Tybet: tam, gdzie nigdy nie byłem

Najbardziej wywrotowa, niebezpieczna i antychińska organizacja mieści się w północnych Indiach. Dokładnie: w Dharamsali, w kilku pokojach na piętrze starego domku. Dharamsala jest centrum wolnego Tybetu na wygnaniu. Tam jest siedziba rządu tybetańskiego na uchodźstwie, Dalajlamy. W sumie – kilkaset domów, które przycupnęły na zboczach gór, restauracje, hoteliki, klasztor. Nierówne ulice, turyści i mnisi.
Żeby trafić do antychińskiego centrum, wystarczy skręcić z centralnego placyku wioski, przejść sto metrów, wejść po stromych schodach i pchnąć stare drzwi. Właśnie tam jest biuro Kongresu Młodzieży Tybetańskiej.
Na ścianach „najgroźniejszej” organizacji wiszą wycinki z indyjskiej prasy, na szafie stoi kilka odrapanych megafonów, w kącie – stare ksero.
Na dużym stole aktywista prasuje stos tybetańskich flag.
– Właśnie tego boją się Chiny… Mówią, że jesteśmy organizacją wywrotową? Tylko pekińska propaganda mogła wymyślić coś takiego – mówi z uśmiechem Dondup Dorjee, wiceprzewodniczący Kongresu. Ale zaraz szybko poważnieje. – Mamy po prostu jasno sprecyzowane poglądy. Dziś Tybet jest zniewolony, a musi być niepodległy. Nie ma trzeciej drogi.
Dorjee ma niecałe 30 lat, jest wiceszefem Kongresu i jego sekretarzem ds. informacji. Kończył Uniwersytet Jawaharlala Nehru – prestiżową, rozpolitykowaną uczelnię w New Delhi. Do Kongresu wstąpił, bo chciał czegoś więcej, niż tylko zapewnień że w sprawie Tybetu można dogadać się z Chińczykami. Organizacja ma 25 tys. członków. Żąda wolnego Tybetu.
W okularkach i szczupły, ubrany w marynarkę, pod krawatem – Dondup wygląda bardziej jak urzędnik, niż bojownik o wolność. Gdyby urodził się w Nowym Jorku, albo Londynie, mógłby spokojnie być w awangardzie krytyków sztuki albo starałby się o awans w dużej korporacji.
Ale urodził się jako uchodźca w Indiach.
– I to cię na zawsze naznacza. Moje pokolenie musiało sobie wymyślić swoją ojczyznę – mówi zdecydowanym głosem.
Kongres jest niezależny, finansowany ze składek członkowskich. I głosi poglądy, które przyprawiają o ból głowy Dalajlamę. – Bardzo szanuję Jego Świątobliwość. Ale trudno mi pogodzić się z tym, że jeszcze w latach 80. mówił o niepodległości naszego kraju, a dziś tylko o Drodze Środka. On daje nam prawo wyboru. Nawet Budda mówił: nie idźcie ślepo za mną, tylko przyjdźcie świadomi. My chcemy być świadomi, nawet gdyby to oznaczało sprzeciwienie się Dalajlamie – mówi Dondup.
– Tybetańczycy nigdy nie byli rządzeni przez Chińczyków! – oburza się Dondup. – Nawet Dalajlama nie ma prawa zmieniać historii. Pomiędzy nami i Chińczykami nie ma żadnych punktów wspólnych! To są dwa światy: geograficznie, kulturowo, jeśli idzie o religię. Nie łączy nas nic. Nie ma żadnych podobieństw – wyjaśnia.
Kongres jest jedną z organizacji tybetańskich, która najaktywniej próbuje walczyć o niepodległość. Jego działacze organizowali akcję bojkotu olimpiady w Pekinie w ubiegłym roku, cały czas prowadzą w Dharamsali strajki głodowe, które mają zwrócić uwagę świata na Tybet.
Chętnych nie brakuje, strajkuje się rotacyjnie, po kilkanaście dni. Ale takie protesty nie przyciągają już uwagi.
– Jesteśmy buddystami, nie wolno nam przekroczyć pewnych granic. Metoda protestu bez przemocy jest podstawowa.
– Ale w ten sposób trudno chyba coś wywalczyć.
– Tak, to niełatwe. Możemy próbować, możemy posuwać się do ekstremalnych form protestu. I tak będzie się działo, bo ludzie są zdesperowani.
– Co to znaczy?
– To znaczy, że poważnie myślą o strajku głodowym do śmierci. Mówią o samospaleniu. Nie mówią tego ot, tak – są poważni. To są ekstremalne formy protestu, skierowane przeciwko sobie. Ale jeśli trzeba, to i po nie sięgniemy. Cierpliwość moich znajomych tu, w Indiach, powoli się wyczerpuje. Oni pytają: kiedy w końcu zaczniemy coś robić? Kiedy będziemy działać, a nie tylko głodować? W nasz statut wpisane jest, że wszystkie środki, które prowadzą do wyzwolenia Tybetu, są dobre.
– Nawet przemoc?
– Przemoc nie jest dobra. Ale… Wszystkie środki, tak jest napisane. Bez niepodległości nigdy nie będziemy szczęśliwi. Ludzie są na granicy wytrzymałości. W rozmowach słyszę, że w walce politycznej marksizm jest znacznie bardziej skuteczny niż buddyzm. „W moim przypadku, buddyzm po prostu nie działa. Kiedyś był sensem życia, ale od kiedy dowiedziałem się jak bestialsko zabili moją rodzinę, już nie jest” – powiedział mi przyjaciel. I dodał, że nie potrafi zabić kurczaka, ale z chęcią wykończyłby Chińczyka… Wielu z nich mówi o podziemiu w Tybecie, o walce zbrojnej. Studiujemy, jak działał serbski Otpor, mamy warsztaty, treningi.
– Dalajlalma to wszystko wyklucza.
– Wiem. Wszyscy to wiedzą. I mówią, że Dalajlalma jest jak wielki bananowiec: daje wspaniały cień, ale nie pozwala rozwinąć się trawie, która z tego cienia korzysta.
Nie czuję wobec Chińczyków nienawiści. Mam nadzieję, że się zmienią. Ale boję się, że to nigdy nie nastąpi. Natomiast widzę, jak zmieniają się moi znajomi. I dziwi mnie polityka Chin. Przecież ignorując Dalajlamę, hodują naprawdę wielką grupę, która jest gotowa na wszystko. Oczywiście, jest część która zasiedziała się w Indiach, mają karierę, dzieci…
– A ty?
– Najpierw walka, potem rodzina. Wiem, że jest wielu Tybetańczyków, którzy nie troszczą się o ojczyznę, i po prostu robią karierę. Nie złości mnie to. Raczej smuci.

Jestem z Delhi i na początku w ogóle nie miałam ochoty, żeby się pojawiać w takiej wiosce jak Dharamsala – mówi Deckyi Ratutsang i śmieje się głośno. – Myślałam: tutaj naprawdę nic nie ma! Ani porządnego kina, ani znajomych… Tylko te góry, klasztor, lamowie i turyści. Ciekawsze rzeczy dzieją się w Delhi.


Deckyi jest przed trzydziestką, nosi koszulkę z napisem „Free Tibet”, ciągle się uśmiecha, gestykuluje i zamawia herbatę za herbatą. Na jej kolorowy telefon ze zdartymi klawiszami co chwilę przychodzą SMSy.
W Polsce Deckyi byłaby pewnie menedżerką w agencji PR albo biurze turystycznym, lubiłaby gadżety i jeździła na narty. Mogłoby jej smakować sushi.
Tymczasem siedzimy w mikroskopijnej restauracji przy głównym placu w Dharamsali, Deckyi z przepastnej torby wyciąga broszury tybetańskie. Za oknem tłumek turystów miesza się z lamami w bordowych szatach.
– Szczerze mówiąc, do niedawna nawet nie bardzo cokolwiek wiedziałam o walce o wolność Tybetu… Wiesz, w domu się dużo o tym mówiło, mój ojciec jest bardzo zaangażowany, ale ja sama raczej  byłam zainteresowana innymi rzeczami na studiach – mówi i puszcza oko.
– Innymi?
– No wiesz, znajomi, imprezy. Kino. Uwielbiam kino! No i praca. Skończyłam przecież turystykę, pracowałam w biurze podróży i byłam naprawdę zadowolona. Te rzeczy. Do momentu jak nie dopadło mnie to, co prędzej czy później dotrze do każdego Tybetańczyka na uchodźstwie.
– Czyli co?
Zadzwonili do mnie z Tibetan Women’s Association i poprosili, żebym dla nich pracowała – mówi.
Stowarzyszenie to najważniejsza tybetańska organizacja kobiet na uchodźstwie: organizuje projekty edukacyjne, pomoc dla starszych w potrzebie, festiwale kulturalne.
Deckyi urodziła się już na uchodźstwie, w rodzinie jednego z zasłużonych tybetańskich działaczy. Tak jak wszystkie tybetańskie dzieciaki chodziła do specjalnej szkoły prowadzonej przez Tibetan Children’s Village, uczyła się tybetańskiego, potem kończyła liceum na prowincji.
– Przeniosłam się do Delhi i myślałam, że będę mieć życie jak wszystkie moje indyjskie znajome. Ale jestem Tybetanką, a Tybetańczycy mają inne życie – opowiada Deckyi.
– To znaczy jakie?
– Takie, które widzisz przez pryzmat Tybetu. Wyjaśnię ci na przykładzie: masa organizacji z Europy się z nami kontaktuje, również kobiecych. Często pytają, czy jesteśmy feministkami. To nieporozumienie.
– Nie jesteście?
– Nam zupełnie nie o to chodzi! Jesteśmy zajęte czymś innym, walczymy o Tybet. Jak już go wywalczymy, to będzie się można zastanowić kim być: feministką, szowinistą czy przeciętniakiem. Ale najpierw musimy mieć prawo być Tybetańczykami. Na razie nie mamy luksusu innych wyborów – mówi trzydziestolatka, która zrezygnowała z życia w stolicy.
– Kiedy podjęłam decyzję o przeprowadzce, moi znajomi mówili: uciekniesz po tygodniu. Jak przyjechali mnie odwiedzić, autobusem jest kilkanaście godzin, to byli zaskoczeni że tak długo wysiedziałam w Dharamsali. To prawda, to miasteczko jest malutkie, nie ma imprez. Ale jestem teraz w dobrym wieku, żeby coś zrobić dla mojego kraju. No, może przydałoby mi się trochę więcej pieniędzy. Może nowa komórka… Kiedyś miałam każdą najnowszą, ale to były dawne czasy. Rzeczy są dziś mniej ważne.
– Nie tęsknisz za Delhi?
– Nie. Ono było inne, może do niego wrócę, ale bardziej świadoma. Kiedy zaczynałam, nie bardzo chciałam wyjeżdżać do Dharamsali. Znajdowałam wykręty, wymówki. – Nie znam się na tym, nie potrafię – mówiłam, jak dziewczyny mnie namawiały na działanie w ruchu. Ale one były uparte! Dopiero za trzecim razem się zgodziłam. Dostałam broszury, książki. Czytałam. I dopiero wtedy zdałam sobie naprawdę sprawę z tego, kim jestem.
– Kim?
– Kobietą, która ma wielki obowiązek. I musi pomóc w walce o swój naród. To przychodzi nagle, jak coś oczywistego. Pracowałam wtedy nad jakimś projektem, rozmawiałam z dziewczynami, które przyszły z Tybetu przez góry. One opowiadały, jak było, ile musiały przejść, jak było ciężko tam, w Tybecie… I wtedy do mnie dotarło. Zrozumiałam, że kiedy one tak szły, ja siedziałam w Delhi. I że nie mogę tego tak po prostu dalej robić. Muszę działać!
W przypadku Deckyi działanie to praca po kilkanaście godzin dziennie, bo Stowarzyszenie zawsze ma więcej pomysłów, niż ludzi do pracy. Pokazuje trzy puszki Red Bulla w torbie i uśmiecha się: czasami trzy dziennie jej nie wystarczają.
– Najważniejsza jest walka o język. Bez tego Tybet zginie. Dlatego organizujemy festiwale, pokazy kulturalne. Przez to pokazujemy, że się nie boimy. Trzeba pokazać Chinom, że nie jesteśmy zastraszeni. Ja sama? Oczywiście mówię po tybetańsku, ale z pisaniem mam już kłopoty. W tym czasie kiedy się uczyłam, szkoły nie były tak dobrze rozwinięte. Nie pisaliśmy po tybetańsku, kiedy byłam dzieckiem.
Dzień aktywisty tybetańskiego w Dharamsali wygląda podobnie do dnia pracownika organizacji pozarządowej w Polsce. Deckyi przychodzi rano do biura, czyta pocztę, zaczyna dzwonić, organizować, spotykać się, ustalać budżety, odpisywać na maile, potem załatwia materiały na demonstracje…
Tyle, że żaden pracownik trzeciego sektora w Polsce nie nasłuchuje wiadomości w lokalnym radiu o aresztowaniach i torturach znajomych.
– Początek to była makabra. Wcześniej nigdy nie byłam aktywistką, nie ciągnęło mnie to zupełnie. Chodziłam oczywiście na demonstracje, jak każdy Tybetańczyk, ale raczej jako widz, a nie uczestnik… A tutaj mam organizować strajk głodowy, seminaria, i jeszcze we wszystko wierzyć! Ale przyzwyczaiłam się szybko. Poza tym, to honor, pracować dla narodu.
– Wierzysz w wolny Tybet?
– Hmmm… Wierzę w powrót do Tybetu. Trochę to skomplikowane. Wiem, co robią Chińczycy, wiem jak są bezlitośni i jak trudno żyć naszym braciom w Tybecie. Ale szanuję Jego Świątobliwość i jego wytyczne. Myślę, że Droga Środka jest słuszna.
– Czyli trzeba rozmawiać z Chinami?
– Trzeba negocjować, bo przemoc donikąd nie prowadzi. Chociaż moi znajomi często myślą zupełnie inaczej. Jestem bardzo dumna z tego, że podążam za Jego Świątobliwością. I mam nadzieję, że wrócimy do Tybetu. Bo Indie są piękne, ale cokolwiek tu mamy, nie jest nasze. Szkoły, klasztory, domy – to wszystko indyjskie. Mam wielu wspaniałych  przyjaciół z Indii, ale różnimy  się. Oni mają swój kraj, swoją flagę, hymn. Ja mam tylko to co tutaj. I Tybet, tam daleko.
– Wiesz, mówią o nas że jesteśmy takim straconym pokoleniem, które nie szanuje Dalajlamy, tylko patrzy jakby się tutaj najlepiej ustawić. Ja mam sporo znajomych w Delhi, sporo w innych miastach. Wszyscy Tybetańczycy tam sobie układają życie, ale jak trzeba, natychmiast wszystko rzucą i przyjadą pomagać. Pamiętają, że chodzi im o to, żeby wrócić do kraju. Mimo tego, że żaden z moich znajomych nie widział Tybetu na własne oczy. Ja próbowałam pojechać, ale Chińczycy nie dali mi wizy.
Co nas tak pcha do działania? Może rodzice. Może poczucie obowiązku.
A może to jest w nas i wiemy, że jeśli nie my, to nikt nie będzie zainteresowany tym co się dzieje na końcu świata?

***