stambułem. Decyzja ta związana była z przejęciem przez państwo bezpośredniej kontroli nad kształceniem duchownych wszystkich wyznań- islamu, judaizmu i poszczególnych odłamów chrześcijaństwa. W największym stopniu uderzyła ona jednak w Greków i Ormian, których nie było stać na edukację swoich duchownych w ośrodkach zagranicznych. O ile Ormianie wydają się bardziej skłonni do kompromisu i w negocjacjach z rządem zadowalają się otwarciem wydziału teologicznego na państwowym uniwersytecie tureckim, Grecy sprzeciwiają się takiemu rozwiązaniu żądając nie tylko powrotu do niezależnego statusu sprzed 1971r., ale także wydania pozwolenia na kształcenie w seminarium obywateli innych państw. Paradoksem jest, że duchowni z najważniejszego prawosławnego ośrodka na świecie nie tylko nie są w stanie stworzyć seminarium o statusie międzynarodowym, lecz sami zmuszeni są wysyłać swoich następców w poszukiwaniu wiedzy za granicę.

Z braku osobowości prawnej patriarchatu i niejasnych przepisów dotyczących fundacji religijnych wynikają również liczne problemy z własnością Kościoła na terenie całego kraju*. Nie są one charakterystyczne wyłącznie dla Greków- w równym stopniu dotyczą pozostałych odłamów chrześcijaństwa obecnych na terytorium Turcji. O ile bowiem wszelkie nieruchomości należące do fundacji kościelnych do 1936r. uznane zostały za ich własność, to w wyniku wysoce kontrowersyjnej, wymierzonej w mniejszości chrześcijańskie decyzji Sądu Kasacyjnego z 1974r. wszystkie nieruchomości nabyte w okresie 1936-1974r. zostały przejęte przez państwo tureckie jako „własność opuszczona”. Od 2002r. państwo zaczęło, choćby z powodu rosnącej presji ze strony Unii Europejskiej, zwracać fundacjom część zagarniętej własności i ponownie wydawać zezwolenia na nabywanie nieruchomości. Do dnia dzisiejszego obowiązują jednak przepisy w znacznym stopniu ograniczające służące temu procedury.

Historia ubiegłego wieku dowodzi, że patriarchat traktowany jest przez Turcję niczym wysunięta placówka greckiego państwa, której maksymalne osłabienie ograniczyć ma w przyszłości jakiekolwiek zagrożenie dla tureckiego charakteru stambulskiej metropolii. Trudno oskarżać Turków o to, że nie są świadomi skutków takiej polityki- wręcz przeciwnie, sprowadzenie Kościoła Prawosławnego do rangi pozbawionej autorytetu międzynarodowego instytucji dbającej o ledwie kilka tysięcy miejscowych Greków, wydaje się współczesnym politykom jak najbardziej pożądane. Postrzeganie problemu mniejszości w kontekście walki o zachowanie integralności terytorialnej i rywalizacji z sąsiadami uniemożliwia trzeźwą ocenę korzyści płynących ze wzmocnienia tej instytucji.

Bez zmiany polityki władz tureckich nie da się niestety odwrócić losów patriarchatu, gdyż wcześniej czy później zabraknie odpowiednich kandydatów na wysokie stanowiska kościelne. Jedyną szansą na przetrwanie będzie w takim wypadku przeniesienie jego siedziby za granicę, gdzie kontynuować będzie swoją działalność bez ograniczeń wynikających z usytuowania na terytorium kraju jemu nieprzychylnego. Nie byłaby to żadna nowość- od kilkudziesięciu lat prawosławny patriarcha Antiochii rezyduje na stale w Damaszku, pojawiają się już glosy o Salonikach jako idealnym miejscu dla nowej siedziby przywódców Kościoła.

Niestety, wiele wskazuje na to, że świecki turecki nacjonalizm dokonać może tego, czego nie udało się islamskim władcom z dynastii osmańskiej – zakończy kilkanaście wieków obecności prawosławnych patriarchów nad Bosforem. Czy nie byłoby to symbolicznym dopełnieniem wydarzeń z 1453 roku?

*Dość skomplikowanym kwestiom majątkowym mniejszości chrześcijańskich w Turcji autor zamierza jescze napisać w oddzielnym artykule..

Kategorie: Bliski Wschód, Europa, Społeczeństwo
Tematy , , , ,
Państwa:
Fotografia główna: The spiritual leader of the Orthodox, Ecumenical Patriarch Bartholomew I of Constantinople, is seen, during a religious service in Kiev, Saturday, July 26, 2008. The Ukrainian president on Saturday asked the world's Orthodox spiritual leader Bartholomew I of Constantinople to bless the creation of a local church that would be independent from the powerful Moscow patriarchate. (AP Photo/Mykola Lazarenko, Pool)