USA wobec Rosji – miłość czy szacunek?

Jeden z najstarszych trików autorytarnego władcy polega na subtelnej kradzieży suwerenności, przeniesieniu praw obywateli w gestię osobistej władzy reżimu. Mistrzem tej taktyki był Fidel Castro – jednoznacznie powiązał własne nazwisko z Rewolucją i interesami narodowymi. Jeśli jesteś przeciw Fidelowi jesteś przeciwko Rewolucji i państwu. Obie te rzeczy są nierozerwalnie związane. Niemało jest na to współczesnych przykładów od retoryki Hugo Chaveza po zręczne niszczenie afrykańskiej opozycji przez Roberta Mugabe.

Zupełnie tak samo jest w Rosji. Jak tylko ktoś krytykuje Władimira Putina albo jego partię siłowików albo politykę rządu, jest natychmiast piętnowany jako jednostka “antyrosyjska”, którą do krytycznych wniosków doprowadziła nienawiść i strach względem wszystkich Rosjan. Na podstawie niedawnego pobytu w Waszyngtonie z przykrością wnioskuję, że wysoki poziom proputinowskiej bufonady, której byłem świadkiem, sugeruje, że ten trend szybko przekracza Atlantyk. Przywiązali się do niego realiści, ciągle słyszymy od nich, że Rosję trzeba “szanować”. Powinniśmy jednak moim zdaniem zapytać owych realistów kogo dokładnie mamy “szanować”.

Weźmy na przykład argumenty wysunięte niedawno przez szanowanego Dimitrija Simesa z Nixon Centre, który nie zgodziłby się zresztą pewnie z etykietką realisty. Z jego wczesnych pism na temat Rosji po Jelcynie aż do publikowanych bardzo niedawno artykułów w los Angeles Times, Simes i jego koledzy skupili się na argumentowaniu za “szacunkiem” dla Rosji. Choć bardzo niewielu ludzi zakwestionowałoby rolę szacunku i rozwagi w dyplomacji, nieczęsto dyskutuje się o tym kogo dokładnie mamy szanować.

Czytałem niedawno artykuł w New York Timesie autorstwa Wayne’a Merry’ego z American Foreign Policy Council, którego pisma zawierają masy kąśliwości nie ustępujących w niczym nacjonalistycznym rosyjskim mediom: “Waszyngton uważa Rosję za nieudacznika i tak ją traktuje. Zapomniał, że Rosja nie zawsze będzie słaba i nigdy nie zapomni”. Proste is składne.

Według Simesa i Merry’ego Waszyngton ma wiele powodów, by przepraszać Moskwę. Może to być częściowo prawda i co gorsza sprawia, że debata o polityce zagranicznej jest tak trudna – realiści mają wiele inteligentnych, mądrych i przekonujących argumentów. Jednak ta fundamentalnej linii wywodu o “szacunku” dla Rosji podszyta jest nieszczerością.

Co dokładnie jest godnego szacunku w instrumentalnym traktowaniu kraju i jego obywateli, by osiągnąć konkretne cele polityczne? Fałsz zostaje zdemaskowany, gdy głosy krzyczące “szanuj Rosję”, których liczba w Waszyngtonie szybko rośnie, milkną kompletnie gdy mowa o wciągnięcie Rosji w gospodarcze struktury międzynarodowe i wzmocnienie suwerenności jej mieszkańców, a nie tylko grupy aktualnych przywódców.

Realizm ma w Rosji kilka poważnych wad. Po pierwsze działa przy założeniu istnienia jednolitego przywództwa, a nie podzielone klany, o sprzecznych interesach i planach. Jakiego interesu spodziewają się Simes i Merry dla odważnego i wpływowego Igora Jurgensa, doradcy prezydenta Miedwiediewa i szefa najważniejszego w Rosji think tanku, który w tym roku wskazał na koncentrację władzy w rękach władzy wykonawczej jest niebezpieczne dla przyszłości Rosji? Dodajcie do tego zeszłotygodniowe komentarze Michaiła Gorbaczowa, który mocno podkreślił odejście państwa od zasad demokracji i pozorów suwerennej demokracji. Czy szacunek dla Rosji oznacza ignorowanie reformatorów?

Realiści wydają się również prawie ślepi na istotne kwestie, w których ich zdaniem Rosja pomoże jak tylko odzyska “szacunek”. W kwestii Iranu widzimy bardzo mały związek polityki z respektowaniem embarga czy strachem przed konfrontacją. Obecne przywództwo posunie się bardzo daleko, by upewnić się, że Iran nigdy nie wyrośnie na konkurenta dla Gazpromu w handlu Gazem. W przypadku Afganistanu, realiści rzadko wspominają o zamknięciu bazy lotniczej Manas, czy innych działaniach sabotujących politykę Stanów Zjednoczonych, nawet kiedy NATO działa w obronie rosyjskich interesów narodowych. Azja Środkowa musi być w sferze rosyjskich wpływów, bez względu na to, co może się nie podobać ich suwerennym rządom. Jeśli Waszyngton zamierza zastosować tę samą doktrynę do działań Rosji i Chin w Ameryce Łacińskiej, będzie to całkowicie nie do zaakceptowania.

Podejście typu interesy ważniejsze niż wartości z zasady zakłada brak szacunku. Mógłbym znaleźć argumenty za tym, że ci z nas, którzy twardo wierzą w zbudowanie prawdziwych, opartych na prawie stosunków z Rosją, są jedynymi, którzy rzeczywiście ją szanują. Choć widzę, że “szacunek dla Rosji” jest dziś na topie w Waszyngtonie, sam pozostanę raczej przy miłości do Rosji.