Australia: pierwsza dymisja w gabinecie Rudda

Dziewiętnaście miesięcy i jeden dzień. Tyle czasu przetrwał rządzący Australią gabinet Kevina Rudda w swoim pierwotnym składzie. Pierwszym ministrem, który go opuścił, został Joel Fitzgibbon, kierujący dotąd resortem obrony.

Zaczęło się od sensacyjnego przecieku, iż wojskowy kontrwywiad elektroniczny badał zawartość komputera należącego do… samego ministra obrony. Oto fragment wiadomości telewizji Seven Network z końca marca:

Sprawa dotyczy materii niezwykle delikatnej i złożonej: stosunków Australii z Chinami. ChRL jest dla Australii kluczowym partnerem gospodarczym, zaś przywódcy w Canberrze wiele obiecują sobie także po współpracy politycznej obu państw. Jednocześnie w kraju wciąż bardzo żywe są głosy odwołujące się do tzw. koncepcji chińskiego zagrożenia. Ostatnio tego rodzaju nastroje podgrzewa zwłaszcza konserwatywna opozycja (niech nikogo nie zmyli fakt, że główna partia opozycyjna nosi nazwę Partii Liberalnej). Głównym gwarantem australijskiego bezpieczeństwa jest bowiem wciąż sojusz z USA, zaś wzrost potęgi Chin może już niedługo zagrozić amerykańskiej dominacji, zwłaszcza na Pacyfiku.

Premier Kevin Rudd ma za sobą studia sinologiczne, a kierowana przez niego Australijska Partia Pracy (ALP) zawsze była bardziej prochińskim z dwóch głównych ugrupowań. Dlatego nikogo nie zdziwiło, kiedy po dojściu do władzy w grudniu 2007, ALP jeszcze bardziej zbliżyła Australię do komunistycznych Chin, zgadzając się nawet na sprzedaż im uranu (i zadowalając się nie podlegającym żadnej wiarygodnej weryfikacji zapewnieniem, iż będzie używany wyłącznie na potrzeby cywilne). Kiedy jednak minister obrony – a więc szef wyjątkowo newralgicznego resortu – zaczął wyjątkowo często podróżować do Chin, niektórym zapaliła się w głowach pomarańczowa lampka. Gdy okazało sie, że co najmniej jedną z tych podróży sfinansowała firma należąca do blisko zaprzyjaźnionej z ministrem obywatelki ChRL, najwyraźniej nawet służby specjalne podległe samemu rządowi poczuły się poważnie zaniepokojone.

29 maja ukazało się oświadczenie Nicka Warnera, szefa służby cywilnej w Ministerstwie Obrony, który po przeprowadzeniu – jak twierdzi – bardzo dokładnego wewnętrznego śledztwa stwierdził, iż wojskowe służby specjalne nie podejmowały żadnych działań wobec ministra ani jego chińskiej przyjaciółki. Okrojona wersja raportu w tej sprawie została odtajniona i opublikowana.

Na tym jednak kłopoty Fitzgibbona się nie skonczyły. Okazało się, że za drugą z jego eskapad do Państwa Środka zapłaciła firma kierowana przez jego brata. Problem w tym, że firma ta zarabia m.in. na rządowych zleceniach. Wreszcie szef rządu uznał najwyraźniej, że miarka się przebrała. Minister obrony zrezygnował, przepraszając na koniec za swój „konflikt interesów”.

 

Autor prowadzi blog Anglofilia