Amerykańskie Patrioty niczym kwiaty doniczkowe

Od radości do desperacji. W ciągu kilkudziesięciu godzin dowiedzieliśmy się, że – owszem – powinniśmy otrzymać baterię rakiet Patriot do końca bieżącego roku, ale (zawsze jest jakieś ale), nie będą one pełnowartościowe. Anonimowe źródła w amerykańskim Departamencie Stanu podały, że bateria rakiet nie będzie wyposażona we wszystkie systemy elektroniczne. Wuj Sam przesyła nam uzbrojenie w celach szkoleniowych.

Administracja Baracka Obamy robi wiele, aby wykręcić się od zobowiązań podjętych przez dogorywającą ekipę Busha. Obama próbował przehandlować system obrony przeciwrakietowej w zamian za Iran, proponując geszeft prezydentowi Miedwiediewowi. Teraz sekretarz obrony Gates, ten sam, który za Busha promował obronę rakietową, broni cięć w wydatkach na ukochane dziecko neokonów. Lekka schizofrenia? W każdym razie Gates nie jest partyjnym sekretarzem, tylko uznanym specjalistą. Z drugiej strony, jest słaby politycznie, skoro w krótkim czasie potrafi z uśmiechem na ustach zmienić swoje poglądy o 180 stopni. Nie o nim jednak ten wpis.

Tak się jakoś dziwnie składa, że nasze, polskie układy z Amerykanami nie przynoszą nam zbyt wielkich korzyści. Przetarg stulecia, w którym jako samolot wielozadaniowy wybraliśmy amerykański F-16 to przedsięwzięcie dalekie od sukcesu. Problemy z offsetem, brak zrozumienia obu stron, a wreszcie wadliwość dostarczonych maszyn – wszystko to pozostawiło wielki niesmak, a przynajmniej nieprzyjemną suchość w gardle, niczym o poranku po dobrej imprezie.

Całkiem niedawno pojawiły się informacje stwierdzające, że kolejny samolot, tym razem transportowiec C-130 Hercules, to kupa złomu wymagająca poważnych napraw, aby w ogóle wzbić się w powietrze. Co prawda darowanemu Herculesowi nie wypada zaglądać w zęby – jest to pierwsza z pięciu sztuk, które mamy otrzymać za darmo od USA – ale ponowny zgrzyt jest faktem.

Teraz zaś mamy do czynienia z „kwiatkami doniczkowymi”, jak był to łaskaw określić wiceszef MON S. Komorowski. Polska nie chce kwiatków, zapewnił minister. Chcemy czy nie, obawiam się, że nie mamy wiele do gadania. O ile cokolwiek dostaniemy, będzie to dokładnie to, co Amerykanie zechcą nam dać. Zresztą sformułowanie dać okazuje się nie do końca fortunne, gdyż Wuj Sam chce zainkasować pieniądze za rakiety, wchodzące w skład baterii. Jest to, bagatela, min. 3 miliardy dolarów.

Dylemat jest taki: brać nawet kwiatki, choć swoich mamy pod dostatkiem, czy unieść się honorem i postawić sprawę twardo. Jedno wydaje się niezmienne, mimo zmiany administracji, Polska jest traktowana nie do  końca poważnie. I jest to niezależne od aktualnej sytuacji gospodarczej oraz naszego zaangażowania u boku Ameryki. Polityka zagraniczna to w żadnym wypadku handel na zasadzie: ja tobie A, a ty mnie B. To mechanizm bardziej skomplikowany, bliższy oddawaniu przysług i przekonaniu, że kiedyś zostaną odwzajemnione; w końcu jesteśmy partnerami.

Amerykanie zdają się wyceniać naszą pomoc na miarę kwiatków doniczkowych. Smutna rzeczywistość.