Pawelka & Steinbach – duety do mety

Rudi Pawelka, szef Powiernictwa Pruskiego
Rudi Pawelka

„Trzeba przypomnieć o tym, że Polska napadła w 1920 roku na Rosję i zagarnęła te tereny. Później musiała zwrócić je Stalinowi” – powiedział w debacie telewizyjnej Rudi Pawelka, założyciel Powiernictwa Pruskiego. Nie należy oczywiście z tego powodu rozdzierać szat czy zrywać stosunków dyplomatycznych z Niemcami. Pawelka w Niemczech nie znaczy wszakże wiele. Mój niepokój budzi jednak to, że w niemieckich mediach pojawiają się wypowiedzi, których zgodność z realiami historycznymi jest co najmniej wątpliwa. Niemcy, choć przykro mi, że muszę ich dyskryminować, mają niezwykle nikłe prawo do wypowiadania się na tematy historyczne w taki sposób. Tak naprawdę z taką tezą nie spotykam się po raz pierwszy, bo powstała przecież ona na wschodzie, ale w ustach niemieckich brzmi to niezwykle podle.

Jeśli uznać, że wojna polsko-bolszewicka zaczęła się w kwietniu 1920 i skończyła w październiku to tak, .cynicznie można twierdzić, że Polska zaatakowała bolszewików, a potem zagarnęła tereny przez nich zajmowane. Ignorancja przecież nie jest bolesna. Niektórzy pozwalają sobie na takie frywolne historyczne zabawy. Mówienie o wojnie, w oderwaniu od jakichkolwiek faktów fałszuje historię. Rozumowanie Pawelki przypomina tezę ZSRR, dla którego wojna rozpoczęła się w czerwcu 1941. Nie można rozpatrywać wojny polsko-bolszewickiej w tak tendencyjny sposób, bo teza o biednej III Rzeszy, która padła ofiarą napaści Francji, Wielkiej Brytanii, ZSRR i Stanów Zjednoczonych, zbliża się nieuchronnie. Nie chodzi przecież w tym wszystkim o nas, ale o przyszłe pokolenia. Niemiecka młodzież po prostu musi być w 100% świadoma dziedzictwa, jakie jej zostało w spadku. Nie będzie to takie oczywiste, jeśli coraz popularniejsze będą wypowiedzi podobne do tych Rudiego Pawelki czy członków NDP. Ostatnim hitem jest krytyka Polski z dodaniem, że nie potrafimy kontynuować pięknej karty, którą rozpoczęli polscy biskupi wysyłając list „Wybaczymy i prosimy o wybaczenie” w listopadzie 1965. Ktoś w Berlinie chyba zapomniał o tym, że odpowiedź na ten list była bardzo niezadowalająca i nic nie mówiła o granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Polski episkopat był bardzo rozczarowany, a władze PRL-u rozpoczęły propagandową nagonkę pt. „Nie przebaczymy”, a rezolutni nieznani sprawcy dopisywali „Katynia”. Polscy biskupi wyprzedzili swoje czasy, niemieccy jeszcze nie dorośli. Stać ich było jedynie na polityczną poprawność. Erika Steinbach głosowała przeciwko uznaniu granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej, mentalnie do dziś jeszcze żyje przed 1989r.

Rozprawmy się najpierw z mitem o polskim ataku na bolszewików i zagarnięciem jego terytoriów. Większość ludzi, jakich znam, reaguje emocjonalnie i raczej odnosi się do bitwy warszawskiej. Na sprawę trzeba jednak spojrzeć w szerszej perspektywie. Wojna polsko-bolszewicka wybuchła w 1919 roku, była wojną – z polskiego punktu widzenia – o kształtowanie się granic. W międzyczasie w Rosji bolszewickiej trwała wojna „czerwonych” z „białymi”, zachodnie państwa posiadały na terenach przyszłego ZSRR siły interwencyjne. Politycy przewidywali, że komuniści zostaną obaleni. Nie chcę podejmować polemiki w stylu, kto pierwszy do kogo strzelił i gdzie. Faktem jest, że na terenach, na których toczyły się walki, bolszewików miało nie być na mocy pokoju brzeskiego, w których zrzekli się tych ziem I nie obchodzi mnie, że był to pokój taktyczny. Zrzekli się? Tak. Mieli prawo do tej ziemi? Nie. Maszerowali na zachód? Tak. Konfrontacja o ziemie dawnej, przedrozbiorowej Rzeczpospolitej, była nieunikniona. W tym momencie mógłbym już skończyć swoje rozmyślania, bo jakie ziemie zabrali Polacy, skoro bolszewicy sami się ich zrzekli? Oczywiście, teoretycznie „anulowali” jednostronnie ten pokój, jednak nie można mówić o „własności” Litwy, Łotwy, Estonii, Ukrainy, Białorusi itd.

Polską kontrofensywie w 1919 roku zatrzymał sam Józef Piłsudski. Uważał, że łatwiej będzie mu walczyć z „czerwonymi” niż „białymi”. Nie chciał pomagać Denikenowi w wygraniu wojny domowej. Ten zresztą „łaskawie” zapowiedział, że zgodzi się na Polskę w graniach z 1815 roku. Piłsudski wybierał więc między dżumą, a cholerą. Postanowił zawiesić działania na froncie wschodnim. Taktycznie pomógł więc komunistom. Tutaj dochodzimy do momentu, do którego odnosi się wypowiedź Rudiego Pawelki, który twierdził, że to Polacy zaatakowali i zagarnęli ziemie w 1920 roku. Jak można mówić o wojnie polsko-bolszewickiej pisząc tylko o 1920 roku? W historii II wojny światowej też chce brać pod uwagę tylko rok 1945 i dywanowe naloty na Drezno?

Bolszewicy – po wygraniu wojny domowej – zaczęli koncentrować swoje siły przeciwko Polsce. Polacy musieli zatem zaatakować wojska bolszewickie, zanim one zaatakowałyby Polskę. Plany komunistycznej ofensywy zresztą nikogo nie dziwiły. Lenin i jego towarzysze dużo mówili o przyszłym tryumfie światowego proletariatu. Liczył, iż uda się dokonać przewrotu w Niemczech. Czy w tym kontekście można mówić o tym, że Polacy bezpodstawnie zaatakowali Armię Czerwoną? Bez żartów. Polacy opanowali prawobrzeżną Ukrainę, ale po uporządkowaniu wojsk inicjatywę przejęli bolszewicy. Celem taktycznym Piłsudskiego było zapewnienie Polsce bezpieczeństwa przy pomocy koncepcji federacyjnej, stąd układ z Petlurą. Bolszewicy chcieli doprowadzić do światowej rewolucji – po trupie Polski. Resztę układanki już pewnie wszyscy pamiętają – wojska bolszewickie zostają odparte dopiero pod Warszawą, komuniści uciekają w popłochu. Zostaje zawarte zawieszenie broni, a później Pokój ryski. Idąc na Warszawę komuniści mówili jasno, że ich celem jest połączenie się z niemieckimi towarzyszami. Polska odmieniła więc bieg historii i mówienie o zagarnięciu „rosyjskich ziemi” jest po prostu bzdurą. Nasze prawa do nich były co najmniej takie same, jak bolszewickie. Inna sprawa, że fatalnie potraktowaliśmy prawo do samostanowienia innych narodów. Teza o tym, że te ziemie zostały ZSRR po prostu zwrócone też jest kosmiczna. Pokój ryski jasno określał granice, a Związek Radziecki bez pardonu i skrupułów odebrał nam polskie Wilno i Lwów. Tak, odebrał, a nie my mu zwróciliśmy.

Można mówić, że te niemieckie wypowiedzi są marginalne i nic nie znaczą. Jasne, ale pojawiają się regularnie. Rozumiem oburzenie Władysława Bartoszewskiego. Media niemieckie zupełnie zapominają, ze jeszcze niedawno Erika Steinbach apelowała, żeby nie rozszerzzać UE o Polskę i Czechy, dopóki nie wynagrodzą one szkód wypędzonym. Kwestionowała również nasze demokratyczne zdobycze. Trudno posądzić Bartoszewskiego o antyniemieckie fobie. Jego stosunek do Niemców należy określić jako przyjazny, a mowa przecież o byłym więźniu Auschwitz. Steinbach żeruje na tragedii ludzkiej. Tak jak w przypadku wojny polsko-bolszewickiej. Nie można wypędzeń rozpatrywać bez odniesienia się do II wojny światowej. Jeśli ktoś został wysiedlony, to przykro mi z tego powodu, ale nic dla niego nie mogę zrobić. Ze swojej strony z kolei nie domagam się odszkodowań wojennych. Nie czuję się zatem zobowiązany wobec Niemców. Być może demonizujemy Steinbach, ale nie możemy pozwalać, by ktoś próbował zmienić naszą historię. Pamiętajmy o ofiarach niemieckich, ale nie one są tutaj najważniejsze. Wypędzenia to przecież następstwo polityki Hitlera, a nie spełnienie polskiego marzenia narodowego, co zresztą szefowa Związku Wypędzonych sugeruje. Kto tu kogo demonizuje?