Referendum prezydenckie

Kiedy gubernator stanu Nowy Jork wybrał konserwatywną Demokratkę, członkinię Izby Reprezentantów Kristen Gillibrand by ta zajęła miejsce Hillary Clinton w Senacie USA nikt zapewne nie spodziewał się, że wybory do okręgu wyborczego NY-20 z którego w 2006 roku Gilibrand została wybrana do Kongresu staną się tak ważne dla Republikanów i Demokratów. Wybory miały miejsce 31 marca a ich rezultat był bardziej niż zaskakujący.

Tego typu specjalne wybory uzupełniające zwykle charakteryzują się bardzo niską frekwencją oraz cieszą się relatywnie małym zainteresowaniem mediów oraz narodowych komitetów (DNC i RNC) obu partii. Kształt Izby, sposób jej obradowania i przygniatająca większość którą mają w niej Demokraci w tym momencie wskazywałaby że i w przypadku NY-20 będzie podobnie.

Jednak stało się inaczej, a to za sprawą specyficznego stanu w którym znajduje się obecnie Partia Republikańska i cała amerykańska polityka. Od listopadowych wyborów prezydenckich – a w zasadzie już od wyborów do Kongresu w 2006 roku – notowania Republikanów są na bardzo niskim poziomie, partia jest podzielona ideologicznie i pozbawiona silnego lidera. Dodatkowo, notowania prezydenta Obamy i poparcie społeczne dla jego propozycji programowych dotyczących ratowania gospodarki i reform wewnętrznych stale jest bardzo wysokie, mimo bardzo ostrej krytyki ze strony Republikanów w Kongresie.

W takiej sytuacji każda możliwość, by przerwać złą passę wyborczą i odnieść wizerunkowe zwycięstwo nad Demokratami jest na wagę złota. Pierwsze wewnętrzne sondaże zamówione przez obie partie pokazały, że Republikanie mieli realne szanse by odnieść sukces. Stratedzy GOP zadecydowali więc, że właśnie wybory w NY-20 będą doskonałą okazją, by pokazać dobitnie że Obama i jego pomysły nie są wcale takie popularne jak to wynika z badań opinii publicznej. Strategia DNC i nowej administracji – w obliczu niemal pewnej klęski – polegała na bagatelizowaniu tych wyborów i wskazywaniu że wyniki z jednego okręgu nie mogą być reprezentatywne dla całego kraju.

Na korzyść Republikanów działało kilka czynników. Przede wszystkim NY-20 to lekko konserwatywny okręg wyborczy w stanie Nowy York. Szacuje się, że, zarejestrowanych Republikanów jest w tym rejonie ok. 3% więcej niż Demokratów. Obama wygrał w NY-20 bardzo nieznacznie, a kandydat Republikanów Jim Tedisco był o wiele lepiej rozpoznawalny i znany w rejonie niż jego konkurent Scott Murphy. Co więcej, w czasie wyborów uzupełniających wygrywa zwykle partia która lepiej i skuteczniej zachęci swój „twardy” elektorat do pojawienia się w lokalach wyborczych, a brak Obamy na kartach do głosowania (w wyborach prezydenckich głosuje się też do Kongresu) nie ułatwiał mobilizacji w przypadku Demokratów.

Dlatego też RNC (Komitet Krajowy Partii Republikańskiej) bardzo hojnie wspierał kampanię Tedisco. Od momentu w którym pojawiły się pierwsze sondaże pokazujące jego znaczną przewagę nad kontrkandydatem Demokratów, politycy Republikańscy, zwłaszcza z Izby Reprezentantów bez ustanku powtarzali że zwycięstwo w NY-20 będzie manifestacją niechęci Amerykanów do „socjalizmu” Demokratów i Obamy, pokaże że obywatele USA nie chcą wcale dużej interwencji państwa w gospodarkę itd. Wybory w tym okręgu miały być swoistym referendum sprawdzającym rzeczywistą a nie sondażową pozycję Obamy. W miarę jak topniała przewaga Tedisco – który prowadził przeciętną i mało oryginalną kampanię – rosło zaangażowanie Demokratów, a pod koniec Joe Biden i Barack Obama bezpośrednio poparli Murphy’ego w spotach telewizyjnych i radiowych. W ciągu miesiąca Tedisco stracił ok. 10% poparcia w sondażach i w dzień wyborów które odbyły się 31 marca nie było wcale pewne kto je wygra.

Tymczasem do dziś nie wiadomo kto jest zwycięzcą w NY-20. Pod koniec nocy wyborczej okazało się bowiem, że przewaga Demokraty nad Republikaninem wynosi zaledwie 27 głosów a pozostało około 6 tysięcy niepoliczonych głosów oddanych niebezpośrednio (absentee), w tym głosy oddane za pomocą poczty itd. Ich liczenie trwa do dziś. Jak  dotąd Murphy utrzymuje przewagę kilkunastu głosów, ale już teraz mówi się, że cały proces wyborczy skończy się wielomiesięczną batalią sądową, podobnie jak to miało miejsce po listopadowych wyborach do Senatu w Minnesocie czy też w wyborach prezydenckich w 2000 roku.

Faktyczny wynik wyborów do Izby Reprezentantów w okręgu NY-20 nie ma już jednak żadnego znaczenia. Fakt, że Republikanin nie wygrał znaczącą przewagą głosów w dniu wyborów oznaczał że niemożliwe stało się ogłoszenie przez polityków GOP wielkiego politycznego zwycięstwa i odrzucenia przez Amerykanów Obamy i jego pomysłów. Status quo zostało zachowane, a w tym momencie oznacza to medialne zwycięstwo Demokratów. Realny test dla nowej administracji dopiero nadejdzie – będą to wybory do Kongresu w 2010 roku.