Rok 2009 rokiem atomu?

Wszystko wskazuje na to, że rok 2009 upłynie pod znakiem atomu. Choć na pewno nie umilkną dyskusje wokół zalet i wad zastosowania energii nuklearnej w celach cywilnych, tym co wzbudza najwięcej kontrowersji jest oczywiście militarne wykorzystanie atomu. W tej sferze rok 2009 z kilku powodów może być przełomowy.

Za nieco ponad pół roku wygaśnie porozumienie o redukcji broni strategicznej START I z roku 1991, najważniejsza umowa rozbrojeniowa między Stanami Zjednoczonymi, a Rosją. W myśl tego układu, do roku 2001 oba państwa ograniczyły swoje arsenały atomowe, zmniejszając liczbę operacyjnych (a więc gotowych do użycia) głowic atomowych do poziomu poniżej 6000 sztuk, a środków ich przenoszenia – do 1600 po każdej ze stron układu. Mimo podejmowanych kilkukrotnie prób dalszego poszerzenia tych postanowień (np. w START II, który nie został ratyfikowany przez rosyjską Dumę, czy SORT, będący jednak tylko deklaracją polityczną) START I pozostaje podstawą postzimnowojennej równowagi strategicznej między dwoma największymi potęgami atomowymi na świecie. Nie oznacza to jednak, że układ ten nie posiada wad; największą z nich jest bez wątpienia brak uregulowania kwestii wielogłowicowych pocisków balistycznych, które dają ogromną przewagę każdemu państwu które mogłoby je użyć: zasada ich działania właściwie wyklucza możliwość zastosowania jakiejkolwiek obrony antybalistycznej.

Traktat START bez wątpienia wymaga przedłużenia okresu obowiązywania, a najlepiej – zastąpienia go nowszym układem, który uwzględniałby rozwój technologii przenoszenia głowic, jaki miał miejsce w ciągu tych 18 lat od podpisania poprzednika. Jest to jedno z najważniejszych, jeśli nie najważniejsze wyzwanie dla obu atomowych supermocarstw w najbliższym czasie – jednak jak na razie żadna ze stron nie podjęła zdecydowanych kroków, które mogłyby uruchomić proces negocjacji nowego traktatu lub choćby odnowienia starego. Co prawda, obie strony deklarują takie zamiary, ale zarazem wysyłają co najmniej dwuznaczne sygnały. Administracja prezydenta Obamy, mimo wyraźnie mniejszego entuzjazmu dla pomysłu swej poprzedniczki umieszczenia elementów tarczy antyrakietowej w Europie Środkowej, nie zdecydowała się na całkowite zarzucenie tej idei, co Rosja poczytuje jako działanie sobie wrogie i odpowiada planami rozmieszczenia rakiet Iskander w Obwodzie Kaliningradzkim oraz – co brzmi prowokująco w kontekście ewentualnych rozmów – wprowadzenia do służby nowoczesnych wielogłowicowych pocisków dalekiego zasięgu RS-24.

Ta napięta – trochę wbrew oczekiwaniom obu stron – atmosfera niewątpliwie utrudnia rozpoczęcie negocjacji, na szczęście jednak oba państwa widzą swój strategiczny interes w podpisaniu nowego lub w modyfikacji starego porozumienia. Zarówno USA, jak i Rosja są świadome braku racjonalnych przesłanek natury militarnej, które wskazywałyby na potrzebę posiadania tak dużego arsenału atomowego, a dysproporcje w tej sferze między dwoma atomowymi liderami, a resztą państw atomowych są więcej niż ogromne. Nie bez znaczenia są także kwestie ekonomiczne – utrzymanie w gotowości nawet niewielkiej części potężnych arsenałów atomowych supermocarstw kosztuje ogromne pieniądze, które nie tylko w czasach kryzysu mogłyby się przydać w innych sferach obronności.

Arsenały atomowe – ilość głowic (2008)
Państwo/Broń Strategiczna Pozostała Wszystkie operacyjne Razem
USA 2200 500 2700 9450
Rosja 2800 2050 4850 13000
Reszta świata 850 200 750 950
Razem 5850 2750 8300 23400

Czynniki te sprawiają, że ewentualna modyfikacja START I może być znacznie bardziej radykalna niż pozostające bez mocy prawnej porozumienia START II i SORT. Z obliczeń ekspertów Arms Control Association wynika, że Stanom Zjednoczonym do skutecznej obrony i odstraszania w zupełności wystarczyłoby 1000 głowic (raport i powstała na jego podstawie rekomendacja), z czego połowa byłaby utrzymywana w gotowości operacyjnej. Byłaby to redukcja o blisko 2/3! Rosji jednak na pewno trudniej byłoby zdecydować się na aż tak radykalne posunięcie – z racji swojego położenia, Stany właściwie nie potrzebują głowic innych niż te umieszczone w pociskach interkontynentalnych; z tego punktu widzenia położenie Rosji w samym sercu Eurazji jest bez wątpienia mniej korzystne i wymusza na niej większą dywersyfikację środków przenoszenia broni atomowej, co musi pociągnąć za sobą zwiększenie łącznej liczby potrzebnych głowic. Mimo to, pułap 1500 ładunków wydaje się być racjonalny i w pełni akceptowalny dla Rosji.

Niewykluczone, że znacznie poważniejszym wyzwaniem dla społeczności międzynarodowej będzie w nadchodzących latach problem szeroko pojętej proliferacji technologii atomowych i powiększenia się grona państw wykorzystujących atom w celach cywilnych i/lub wojskowych. W tej sferze sytuacja jest o wiele bardziej zagmatwana, a co za tym idzie – niebezpieczna; obecnie obowiązujący reżim antyproliferacyjny oparty na układzie o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej z roku 1968 (NPT) okazuje się być coraz mniej wystarczający: w ciągu ostatnich kilku lat klub państw posiadających dostęp do broni atomowej powiększył się o nowego członka, Koreę Północną (NPT wypowiedziany w 2003), a przed jego drzwiami stoi Iran. Oba państwa są o wiele mniej odpowiedzialnymi graczami na arenie międzynarodowej niż te, które przed nimi osiągnęły status mocarstwa atomowego.

Korea Północna regularnie urządza najbliższemu otoczeniu międzynarodowemu wszelkiej maści prowokacje, których celem jest chyba w większym stopniu poprawienie nastroju partyjnej wierchuszki, niż faktyczna demonstracja siły. Obecnie relacje między reżimem Kim Dzong-Ila, a jego sąsiadami jest więcej niż napięta: Phenian zapowiedział na kwiecień start rakiety, która ma wynieść satelitę komunikacyjnego na orbitę okołoziemską, co inne państwa w regionie – zapewne słusznie zresztą – odczytują jako test pocisku balistycznego Taepdong-2. USA i Japonia zapowiedziały już, że użyją systemu AEGIS do jego zestrzelenia, co – zdaniem KRL-D – będzie casus belli. Nie byłby to pierwszy raz, gdy obie strony grożą sobie agresją, ale odkąd Korea Północna posiada broń atomową wszystkie zatargi wyglądają o wiele groźniej, a i jej retoryka staje się z roku na rok coraz ostrzejsza. Strategiczne implikacje posiadania przez „raj Kimów” broni atomowej nie są jednak aż tak poważne, jak ewentualne dołączenie do atomowego klubu przez Iran. Pod każdym możliwym względem, KRL-D jest obecnie państwem peryferyjnym i  gdyby nie fakt posiadania potencjału nuklearnego i konfrontacyjnego nastawienia wobec sąsiadów, mówiłoby się o nim jedynie w kontekście łamania praw człowieka, wielkiej biedy i równie wielkiego głodu. Sytuacja z Iranem jest zgoła odmienna – strategicznie to jedno z najważniejszych państw Eurazji: sworzeń na światowej szachownicy Brzezińskiego, część mackinderowskiego heartlandu, jeden z największych wydobywców ropy naftowej i gazu ziemnego na świecie, a co za tym wszystkim idzie – kraj o wpływach ponadregionalnych i takich też aspiracjach. Wraz z uruchomieniem – na razie próbnym – cywilnego reaktora w Buszirze, atomowy Iran stał się faktem, z którym społeczność międzynarodowa musi się pogodzić; państwo ajatollahów na razie zapewne skupi się na rozwijaniu technologii cywilnych, ale nie spodziewałbym się odstąpienia od możliwości zbudowania broni atomowej: na razie korzystna dla Iranu jest sytuacja, w której jeśli tylko chciałby, może on – lecz nie musi – stworzyć ładunki nuklearne. Prawdziwym problemem staje się jednak zapobieżenie regionalnym i globalnym negatywnym następstwom irańskiego sukcesu: przede wszystkim uniknięcie dalszej proliferacji w regionie Zatoki Perskiej (co – zważywszy na niechęć Arabów do Persów – może okazać się trudne) oraz pohamowanie państw spoza regionu, które mogłyby chcieć podążyć śladami Iranu. Niewykluczone, że wymagać to będzie stworzenia całkowicie nowych, bardziej skutecznych niż NPT, instrumentów polityki antyproliferacyjnej; trudno sobie jednak wyobrazić stworzenie reżimu prawnego, który w jeszcze większym stopniu ingerowałby w politykę państw-sygnatariuszy niż robi to obecnie obowiązujący układ.

Problemem staje się także stworzenie systemu pewnych dostaw paliwa nuklearnego dla państw prowadzących cywilne programy atomowe; musiałby on być na tyle elastyczny, by nie utrudniać rozwoju tych programów, niedyskryminacyjny dla mniejszych państw, a jednocześnie poddany odpowiedniej kontroli, która wykluczyłaby możliwość sprzedaży materiałów rozczepialnych państwom, które mogłyby go używać w celach wojskowych. Powołanie ponadnarodowego magazynu paliwa pod auspicjami Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej na pewno byłoby krokiem w dobrym kierunku – wymagałoby jednak modyfikacji NPT lub podpisania całkowicie nowego układu.

Przed społecznością stoi wiele problemów związanych bezpośrednio z energią atomową: od pośrednich, takich jak erozja systemu zapobiegania rozprzestrzenianiu technologii atomowych w myśl układu NPT, po te bezpośrednie, jak militarne zagrożenie ze strony państw posiadających broń atomową, a nie będących stabilnymi i odpowiedzialnymi graczami na arenie międzynarodowej. Stworzone lata temu ramy, dzięki którym świat wydawał się być bezpieczniejszy, dziś wydają się być niewystarczające. Rok 2009 przynosi wiele wyzwań: części z nich na pewno nie da się zneutralizować w najbliższym czasie, ale nawet w ich przypadku należy już teraz podjąć kroki mające na celu rozwiązanie problemów w niedalekiej przyszłości. Wszystko zależy jednak od wielkich tego świata: Stanów Zjednoczonych, Rosji, Chin, Indii i Unii Europejskiej; jeśli państwa te nie zaczną działać w celu poprawy istniejącego systemu międzynarodowego nadzoru nad energią atomową, za kilka lat możemy obudzić się w świecie, w którym każde – nawet najbardziej niestabilne państwo – z łatwością zdobędzie broń atomową.