Następne sto dni Obamy

Na szczęście już dwa tygodnie temu w amerykańskich mediach zakończył się etap podsumowywania pierwszych stu dni nowej administracji. Ta sztuczna granica stała się okazją do dokonania masy nic nie wnoszących podsumowań przez każdego liczącego się dziennikarza politycznego i przez każdą liczącą się stację, od prawej do lewej strony sceny politycznej. Te wszystkie komentarze można sprowadzić do jednego wspólnego mianownika : amerykańskie elity nadal mają problem ze sklasyfikowaniem prezydentury Baracka Obamy.

Dla konserwatystów jest on kryptokomunistą który chce wprowadzić w USA gospodarkę sterowaną centralnie. Dla lewicy Obama to następny Roosvelt, prezydent który zmieni kierunek amerykańskiej polityki i gospodarki na lewo, odwracając efekty prezydentur Ronalda Reagana. Jego plany są zbyt ambitne albo zbyt mało radykalne. Robi za dużo albo za mało. I tak dalej. Polaryzacja polityczna amerykańskich mediów jest widoczna w pełnej krasie, gdy czyta się i słucha opinii na temat pierwszych stu dni Obamy.

Ta nagła bezsilność mediów w wykreowaniu własnego zdania na temat Obamy jest doskonałą wiadomością dla nowej administracji która bez przeszkód może realizować swoje polityczne cele i budować markę prezydenta co w konsekwencji ma doprowadzić do jego reelekcji w 2012 r. Niezwykła słabość prawicowej maszyny medialnej, której operatorzy popełniają podobny błąd jak w czasie kampanii i straszą zbyt wieloma zbyt przejaskrawionymi zagrożeniami jednocześnie tylko to zadanie ułatwia.

Dlatego też największe zagrożenie, które w tym momencie istnieje dla ambitnych planów Obamy nie jest wcale zlokalizowane na pograniczu Pakistanu i Afganistanu czy w siedzibach banków na Wall Street.

Największym przeciwnikiem Obamy jest bowiem… on sam i jego własna administracja. Brzmi to paradoksalnie, ale właśnie teraz gdy Obama jest bardzo popularny, gdy jego doradcy nie popełnili jeszcze dużych błędów, właśnie teraz może stać się coś, co przekreśli pracowicie budowany wizerunek Obamy jako polityka który jest rozsądnym centrystą. Teraz właśnie, w apogeum popularności i potęgi, Obama i jego zespół mogą uznać że są nieomylni i że mogę wszystko. Innymi słowy, jeśli Demokraci uwierzą w słowa niektórych komentatorów, że Obama jest już prezydentem na miarę Roosvelta to na pewno tak się nie stanie.

Kluczowe będzie w najbliższym czasie rozegranie sprawy nominacji nowego sędziego Sądu Najwyższego USA, w miejsce ustępującego sędziego Soultera. Ta bardzo delikatna sprawa wymaga niezwykłej dokładności w sprawdzeniu przeszłości potencjalnego kandydata/kandydatki oraz rozwagi w wyborze prawnika który będzie w stanie sprostać intelektualnie wymogom Sądu. Obama – profesor prawa konstytucyjnego i Biden, wieloletni szef senackiej komisji, która zatwierdza nominacje sędziowskie, dysponują sporą wiedzą i doświadczeniem w tej materii, mają też do dyspozycji spory zespół prawników i ekspertów. To nie znaczy jednak że nie mogą się pomylić.

Być może w ciągu następnych stu dni dalej nie poznamy odpowiedzi na pytanie jakim prezydentem jest Barack Obama. Ale na pewno nie można oczekiwać, że będzie to nudne i przewidywalne sto dni.