Czy Europa stanie znów w płomieniach?

Dzięki ponad dwóm dekadom spokoju, Europejczycy zapomnieli, że stabilność, bezpieczeństwo i demokracja nie są dane raz na zawsze; jeśli czasem mała iskierka potrafi rozsadzić nawet opresyjne systemy totalitarne, dlaczegóż nie miałaby roznieść w pył demokracji?

Przez lata dobrobytu łudziliśmy się, że choć historia świata wcale się nie skończyła, jak twierdził Francis Fukuyama, to jej wyroki będą dla nas wyjątkowo łaskawe. W swoim zaślepieniu, nieprędko zauważyliśmy, w jak wielkim błędzie byliśmy. Ataki z 11 września 2001 roku uświadomiły nam, że świat pozostał równie, lub nawet stał się bardziej niebezpieczny niż przed upadkiem żelaznej kurtyny. Kolejne, choć mniej już spektakularne, zamachy w Londynie i Madrycie wytworzyły w nas przekonanie, że wszystko co osiągnęliśmy – sprawnie działające państwa, ich dobrobyt, stabilność i bezpieczeństwo – może być zagrożone nie tylko z zewnątrz, ale i od wewnątrz. Mimo to, swego rodzaju nieszczęściem dla Europy był fakt, że za zamachami stali imigranci z Maroka (Hiszpania) i Pakistanu (Wielka Brytania). Choć problem fundamentalizmu części europejskich muzułmanów jest moim zdaniem nierzadko rozdmuchiwany, częstokroć wyłącznie w celach doraźnej polityki, naiwnością byłoby twierdzić, że w ogóle on nie istnieje; dodatkowo, w percepcji ogromnej części społeczeństw państw europejskich – słusznie czy nie – nierozerwalnie złączył się on z kwestią niezasymilowanych imigrantów. Młodzi, pozbawieni pracy i perspektyw potomkowie imigrantów z byłych europejskich kolonii stali się nie tylko kozłem ofiarnym (przyznać trzeba, że na własne życzenie), ale i wymówką, dzięki której mogliśmy żyć w spokoju, myśląc, że „ich” radykalizm i irracjonalizm „nam” jest obcy. I tu znów się pomyliliśmy.

Wystarczył kryzys finansowy, by radykalizm drzemiący w europejskich społeczeństwach uaktywnił się na nowo. Podsycany narastającą od lat frustracją o podłożu ekonomicznym, stał się zarzewiem fali przemocy w wielu miejscach w Europie. Nigdzie jednak nie stał się aż tak widoczny, jak w Grecji. Od ponad 4 miesięcy, każdy dzień w największych greckich miastach poprzeplatany jest kolejnymi strajkami, demonstracjami oraz aktami wandalizmu. Na porządku dziennym są ataki na sklepy, banki i centra handlowe, podpalenia oraz regularne walki z policją; w ostatnich dwóch miesiącach do już i tak pokaźnego repertuaru „środków nacisku” używanych przez protestujących Greków, doszedł kolejny – znacznie bardziej niebezpieczny. W marcu przeprowadzono dwa udane ataki bombowe: pierwszy z nich skierowany był przeciwko oddziałowi Citibanku, drugi zaś  – prywatnemu biznesmenowi. Do pierwszego przyznała się skrajnie lewicowa organizacja terrorystyczna Walka Rewolucyjna, mająca na koncie m.in. próbę zabójstwa Giorgiosa Voulgarakisa, ówczesnego ministra kultury (2006), spektakularny ostrzał ambasady USA za pomocą pocisku przeciwpancernego (2007) oraz poprzednią – nieudaną – próbę wysadzenia w powietrze oddziału Citibanku (luty 2009).

Sytuacja w tym kraju dawno wymknęła się spod kontroli administracji rządowej, kierowanej przez niezbyt popularnego premiera Kostasa Karamanlisa, a powstały chaos wykorzystują bojówki z obu stron sceny politycznej, a także zwykli przestępcy. W całej tej sytuacji, motywacje ideologiczne mieszają się z pobudkami czysto rabunkowymi, tak więc na dzień dzisiejszy nie da się zapewne stwierdzić, czy antyrządowe i antybiznesowe zamieszki w Grecji mają szansę na przerodzenie się w szerszy i trwalszy ruch społeczny, który mógłby być może nawet zagrozić podstawom instytucjonalnym państwa. Pewne natomiast jest to, że trzonem całej akcji są skrajnie lewicowe ugrupowania polityczne, kontestujące podupadły w wyniku kryzysu obecny porządek gospodarczy. Za grupką tych – jak chciał Lenin – zawodowych rewolucjonistów, poszła spora część tzw. pokolenia tysiąca euro: sfrustrowanych niskopłatną, niepozwalającą na pełne usamodzielnienie się pracą, greckich dwudziestoparolatków.

Co miałoby być takim wydarzeniem dla nowego pokolenia greckich rewolucjonistów? Śmierć piętnastoletniego Aleksandrosa Grigoropulosa, przypadkowo zastrzelonego przez policjanta? Atak na Konstantinę Kunevę, działaczkę społeczną? Żadne z tych wydarzeń nie jest na tyle nośne, by stworzyć mit założycielski, który mógłby stać się podwaliną szerokiego, silnego ruchu społecznego, zdolnego do zagrożenia podstawom ustroju społeczno-gospodarczego Grecji. Nie należy jednak bagatelizować sytuacji, w jakiej znajduje się obecnie ten kraj – chaos, jaki obecnie w nim panuje sprawia, że trzeba szczególnie uważnie przypatrywać się zarówno poczynaniom nieskutecznego, skompromitowanego rządu, jak i protestujących. Jeśli któreś z nich posunie się za daleko, może mieć to znacznie większe konsekwencje, niż jesteśmy w stanie przewidzieć: spirala terroru z obu stron może na długo zdestabilizować Grecję i stać się zapalnikiem dla podobnych problemów w innych państwach Europy Południowej.

Zupełnie odmienna sytuacja panuje tysiąc kilometrów na północ od ogarniętych wywołanymi przez lewicowe organizacje terrorystyczne zamieszkami miast greckich. Na Węgrzech z każdym dniem rosną w siłę ugrupowania z przeciwnego bieguna sceny politycznej.

Węgry nowym Chrystusem narodów? Ukrzyżowane Wielkie Węgry w parku w Budapeszcie (Zdjęcie: Jeż Węgierski, http://jezwegierski.blox.pl/)
Węgry nowym Chrystusem narodów? Ukrzyżowane Wielkie Węgry w parku w Budapeszcie (Zdjęcie: Jeż Węgierski, http://jezwegierski.blox.pl/)

Bardzo obrazowo opisał nastroje sporej części społeczeństwa węgierskiego Bogdan Góralczyk w Gazecie Wyborczej (27-28/03/2009). W swoim artykule, były ambasador RP na Węgrzech opisuje rosnącą falę nastrojów skrajnie prawicowych, której początek dało – legendarne już – wystąpienie socjalistycznego premiera Ferenca Gyurcsany’ego z roku 2006, w którym przyznał się do przedwyborczych kłamstw. Od tego momentu, Węgry pogrążone są w wewnętrznym chaosie politycznym. Gospodarczo, znajdowały się jeszcze do niedawna na skraju bankructwa, ale dzięki pomocy międzynarodowej udało się im uniknąć sytuacji, w jakiej nieco wcześniej znalazła się Islandia. Politycznie, sytuacja ekonomiczna zaostrzyła nastroje społeczne na tyle, że dziś Węgry, podobnie jak i Grecja, jest państwem w pewnej mierze dysfunkcjonalnym.

Nieszczęścia ponoć chodzą parami i przykład Węgier dobrze to obrazuje: obecny kryzys jedynie zaostrzył podziały społeczno-polityczne od lat trawiące ten kraj od środka. Wypowiedź Gyurcsany’ego sprzed dwóch lat stała się jedynie katalizatorem, który sprawił, że węgierska skrajna prawica nabrała sił. Mocne odchylenie Węgrów w kierunku prawicowej ideologii potwierdzają najnowsze sondaże opinii publicznej, które dają konserwatystom z Fidesz poparcie ok. 40% badanych (a wśród osób zdecydowanych uczestniczyć w wyborach aż 61%!), a skrajnie prawicowej partii Jobbik – nieco ponad 5%, stanowiące próg wyborczy. Oprócz nich, w parlamencie znaleźliby się jeszcze tylko socjaliści (25%); pozostałe partie, w tym i tradycyjny języczek u wagi w latach ubiegłych, a więc liberałowie z SzDSz, nie przekroczyłyby progu wyborczego. Choć w ewentualnych wcześniejszych wyborach większość zdobyłaby partia w miarę umiarkowana, „zasiedziała” w politycznym establishmencie, w większości uznająca pewien demokratyczny kanon wartości za elementarny dla nowoczesnego państwa i społeczeństwa, to nacjonaliści z Jobbik (co ciekawe, określający Fidesz jako partię centrolewicową!) zasiadający w parlamentarnych ławach na pewno nie są najlepszą prognozą na przyszłość. Ich błyskawiczna kariera może jeszcze przyspieszyć: wszystko zależy od tego, jak Węgrzy poradzą sobie z kryzysem gospodarczym; zakładając, nie bez podstaw, że ani obecnie rządzący socjaliści, ani Fidesz nie są w stanie szybko wyprowadzić kraj z zapaści, grono zwolenników prawicowej ekstremy może jeszcze wzrosnąć.

Choć może wydawać się to nieco dziwne, zadziwiająco dużo Węgrów nadal czuje się skrzywdzonych traktatem z Trianon z roku 1920, na mocy którego Królestwo Węgier straciło ponad 2/3 terytorium oraz połowę ludności. Co ważne, resentymenty związane z tym wydarzeniem nie są marginesem życia społeczno-politycznego Węgier, ale stosunkowo ważnym jego elementem, obecnym w codziennym życiu mieszkańców tego kraju. Najlepszym źródłem informacji o Węgrzech jest moim zdaniem blog Jeża Węgierskiego i to na jego budapesztańskich obserwacjach – oraz zdjęciach – postaram się bazować.

"Wielkowęgierski" czterokołowiec w Parku Miejskim (za http://jezwegierski.blox.pl)
„Wielkowęgierski” czterokołowiec w Parku Miejskim (za http://jezwegierski.blox.pl)

Wielkie Węgry – a więc te sprzed roku 1920 – jako symbol lepszych czasów, stały się podstawowym elementem, mniejszych czy większych, prawicowych demonstracji i wieców, które od roku 2006 zdążyły wtopić się w krajobraz miejski Budapesztu, w taki sposób, że niedługo staną się chyba kolejnym symbolem tego miasta. Ludzie biorący w nich udział, na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą niemal nic wspólnego: wśród hałaśliwych, agresywnych skinheadów, kiboli i węgierskiej odmiany dresiarzy, stoją stateczni – zdawać by się mogło – panowie w średnim wieku, a obok nich, wywijającym tradycyjne hołubce kobietom w strojach ludowych, przygrywają pseudo-gotyckie kapele. Dodatkowego smaczku – i to dosłownie – dodają garkuchnie i nachalni sprzedawcy asortymentu patriotyczno-propagandowego, okraszając to całe przedziwne zjawisko szczyptą komercji. Kicz? Na pewno. Ale z własnego doświadczenia wiem, że nastroje wśród uczestników tych demonstracji są nad wyraz poważne. Tu nie chodzi – tak jak w przypadku demonstracji NOP i Młodzieży Wszechpolskiej w Polsce – o zwrócenie na siebie uwagi przez zmarginalizowane ugrupowania polityczne, ale o faktyczne niezadowolenie, prawdziwą frustrację i gniew, który szybko przeradza się w agresję. I o prawdziwe poparcie pewnej – znacznie większej od promila – części społeczeństwa.

Symbol Wielkich Węgier pojawia się zresztą nie tylko w tak poważnych sytuacjach. Wspomniany wcześniej Jeż Węgierski, pisał kiedyś, że w dzielnicowej gazetce znalazł krzyżówkę w kształcie – a jakżeby inaczej – państwa węgierskiego w granicach sprzed 1920 roku. Innym razem, przechadzając się po parku Városliget, natknął się na wynajmowane turystom spacerowe czterokołowce z wymalowanym z tyłu oparcia kształtem Wielkich Węgier „w połowie w pasy Árpádów a w połowie w kolorach flagi węgierskiej z podwójnym krzyżem z herbu” (jak pisał Jeż i jak możecie zobaczyć na jego zdjęciu). Jakby tego było mało, każdy z pojazdów został ochrzczony nazwą miasta niegdyś należącego do Węgier, a obecnie znajdującego się na terytorium jednego z ich sąsiadów. Przesada? Skądże znowu – dla wielu to normalność. Tak jak i motocykliści-goje czy Wielkie Węgry ukrzyżowane lub na zastawie stołowej w restauracji w Esztergomie, pierwszej stolicy Węgier.

Namiot modlitewny przed parlamentem w Budapeszcie (za http://jezwegierski.blox.pl)
Namiot modlitewny przed parlamentem w Budapeszcie (za http://jezwegierski.blox.pl)

Nie mogące pogodzić się ze swoją przeszłością Węgry są zdaniem ich sąsiadów problemem, który w przyszłości może doprowadzić do wzrostu napięć w tym regionie Europy. Fala resentymentów szczególnie niepokoi Słowację i Rumunię, w których nie tylko mieszka łącznie blisko 2 mln Węgrów, ale i w obrębie ich granic znajdują się ziemie przez Madziarów uznawane za rdzennie węgierskie – Siedmiogród i Południowa Słowacja. Wraz z umacnianiem się skrajnej prawicy na Węgrzech, sąsiednie państwa coraz bardziej zaczynają obawiać się ewentualnych konsekwencji tego procesu, z odkurzeniem idei Wielkich Węgier i postulatami rewizji granic włącznie. Choć wydaje się to być czystym political fiction, by przy obecnym układzie sił w Europie jakakolwiek próba zmiany ustalonych granic mogła mieć miejsce, dołączenie do głównego nurtu polityki nad centralnym odcinkiem Dunaju, partii sugerującej ponowne zespolenie wszystkich ziem węgierskich musi wzbudzać obawy rządów w Bratysławie i Bukareszcie.

Strach ma oczywiście wielkie oczy – choć Gwardia Węgierska wyglądać może jak nazistowskie SA, a trauma Trianon być może wielu Węgrom nie daje spać po nocach, Węgry nie są, i nie staną się, drugą III Rzeszą. Nie możemy jednak zapominać, że radykalizm nie jest chorobą, na którą Europejczycy się uodpornili. Problemy Grecji i Węgier pokazują, jak niewiele trzeba, by masowy ekstremizm polityczny ponownie stał się problemem dzielącym społeczeństwa i państwa naszego kontynentu. Czas zdać sobie sprawę, że fundamenty naszej przyszłości wcale nie są tak solidne, jak chcielibyśmy – frustracja, zaszłości historyczne, przekonanie o nieudolności państwa oraz atomizacja społeczeństw, skutkująca brakiem rozwiniętego systemu instytucji demokratycznych i społeczeństwa obywatelskiego, mogą szybko zmienić sen o zjednoczonej Europie, jako prosperującym obszarze bezpieczeństwa i stabilności, w znany od setek lat koszmar. I co z tego, że mądre przysłowie mówi, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, skoro dobrze wiemy, że mało kto słucha mądrości ludowych. Szczególnie w trudnych czasach.

Artur Makolągwa | Zdjęcia z Węgier są autorstwa Jeża Węgierskiego i pochodzą z jego blogu.