BRIC i scheda po USA

Obecny kryzys gospodarczy może ugruntować kierunek, w którym poszedł świat dwadzieścia lat temu. Może też go radykalnie zmienić.

Przełom roku 1989 i 1990 stał się kamieniem węgielnym nowego porządku globalnego: wraz z rozpadem bloku wschodniego i powolną śmiercią ZSRR, na arenie międzynarodowej pozostało jedno supermocarstwo – USA. Nowy ład międzynarodowy Charles Krauthammer ochrzcił na łamach Foreign Affaires mianem systemu jednobiegunowego (unicentrycznego). Miał on opierać się na hegemonicznej pozycji Stanów Zjednoczonych, dysponujących ilościową i jakościową przewagą w każdej niemal kwestii nad państwami, które mogłyby aspirować do miana graczy globalnych. Przez pierwsze dziesięciolecie wydawało się, że USA kroczą pewnym krokiem do światowej dominacji.

Dziś jednak, teza Krauthammera uznawana jest – nie bez przyczyny – za nazbyt optymistyczną dla USA. Uważa się, że świat jednobiegunowy był jedynie stanem przejściowym, pomostem łączącym system dwublokowy drugiej połowy XX wieku z nowym porządkiem światowym, który wyrasta i umacnia się na naszych oczach. Jego cechą charakterystyczną ma być multipolarność, a więc wielość równorzędnych ośrodków kształtujących politykę międzynarodową. Pogląd ten, moim zdaniem, też jest jednak zbyt optymistyczny dla państw-pretendentów. Mimo iż kryzys jest dla nich ogromną  szansą na to, aby zdetronizować osłabione USA, ich strukturalne problemy stawiają taką możliwość pod znakiem zapytania.

Najczęściej wśród państw, które mogłyby włączyć się do rywalizacji o globalne przywództwo, wymienia się Brazylię, Rosję, Indie oraz Chiny (tzw. kraje BRIC), ewentualnie dodając jeszcze do nich Meksyk i Koreę Południową. Już pobieżny rzut oka na te państwa musi dać nam obraz tego, jak bardzo zróżnicowany – ekonomicznie, społecznie i politycznie – jest to klub. Mamy w nim dwa mocarstwa o ugruntowanej pozycji politycznej, a więc Rosję i Chiny, oraz dwóch całkowicie nowych graczy – Brazylię i Indie; patrząc na nie pod kątem gospodarczym, widać, że Chiny i Indie specjalizują się produkcji i eksporcie dóbr i usług, podczas gdy Brazylia i Rosja opierają swój rozwój na wydobyciu i sprzedaży bogactw naturalnych. Ciągnąc dalej – Indie i Brazylia są państwami w miarę demokratycznymi, podczas gdy Rosja i Chiny to autorytarne reżimy rodem z XX wieku. Tym, co zbliża te państwa nie jest więc jakaś spójna wizja rozwoju, ale chęć podwyższenia swojego statusu międzynarodowego oraz morze problemów przed jakimi stoją lub stać będą za kilka lat.

Spośród państw BRIC, najważniejszym na pewno są – i będą w przyszłości – Chiny, pełniące obecnie rolę fabryki zglobalizowanego świata. Wbrew temu, co sądzą niektórzy, przed ChRL piętrzą się jednak coraz bardziej palące problemy, które mogą uniemożliwić Pekinowi udany finisz w biegu po czołową pozycję na globalnej szachownicy. Choć wydaje się, że kryzys gospodarczy obszedł się z Chinami wyjątkowo łagodnie, chińscy przywódcy nie mogą spać spokojnie. Wzrost gospodarczy w przyszłości będzie nadal na wysokim poziomie, choć raczej nie uda się powrócić do dwucyfrowych wskaźników sprzed kilku lat. Większym problemem jest jednak sytuacja społeczna wewnątrz Chin. Zachowanie względnie wysokiego tempa rozwoju ekonomicznego Chińczycy okupili zwiększeniem bezrobocia, które szczególnie mocno dotknęło najniższe warstwy społeczne. W dłuższej perspektywie Państwo Środka czekają zmiany społeczne równie gwałtowne, co wzrost gospodarczy w ubiegłych dekadach. Młodzi, niewykwalifikowani robotnicy, którzy nie będą mogli zrealizować własnych aspiracji, tak na polu zawodowym, jaki osobistym, staną się czynnikiem rozsadzającym reżim od wewnątrz: w Chinach istnieje ogromny, bo kilkudziesięciomilionowy, stale pogłębiający się „deficyt” kobiet w wieku 15-64 lat, który sprawia, że mężczyźni ci, pracując za marne pieniądze i nie mając perspektyw awansu społecznego, już teraz mają ogromny problem z założeniem rodzin. To ich szczególnie dotknęły zwolnienia związane z ograniczaniem produkcji w czasach kryzysu i to oni, a wraz nimi niezadowoleni ze swojego położenia mieszkańcy biednego, zacofanego zachodu kraju, a nie – jak niektórzy sądzą – korzystająca z dobrodziejstw globalizacji klasa średnia, mogą stać się przyczynkiem drastycznych (choć zapewne niedemokratycznych) zmian w Państwie Środka.

Chiny czeka również wiele innych, nierzadko trudnych problemów do rozwiązania: reformy wymaga system emerytalny, nie radzący sobie z szybko starzejącym się społeczeństwem, a gospodarka nadal jest za bardzo uzależniona od eksportu. Odmiennym zagadnieniem jest stan chińskich sił zbrojnych; choć w ich modernizację pompowane są co roku ogromne kwoty (oficjalnie ok. 70 mld $, nieoficjalnie – zapewne dwa razy więcej), ich jakość nadal jest dyskusyjna. Szczególne braki odczuwa marynarka, ciągle niezdolna do działań w skali globalnej. Warto także zwrócić uwagę na to, że Chinom nie opłaca się podważać na razie status quo, bowiem pozycja „drugiego w hierarchii” bardzo im odpowiada – nie traktują więc jeszcze siebie jako bezpośredniego konkurenta dla USA.

Również droga Rosji do światowej ekstraklasy nie jest usłana różami. Federacja Rosyjska boryka się z wieloma problemami, a podstawy jej rozwoju są na pewno mniej stabilne niż te, na których budują swoją pozycję Chiny. Obecnie, największym kapitałem Rosji na arenie międzynarodowej jest jej potężny arsenał atomowy, zaś gospodarczo i demograficznie jest to państwo nie posiadające zasobów pozwalających na realizację supermocarstwowych ambicji. O ile Chiny mają jeszcze ogromny „zapas mocy” w zanadrzu, Rosja przez ostatnich kilka lat jechała już najprawdopodobniej na najwyższych obrotach – głównie dzięki wysokim cenom surowców energetycznych. Jej przyszłość zależeć będzie od tego, czy uda się jej wystarczająco szybko przestawić swoją gospodarkę na modernizacyjne tory. Tak czy inaczej, Rosja na pewno pozostanie mocarstwem regionalnym aspirującym do roli globalnego lidera, choć najprawdopodobniej jej status będzie oparty jedynie na sile jej potencjału nuklearnego.

Trzecim pretendentem do ewentualnej schedy po USA są Indie – największa demokracja świata, przeżywająca od kilku lat rozkwit ekonomiczny i mająca chęć na zbudowanie na tym fundamencie globalnej pozycji politycznej. Rola regionalnego mocarstwa od pewnego czasu przestaje wystarczać indyjskim decydentom, mającym świadomość tego, że ich państwo znajduje się nie dalej niż w połowie drogi, którą przez 30 ostatnich lat przeszły Chiny, a odgrywa już stosunkowo znaczącą rolę w zglobalizowanym świecie. To zacofanie Indii jest, zapewne nieco paradoksalnie, ich najmocniejszą stroną. Oznacza bowiem, że kraj ten ma jeszcze spory potencjał do wykorzystania, a w niedalekiej przyszłości czeka go wiele dużych inwestycji infrastrukturalnych. Ponadto długo jeszcze będzie mógł utrzymywać konkurencyjne wobec innych państw koszty pracy, co jest nie bez znaczenia w warunkach wzmożonej konkurencji między państwami. Jednocześnie, Indie są krajem mniej stabilnym niż autorytarne Chiny czy Rosja, bardziej podatnym na ruchy odśrodkowe wewnątrz państwa. Nieuregulowana kwestia ponad stumilionowej mniejszości muzułmańskiej, przy jednoczesnym wzroście popularności partii głoszących hindutvę, a więc hinduski szowinizm, oraz słabość władz centralnych i lokalnych w interiorze i ogromną bieda – to tylko część z czynników, które osłabiają to wielkie państwo. Indie wyraźnie odstają od Chin i Rosji na tle militarnym – nie mając  okrętów podwodnych zdolnych do przenoszenia głowic atomowych, nie posiadają jeszcze tzw. triady strategicznej, będącej podstawą skutecznego systemu odstraszania nuklearnego.

Nie bez przyczyny te trzy państwa opisuję razem. Wystarczy spojrzeć na mapę, by zrozumieć, że XXI wiek będzie dla Azji przełomowy, choć niekoniecznie tylko dlatego, że rzuca ona rękawicę Zachodowi. Wydaje się, że znacznie ważniejszym zagadnieniem będzie walka między trzema opisanymi powyżej państwami o układ sił na kontynencie. Na razie stosunki między nimi można oceniać jako umiarkowanie dobre, choć oparte na surowym realizmie i niepozbawione dużej dozy nieufności. Podstawowym problemem relacji między tą azjatycką trójką jest brak formalnego, w miarę uniwersalnego forum, na którym w partnerski sposób państwa te mogłyby omawiać szczegóły swej współpracy. Powołana osiem lat temu Szanghajska Organizacja Współpracy, będąca najważniejszym obecnie kanałem konsultacji w kontynentalnej Azji, pozostaje chińsko-rosyjskim instrumentem służącym powstrzymaniu wpływów Indii (są one jedynie obserwatorem przy tej organizacji). Wydaje się więc, że jakąkolwiek próbę przełamania przez Indie status quo, pozostałe państwa potraktują ostro. Trzeba też pamiętać, że Azja to nie tylko te trzy kolosy, ale i szereg innych państw, które mogą stanowić o przyszłości kontynentu: nadal silna gospodarczo Japonia starająca się uzyskać większe znaczenie polityczne, często niedoceniana Korea Południowa, Tajwan czy ambitny  i pozostający nieco na uboczu Iran. Na tym nie koniec – status prawnomiędzynarodowy Tajwanu, rozpadający się Pakistan, wojna w Afganistanie i ekspansja radykalnego islamu w kierunku północy i wschodu zapewne na długie lata zaprzątną głowy przywódców najważniejszych państw w tym regionie; to – wraz ze wspomnianą wyżej rywalizacją i problemami wewnętrznymi – sprawi, że przywódcy wschodzących mocarstw azjatyckich będą mieć znacznie ograniczone pole manewru na arenie globalnej.

Spośród państw BRIC najbardziej niedoceniana bywa Brazylia. Niesłusznie. Państwo to posiada wiele atutów, które mogą przesądzić o jego przyszłej roli w polityce międzynarodowej i, co ciekawe, we w miarę harmonijny sposób łączy cechy Rosji, Indii i Chin. Podobnie jak ta pierwsza, posiada bogate złoża surowców naturalnych, m.in. ropy naftowej, gazu ziemnego, węgla kamiennego oraz uranu, z których korzysta sama lub je eksportuje. Mimo to, od kryzysu naftowego z roku 1973, stara się w jak największym stopniu zapewnić sobie samowystarczalność w zakresie energetyki, zastępując paliwa oparte na ropie tymi bazującymi na alkoholu (produkowanego z trzciny cukrowej) i inwestując w hydroelektrownie. Tak jak Indie, Brazylia jest państwem demokratycznym, co, dzięki elastyczności w sprawach społeczno-politycznych – przynajmniej w teorii – zapewnia jej większą stabilność w dłuższej perspektywie czasowej. Pewien stopień podobieństwa do Chin wyraża się w dobrze rozwiniętym, nowoczesnym przemyśle, nastawionym w dużej mierze na eksport produktów lub półproduktów do bogatszych państw.

Czy to wystarczy, aby dołączyć do elitarnego klubu skupiającego największe potęgi świata? Być może nie starczyłoby, gdyby nie fakt stosunkowo dogodnego położenia geopolitycznego, które poskąpiło Brazylii wielu konkurentów do regionalnego przywództwa. Najbliższym państwem o podobnym potencjale są tak naprawdę Stany Zjednoczone, bowiem sytuacja w Meksyku – nie tylko ze względu na ogniska świńskiej grypy, ale przede wszystkim z powodu niestabilności wywołanej walką z gangami narkotykowymi – na dzień dzisiejszy wyklucza go z tej rywalizacji. Wzrost znaczenia Brazylii ma zresztą podwójny wymiar: nie tylko geopolityczny, ale i symboliczny – jako kolejny krok w emancypacji Ameryki Południowej. W tym ujęciu, byłoby to drastyczne – i zapewne ostateczne – załamanie się pozycji i roli USA w regionie, który Stany tradycyjnie uważały za sferę własnych, wyłącznych wpływów. Ciężko dziś wyrokować, czy Waszyngton jest w stanie obronić swoje interesy oraz status hegemona w zachodniej hemisferze, na pewno jednak – mimo kurtuazyjnych gestów Obamy wobec Luli – nie przyjdzie mu łatwo pogodzić się z tą stratą.

Mimo wszystkich tych przesłanek, analiza perspektyw rozwoju pozycji międzynarodowej państw grupy BRIC wydaje się być trochę jak dzielenie skóry na żywym jeszcze niedźwiedziu. Stany Zjednoczone, choć bez wątpienia osłabione, nadal mają się bowiem całkiem dobrze: pozostają jedynym supermocarstwem, zdolnym do skutecznych działań w skali globalnej, o ogromnym potencjale politycznym, militarnym, społecznym i ekonomicznym. Razem z Unią Europejską – największym organizmem gospodarczym świata, USA kilkunastokrotnie przewyższają pretendentów do globalnego przywództwa w każdej z tych dziedzin. Zachód ma oczywiście swoje problemy, ale twierdzenie, że państwa BRIC ich nie mają jest tworzeniem iluzji. Mają ich bowiem pod dostatkiem i wcale nie jest jasne, czy są w stanie znaleźć na nie skuteczne recepty.

Artur Makolągwa