O szklance herbaty i 300 milionach euro

28 marca 2009 roku to doskonały dzień na rozmowy o ekologii. Również dlatego, że to właśnie dziś jest ta słynna Godzina dla Ziemi, Dzień dla Klimatu, Godzina Bez Prądu czy jak to tam zwą. Chodzi o to, żeby o 20:30 wszyscy na świecie wyłączyli prąd, aby troszkę schłodzić nam klimat. Generalnie nie mam nic do tego, aby sobie przez godzinkę posiedzieć w ciemności i nie będę, jak Lukasz Warzecha, ostentacyjnie konsumował elektrycznej energii, choć bardzo chętnie podgrzałbym trochę atmosferę, w końcu przyszła już wiosna, a ciepełka jak nie było tak nie ma. Zabawne jest to, że wokół akcji szumu co niemiara, tyle, że przeciętny obywatel, kóry przez godzine nie będzie gotował wody w czajniku elektrycznym (ostatecznie można zrobić sobie herbatę o 21.31) pomysli sobie, że skoro już tak bardzo schłodził przez to atmosferę, to przez najbliższy rok nie będzie musiał sobie zawracać nią głowy. Słowem – Godzina dla Ziemi to jedna wielka lipa.

Ale 28 marca 2009 roku jest wyśmienitym dniem na debatę o ekologii również z innego, znacznie poważniejszego powodu. Wyczytałem dziś, że Ukraina sprzedała Japonii prawa do emisji dwutlenku węgla do atmosfery za 300 milionów euro. Chodzi o to, że zarówno Japonia, jak i Ukraina zobowiązały się (podpisując protokół z Kioto), nie produkować więcej CO2 niż dopuszczalna norma. No cóż, ekologia sobie, a gospodarka sobie, przemysł Japonii potrzebuje emitować więcej tlenku węgla niż Ukraińcy, a Ukraina produkuje tego gazu mniej, niż może. tam gdzie jst podaż i popyt, tam sa interesy. I tak Ukraina swoje, niepotrzebne prawa sprzedała do Tokio. Efekt prosty i banalny: atmosfera przyjmie tyle CO2, ile przyjęłaby, gdyby protokołu z Kioto nie było. Coś się jednak zmienia. Zmienia się własciciel 300 milionów euro. Zarobią, i to na czysto Ukraińcy, a że w przyrodzie nic nie ginie, zapłacą Japończycy. Oczywiście nie rząd, który prawa odsprzeda przemysłowi. Oczywiście nie przemysł, który przerzuci koszty na konsumentów. Zapłaci Japończyk, który będzie chciał zagotować wodę na herbatę.

Wartość rynku obrotu prawami do emisji CO2 wynosi obecnie, w samej tylko Unii Europejskiej 170 miliardów euro. W przeliczeniu na gaz, oznacza to 6,572 miliardów ton dwutlenku węgla Wartośc tego rynku będzie rosła, również dlatego, że UE od lat przygotowuje własny projekt „ograniczania” emisji CO2, który prędzej czy później zostanie przeforsowany. O prawdziwych motywach tej regulacji juz kiedyś pisałem.

Więcej liczb? Proszę bardzo – budżet Green Peace – największej organizacji (pozarżadowej) proekologicznej – to około 230 milionów dolarów (w 2007 roku). Organizacja od dawna opracowuje ranking firm najbardziej przyjaznych środowisku. Metodologia tego rankingu jest bardzo zabawna – otóz okazuje się, że wygrywają je te firmy które … wpłacają najwięcej pieniędzy na konto organizacji „Wojowników Tęczy”. WWF, czyli Światowy Fundusz Przyrody ma budżet przekraczający 570 milionów dolarów (około 2 miliardy złotych).

Rynek energii odnawialnej w Europie jest wart 50 miliardów euro.

Troche to nieprzyjemne, że wciska się nam slogany o potrzebie ochrony klimatu, podczas gdy tak naprawdę, to na zabwie w ekologię po prostu zarabia się miliardy. Nie chodzi tutaj o to, że gazy cieplarniane nie szkodzą klimatowi, że opłaca sie inwestować w energię odnawialną i tak dalej i tak dalej. Chodzi o to, że warto być świadomym, co w tej awanturze o klimat naprawdę jest ważne. I kto na tym zarabia.