Somalijska opera mydlana

Listopadowe porwanie supertankowca Sirius Star zwróciło oczy całego świata na Somalię. Na pokładzie okrętu znajdowała się warta 100 milionów dolarów ropa naftowa, a jego kapitanem był Polak. Po tygodniach negocjacji i rozmów z piratami, Sirius Star został uwolniony wraz z załogą w zamian za okup. Efektem ówczesnego porwania, będącego kulminacją działalności piratów, jest międzynarodowa flotylla strzegąca bezpieczeństwa i swobody żeglugi na istotnym szlaku handlowym.

Okręty wojenne nie mogą jednak upilnować ogromnego obszaru Zatoki Adeńskiej i Oceanu Indyjskiego w całości. Wytyczono tzw. bezpieczny korytarz a armatorzy są zobowiązani do informowania sił patrolujących o ruchu swoich statków. Po kilku miesiącach względnego spokoju, aktywność piratów zwiększyła się w sposób drastyczny. Ponownie porwano statek z Polakami na pokładzie – tym razem szybko zwolniony, po zapłacie ponad 2 milionów dolarów okupu, okręt Bow Asir.

W międzyczasie francuskie siły specjalne odbiły czwórkę obywateli Francji z rąk piratów na porwanym jachcie, jednak kosztem śmierci jednego z zakładników. Równie dramatyczna jest sytuacja amerykańskiego kapitana statku Alabama, który znalazł się w rękach piratów po udanym odparciu ich ataku na jego okręt przez załogę. Kapitan Richard Phillips znajduje się obecnie na pozbawionej paliwa szalupie ratunkowej wraz z grupką piratów. Ci są pewni siebie i zapewniają, że nie boją się Amerykanów. Wokół szalupy zgromadziły się okręty US Navy, trwają rozmowy mające na celu uwolenienie Phillipsa. Podjął on nawet próbę ucieczki wpław, został jednak szybko złapany.

Nagromadzenie przykrych wydarzeń u wybrzeży Somalii ponownie osiągnęło punkt krytyczny. Walka z piractwem nie przynosi zakładanych efektów, a proceder ten nadal kwitnie. Piraci, zachęceni okupami z sześcioma zerami atakują z coraz większą częstotliwością. Nie przejmują się także nieudanymi próbami. Pozbawieni centralnego dowództwa, atakują na własną rękę. Najpewniej posiadają też wsparcie administracji quasi-niepodległego Puntlandu, która kontroluje Róg Afryki.

Rozwiązanie problemu piratów poprzez stosowanie się do rezolucji Rady Bezpieczeństwa oraz prawa międzynarodowego (Konwencja o Prawie Morza) jest mało prawdopodobne. Flotylla wojenna składająca się z okrętów wielu państw nie jest w stanie zapewnić 100-procentowego bezpieczeństwa statkom handlowym, rybackim oraz prywatnym jachtom korzystającym z prawa swobodnej żeglugi na obszarze o powierzchni kilkuset tysięcy mil. Zdaje się, że muszą zostać podjęte dalej idące kroki.

Korespondent BBC Paul Reynolds przywołuje sprawdzoną taktykę z XIX wieku, która pozwoliła Brytyjczykom poważnie przyczynić się do powstrzymania handlu niewolnikami. „Zajęcie się gniazdem os jest skuteczniejsze niż łapanie jednej po drugiej„, powiedział sekretarz ds. zagranicznych JKM Lord Palmerston. Słowa Palmerstona odnosiły się do działalności kapitana Josepha Denmana, oficera Royal Navy, który bezlitośnie atakował bazy handlarzy niewolników znajdujące się na lądzie.

Choć rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ pozwala, w pościgu, prowadzić działania na wodach terytorialnych oraz na terytorium Somalii, nie jest to wystarczający instrument. To, co jest potrzebne, to akcja militarna skierowana przeciwko siedzibom piratów na lądzie, m.in. w porcie Haradheere czy Eyl. Nie mam tu na myśli staroświeckiego bombardowania, które miał na myśli Lord Palmerston – będący fanem dyplomacji kanonierek – ale m.in. działania sił specjalnych na lądzie.

Oczywiście, to tylko krótkoterminowe rozwiązanie części problemu. Siła militarna nie jest cudowną różdżką, za sprawą której problem piractwa zniknie. Potrzebna jest międzynarodowa misja stabilizacyjna w Somalii, która postawi ten kraj na nogi. Najpierw bezpieczeństwo, następnie dobre zarządzanie i odbudowa. Będzie to kosztowało miliardy, potrwa wiele lat, a także nie będzie łatwe. Jeśli jednak świat chce pozbyć się piratów z Somalii, powinien zacząć działać w tym kierunku już dziś. Z każdym kolejnym dniem koszty będą większe, a zadanie trudniejsze do wykonania.

Piotr Wołejko