Tybet: tam, gdzie nigdy nie byłem

– Czy to nie upokarzające? Zobacz, tak wygląda mój dokument w moim nowym kraju – mówi Phuchung i wyciąga z kieszeni niewielką, pomiętą zieloną kartę ze zdjęciem.
To dowód osobisty, który  trzeba co roku odnawiać. Siedzimy na tarasie jednej z kilkudziesięciu knajpek w Dharamsali. Phuchung ma przy sobie plecak, właśnie wraca od znajomego, który mieszka w klasztorze, do domu. Czeka go kilkanaście godzin w autobusie. Ale na razie smagły, przeciętnie ubrany trzydziestolatek pije herbatę i patrzy w dal. W Polsce mógłby być nauczycielem angielskiego, a w wolnych chwilach prowadzić swojego bloga z tłumaczeniami. I w Indiach uczy angielskiego.
– Jesteśmy tu gośćmi. Tylko gośćmi. To znaczy, że co roku trzeba starać się o nową kartę pobytu. Każdy Tybetańczyk taką ma, i to jest jedyny dowód na jego istnienie. Na rok. Słyszałem, że kiedy chcemy wyjechać za granicę, nie mamy paszportu, tylko specjalne zaświadczenie.
Phuchung, w odróżnieniu od swoich znajomych, urodził się w Tybecie. Do Indii trafił, gdy miał czternaście lat. Przeszedł z braćmi przez Himalaje, i nie chce o tym mówić.
– Maszerowaliśmy w nocy, bo w dzień to było zbyt ryzykowane. Mieliśmy szczęście, nasi przewodnicy znali drogę bardzo dobrze. Trafiliśmy tutaj jak wszyscy: najpierw do szkoły, potem do liceum… Potem studia. Jak wszyscy. Nie znałem hindi, znałem chiński. Nie znałem angielskiego, znałem tybetański, ale inny dialekt niż ten, którym mówiło się w szkole. To nie było łatwe.
Phuchung jest w Indiach już piętnaście lat.
– Indie nas chcą, bo Dalajlama przyciąga turystów. Chcą nas, ale nie jesteśmy u siebie. Ja najbardziej na świecie chciałbym wrócić do Tybetu.
– Do wolnego Tybetu?
– Najlepiej tak, do wolnego. Ale nie wiem, czy to będzie możliwe… Tak naprawdę to chciałbym wrócić do Tybetu, żeby zobaczyć się z moją mamą przed śmiercią. Nie wiem, czy wtedy już będzie wolny. Ona ma już niemal siedemdziesiąt lat. Z ojcem nie zdążyłem się zobaczyć zanim umarł. Tutaj nie mam żadnych krewnych, domu. Mieszkam w szkole, w której uczę. To nie jest złe życie, ale chciałbym odwiedzić rodzinę w Tybecie.
Phuchung nie myśli na razie o walce. Tłumaczy, że starcie z Chińczykami mogłoby się skończyć tragicznie. – Oni są potężni i brutalni. Pamiętam to dobrze, mają naprawdę mocna armię. I mają pieniądze, którymi próbują kupować naszych.
– Chińczycy mówią, że Tybet to część Chin. To kłamstwo, nigdy tak nie było. To nieprawda. Dla mnie najważniejsze jest to, co mówi dzisiaj Jego Świątobliwość: że tylko dialog jest drogą do porozumienia. Jego Świątobliwość jest dla mnie najważniejszy, co on powie, jest dla mnie święte. Kiedy szedłem do Indii, opuszczałem dom, najbardziej chciałem zobaczyć właśnie Jego Świątobliwość. Szedłem prosto do boga. Tylko nie wiedziałem, że tak trudno będzie wrócić. – mówi Phuchung cicho i odwraca głowę, a jego oczy wilgotnieją.
– Nie sądzę, żeby Kongres Młodzieży Tybetańskiej powinien walczyć zbrojnie. Żeby zrobić powstanie. Zobacz, co się dzieje, kiedy wybuchają powstania, ile ludzi ginie w demonstracjach. U mnie na wsi, wszyscy się bali Chińczyków. Kongres ma swoje slogany, swoje idee. Ale ja wiem, jak wyglądają Chińczycy i nie sądzę, żeby każda metoda walki była dobra. Musimy szanować Jego Świątobliwość i nasz rząd. Wierzyć i prosić o zagranicę o pomoc.
Tylko to nam zostało.
– A jeśli nie uda się wrócić do Tybetu?
– Musi się udać.
– A jeśli jednak?
– To wtedy chciałbym wyjechać. Zacząć nowe życie, w Kanadzie, w USA. Tam są duże kolonie tybetańskie, jest szansa na lepsze życie. Teraz chcę dokończyć studia, zdobyć licencjat.
– A co z walką o Tybet?
– Czekamy na pomoc. Samo współczucie nam nie wystarczy – musi być jakieś działanie ze strony rządów za granicą. W przeciwnym wypadku nic się nie zmieni. Widzę, że po ostatnim powstaniu świat zaczął się orientować, jakie naprawdę są Chiny – że są dwulicowe, fałszywe.
Ale to nie wystarczy. Jeśli świat więcej nie zrobi – będziemy cierpieć. Sami nie damy rady. Jest nas za mało.
Ale nie tego się najbardziej obawiam.
Najgorszy jest mój sen o przyszłości. Boję się, że się spełni. Widzę w nim dzieci, które biegają naokoło mnie. To muszą być moje dzieci, bo krzyczą: Tato! Tato, opowiedz mi o Tybecie! Jak tam jest? Są wysokie góry? Jest zimno?
A ja nie potrafię im nic powiedzieć, bo już nic nie pamiętam. Wszystko zapomniałem.
Wtedy się budzę przerażony.

Moja Tybetańskość

Trzydzieści dziewięć lat na uchodźstwie.
Nie wspiera nas żaden naród.
Żaden przeklęty naród!

Jesteśmy uchodźcami.
Ludem utraconej ziemi
Obywatele bez narodu

Tybetańczycy: zasoby światowego współczucia.
Pogodni mnisi i radośni tradycjonaliści;
sto kilkadziesiąt tysięcy rozproszonych,
zasymilowanych i przesiąkniętych
mnóstwem hegemonii kulturowych

W każdym urzędzie i na każdym posterunku
jestem „Indusem pochodzenia tybetańskiego”.
Dokument tożsamości
odnawiam co roku z hinduskim salaam.
Cudzoziemiec urodzony w Indiach.
Byłbym całkiem Indusem,
Gdyby nie moja twarz żółtka z Tybetu

Jestem Tybetańczykiem.
Ale nie jestem z Tybetu.
Nigdy tam nie byłem.
Choć marzę, by tam umrzeć.

***
Bardzo dziękuję Natalii Bloch za pomoc w dotarciu do bohaterów reportażu. Wiersz Tenzina Tsundue „Moja Tybetańskość” w przekładzie Stefana Baranowskiego i Marcina Barskiego, pochodzi z tomika „Kora”, wydanego w wydawnictwie vis-a-vis w Krakowie.