Wybory w Iranie już za miesiąc

Dokładnie za miesiąc, 12 czerwca 2009 roku, odbędzie się pierwsza tura wyborów prezydenckich w Iranie. Do wyścigu o fotel prezydencki zgłosiło się blisko 500 kandydatów.

Okres zgłaszania kandydatur upłynął w niedzielę 10 maja. Przez pięć dni irańskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zarejestrowało 475 osób, które chciałyby objąć stanowisko prezydenta Islamskiej Republiki Iranu. Spośród nich, aż 42 to kobiety. Choć liczba zgłoszonych kandydatur może przyprawić o zawrót głowy, od pewnego czasu znamy już czterech głównych rozgrywających w tej grze. Oprócz ubiegającego się o drugą kadencję, obecnie urzędującego prezydenta, Mahmuda Ahmadineżda, najpoważniejszymi pretendentami są: były przewodniczący irańskiego madżlesu – Mehdi Karrubi, ostatni premier kraju – Hossejn Musawi i sekretarz Zgromadzenia Ekspertów – Mohsen Razaei.

Obecny prezydent oraz Mohsen Razaei reprezentują obóz konserwatywny, bezrefleksyjnie wierny ideałom ajatollaha Chomeiniego i przeciwny liberalizacji życia społecznego w kraju. Nie bez znaczenia jest fakt, że obaj kandydaci uważani są za twardogłowych nawet przez sporą część własnego środowiska politycznego. Poglądy Ahmadineżada na wiele tematów nawet w samym Iranie nierzadko uznawane są za co najmniej kontrowersyjne, jednak sposób sprawowania przez niego władzy podoba się wielu niewykształconym obywatelom tego kraju. Mimo to, Ahmadineżad zawiódł oczekiwania wielu Irańczyków i, pomimo ogromnej przewagi jaką daje mu jego obecne stanowisko, nie może być pewien wygranej.

Znacznie ciekawsza jest jednak druga kandydatura konserwatystów. Mohsen Razaei, obecny sekretarz Zgromadzenia Ekspertów, swoją polityczną karierę, podobnie jak Ahmadineżad, rozpoczynał w szeregach Gwardii Rewolucyjnej (IRGC). W roku 1981, mając zaledwie 27 lat, objął dowództwo IRGC i pozostawał na tym stanowisku aż 16 lat. Co ciekawe, obecnie poszukiwany jest międzynarodowym listem gończym Interpolu, wystawionym trzy lata temu przez Argentynę w związku z podejrzeniami o pomoc w organizacji zamachu bombowego na centrum kultury żydowskiej w Buenos Aires w 1994 roku. Choć szanse Razaeiego w tych wyborach są raczej niewielkie, uderza groteskowość jego kandydatury w kontekście urzędu o jaki się ubiega.

Po rezygnacji M. Chatamiego w marcu 2009 roku, po stronie reformistów pozostało dwóch głównych kandydatów. Z tej dwójki, jedynie Hossejn Musawi jest w stanie stanąć do w miarę równej walki z Ahmadineżadem. Jest postacią wyrazistą, pewną siebie i charyzmatyczną – a są to cechy, które mogą zapewnić mu spore poparcie nie tylko stosunkowo nielicznej klasy średniej, ale i niższych warstw społecznych. Choć określa się reformistą, ma zarazem świadomość, że głosami tylko ludzi o podobnych do jego przekonaniach nie jest w stanie wygrać tych wyborów; dlatego zdecydował się na przybranie wizerunku koncyliacyjnego, otwartego na dialog, ale i przywiązanego do zasad rewolucji islamskiej, umiarkowanego liberała. Za miesiąc okaże się, czy ta strategia przyniesie spodziewane efekty.

Pozostałych 471 kandydatów nie ma właściwie żadnych szans w wyborach. Większość z nich odpadnie już w przedbiegach, czyli na etapie weryfikacji kandydatur przez Radę Nadzorującą, która zbada czy posiadają odpowiednie dla tego urzędu kwalifikacje, w tym i to, czy jest wystarczająco religijny. Choć ogłoszenie ostatecznej listy kandydatów ma nastąpić około 21 maja, można zakładać, że oprócz Ahmadineżada, Razaeiego, Karrubiego i Musawiego znajdzie się na niej około trzech-czterech mniej znanych nazwisk. Te „przystawki” nie będą jednak w stanie zakłócić układu sił między najpoważniejszymi pretendentami do prezydenckiego fotela – są jedynie listkiem figowym dla niedemokratycznego systemu wyborczego, który lata temu spetryfikował irańską politykę.