Tybet: tam, gdzie nigdy nie byłem

To jeden z najdziwniejszych ruchów wyzwoleńczych świata. Jego bojownicy walczą o kraj, którego nigdy nie widzieli. Rząd Chin nazywa ich „wielkim zagrożeniem”, choć nie mają broni.

To młodzi Tybetańczycy. Ich rodzice uciekli z Tybetu przed  prześladowaniami, oni sami urodzili się w Indiach. Od zawsze żyją w zawieszeniu: między wspomnieniami rodziców, naukami buddyzmu i najnowszymi modelami telefonów komórkowych.
Pytają: co dalej?
I coraz rzadziej akceptują odpowiedzi Dalajlamy na to pytanie.

***

Najsławniejsze zdjęcie z najbardziej śmiałej akcji antychińskiej w Indiach jest zupełnie zwyczajne.
Niepozorny, chudy chłopak w jasnych dżinsach szarpie się z indyjskimi policjantami na rusztowaniu. Na wysokości 14. piętra.
To Tenzin Tsundue.
Postać jest maleńka, u jej stóp łopoczą trzy zszyte razem czerwone  flagi chińskie z napisem „Free Tibet”. Rusztowanie stoi w centrum Bombaju, przy luksusowym hotelu Oberoi. Najważniejsze dzieje się poza kadrem: tam ówczesny premier Chin Zhu Rongji patrzy ze zdumieniem na śmiałka, który odważył się zakłócić oficjalną wizytę i bezczelnie rzucił wyzwanie Chinom.
W rzeczywistości Tenzin Tsundue jest na pierwszy rzut oka jeszcze bardziej niepozorny, niż na zdjęciu. Ale tylko na pierwszy rzut oka.
Szczupły, niewysoki trzydziestolatek ma zawzięty wzrok i ton głosu, który nie znosi sprzeciwu. Gdyby urodził się w Europie, mógłby być zbuntowanym artystą.
Ale urodził się w kraju, który nie jest jego ojczyzną.
– Jesteśmy gośćmi. Indie są piękne, wspaniałe, szanuję je. Wychowałem się tu, gdy moi rodzice przyszli z Tybetu. Ale mieszkać tutaj to tak, jakby cały czas być tylko u kogoś z wizytą. Nawet jeśli dom, do którego poszedłeś jest piękny, to nie jest twój. A to boli – mówi Tenzin i odgarnia włosy, które zasłaniają czerwoną przepaskę na czoło. Nosi ją cały czas od kilku lat. – Nie zdejmę, dopóki Tybet nie będzie wolny.
– A jak nigdy nie będzie?
– Niemożliwe.
Tenzin urodził się w obozie dla uchodźców tybetańskich. Jego rodzice uciekli przez Himalaje w latach 50., po przegranym powstaniu niepodległościowym, przed represjami Chińczyków. Mieli na plecach cały dobytek. Przez góry przeszło wtedy około 80 tys. Tybetańczyków. Prowadził ich Dalajlama.
W ubiegłym roku, przed olimpiadą w Pekinie w odwrotnym kierunku ponad setkę najbardziej wytrwałych zabrał do domu Tenzin. Prowadził pokolenie dzieci uchodźców.
Siedzieliśmy wtedy w czerwcową noc w dużym namiocie trzy kilometry przed Darćulą: małą wioską na granicy z Nepalem, zagubioną w przedgórzu Himalajów. Obok spało kilkunastu Tybetańczyków, skulonych w śpiworach, a Tsundue opowiadał dlaczego walka jest tak ważna. To była ostatnia noc desperackiego marszu młodych Tybetańczyków do ojczyzny.
Marsz zorganizowali młodzi liderzy organizacji pozarządowych na uchodźstwie, w indyjskiej Dharamsali. Chcieli pokazać, że pomimo olimpijskiej propagandy harmonii i sukcesu, problem Tybetu nie znikł.
Byli zdeterminowani: rozdali wszystko, co mieli – bo byli przekonani, że nie wrócą już na wygnanie. I ruszyli.
Przez ponad trzy miesiące kilkuset Tybetańczyków przeszło 1300 kilometrów w upale i kurzu. Wielokrotnie aresztowała ich indyjska policja, Dalajlama dwukrotnie potępił marsz – mówił, że jest „awanturniczy”.
Duchowy lider Tybetańczyków wierzy w Drogę Środka – negocjacje z Chinami, które dziś panują w Tybecie. Ma nadzieję, że władze w Pekinie dadzą Tybetowi daleko posuniętą autonomię, pozwolą na zachowanie odrębności. Ale rozmowy przeciągają się od lat; i od lat nic z nich nie wynika.
– Oni zwodzą Dalajlamę, czekają na jego śmierć. Tybet musi być niepodległy, nie autonomiczny. Tymczasem Chińczycy oszukują cały świat, gdy mówią, że chcą z nami negocjować – wykładał wojowniczo Tsundue, i poprawiał okulary posklejane taśmą.
– Dziś w Indiach jest około 100 tysięcy Tybetańczyków. Dorosło już pokolenie, które nigdy nie widziało Tybetu. Co się stanie, jeśli to pokolenie zapomni? To będzie klęska. Dlatego właśnie idziemy w marszu.
– Rodzina? Nie, dziś nie jest czas na dzieci. Ja mam Tybet. To jest dla mnie rodzina.
Tenzin ładował komórkę i laptop z przenośnego generatora, przeglądał notatki, studiował mapę. W namiocie wyglądał jak dowódca przed ostatecznym starciem: wiedział, że droga do Tybetu skończy się przed granicą Indii. Była noc, zacinał deszcz i zimna górska mgła zaczynała oblepiać śpiących.
– My musimy walczyć tutaj, bo tam w Tybecie  walczą codziennie. Zamykają naszych braci za posiadanie portretu Dalajlamy, za śpiewanie pieśni. Musimy mobilizować do nacisków na Chiny. Uświadomić, że ludzie którzy robią z nimi interesy, pośrednio dają pieniądze na okupację Tybetu. Więc jak robicie interesy – żądajcie respektowania praw człowieka. Trzeba to robić, ja wiem jak te prawa są łamane.
Tenzin był w Tybecie nielegalnie: w 1997 roku przedarł się bez dokumentów przez granicę indyjsko-chińską, złapała go straż graniczna. To była samobójcza wyprawa. Dwudziestolatek zgubił się, wiedział tylko że chce trafić do Tybetu. Trafił do więzienia i po trzech miesiącach przesłuchań Chińczycy deportowali go do Indii.
– Czy było warto? Żartujesz? Widziałem swój kraj. Byłem tam, stąpałem po tej ziemi. Jakbym miał mapę, tobym ci chętnie pokazał… To, co że mnie bili, straszyli śmiercią. Gdy mnie wyrzucili do Indii, wiedziałem już na pewno że Tybet należy do nas, i musi być niepodległy. Wszyscy to musimy zrozumieć, nawet Dalajlama.
Dzień później cały marsz Tybetańczyków policja indyjska wyłapała i zapakowała do więźniarek. Tenzin z towarzyszami zamiast walczyć z policją, usiedli w błocie górskiej drogi, i policjanci musieli ich odrywać od siebie siłą.
Nikt nie zaatakował policji – bo buddystom nie wolno stosować przemocy, nawet w walce o dom.

***