Iran 30 lat po rewolucji: co dalej?

Na trzy miesiące przed czerwcowymi wyborami prezydenckimi w Iranie, sytuacja na tamtejszej scenie politycznej nadal jest niejasna. Mimo to, zarówno sami Irańczycy, jak i reszta świata, mają świadomość tego, że będzie to jedno z najważniejszych wydarzeń tego roku.

Jest to być może o tyle paradoksalne, że wybory prezydenckie, choć na pewno ważne, wcale nie muszą przynieść znaczących zmian, nawet jeśli wybór Irańczyków padłby na kandydata z obozu reformistycznego. Irański system polityczny jest bowiem zbudowany w taki sposób, by możliwie jak najpełniej zapobiec wszelkim radykalnym zmianom kierunków polityki państwa oraz jego zasad ustrojowych. Ponadto, sam system wyborczy Iranu daleki jest od demokratycznego standardu, który pozwala na bezproblemowe, okresowe zmiany na najwyższych stanowiskach w państwie, a co za tym idzie – na zmianę kierunków polityki państwa, w zależności od tego, czego oczekują wyborcy, a więc naród w ujęciu politycznym. To właśnie ów mechanizm zinstytucjonalizowanej rewolucji jest podstawą stabilności państw demokratycznych w perspektywie długoterminowej.

W Iranie, suwerenność narodu – pozwalająca w stylu znanym z naszego kręgu cywilizacyjnego ograniczona została przez naczelną zasadę konstytucji, tzw. welajat-e fakih, a więc zwierzchnictwa uczonych prawników islamskich: przede wszystkim Najwyższego Przywódcy, ale i tych zasiadających w Radzie Nadzorującej, będącej swoiście pojmowanym sądem najwyższym. Rola Najwyższego Przywódcy jest niezwykle ważna w irańskim systemie politycznym; tak naprawdę to on – a nie prezydent – decyduje o tym, jak wygląda polityka Teheranu: on definiuje interesy i długoterminowe cele państwa, określa instrumenty ich realizacji oraz nadzoruje spójność z nimi bieżących działań podległego prezydentowi rządu.

Ali Chamenei: obecny Najwyższy Przywódca Iranu
Ali Chamenei: obecny Najwyższy Przywódca Iranu

Jednak to Rada Nadzorująca jest kluczowym elementem systemu politycznego w okresie przedwyborczym, ponieważ od jej decyzji zależy dopuszczenie kandydatów do wyborów; zgodność programu i czynów z zasadami islamu – kryterium, którym się przy tym posługują, nie tylko wyrzuca poza nawias sceny politycznej pewną część ugrupowań, ale jest też niezwykle arbitralne. Nie bez znaczenia jest także sam mechanizm zgłaszania kandydatury: wszystkie wnioski są przyjmowane na krótko przed samymi wyborami, de facto w środku kampanii wyborczej (w tym roku: między 5 a 10 maja). Tworzy to swego rodzaju furtkę bezpieczeństwa, która pozwala Radzie bezpośrednio decydować o obliczu wyborów – choć na pewno jest znacznie bardziej odczuwalne w przypadku wyborów parlamentarnych, o wiele bardziej anonimowych, niż te prezydenckie.

Efektem takiego rozwiązania jest oczywiście zawężenie oferty politycznej dostępnej Irańczykom do zaledwie kilku nurtów, bliskich ideałom islamskiej rewolucji. W ten sposób, rewolucjoniści w imię Allaha sprzed 30 lat zabezpieczyli się przed radykalnymi zmianami zasad, które legły u podstaw ustroju postrewolucyjnego Iranu. Wykluczając możliwość pokojowej rewizji tych podwalin państwa irańskiego, zatrzymali przy sobie władzę na lata; jednocześnie jednak stali się bardziej podatni na wszelkiego rodzaju wybuchy społeczne, takie jak choćby te, które doprowadziły do wyniesienia ich do władzy trzy dekady temu.

Ten skostniały system nie pozwala na radykalną zmianę kierunków polityki państwa, bowiem nawet kandydaci z obozu reformistycznego związani są pewnym kanonem wartości, które są podstawą funkcjonowania republiki islamskiej. Efektem tego są zaledwie niewielkie różnice między poszczególnymi kandydatami, nie tylko w obrębie tych samych ugrupowań politycznych, ale nawet między dwoma najważniejszymi obozami: reformistami i „twardogłowymi”. Różnice te dotyczą zresztą przede wszystkim stylu prowadzenia polityki, a dopiero w drugiej kolejności samej jej materii. Nie oznacza to jednak, że Mohammed Chatami i Mehdi Karrubi, dwaj politycy z obozu reformistów, którzy ogłosili już swój start w wyborach, w niczym nie różnią się od obecnego prezydenta, ultrakonserwatywnego Mahmuda Ahmadineżada. Na szczęście, w najważniejszych dla nas – jako Zachodu – kwestiach, ich poglądy różnią się diametralnie.

Mohammed Chatami
Mohammed Chatami

Mohammed Chatami – sam dwukrotnie wybierany prezydentem – wielokrotnie podkreślał, że obecny rząd przynosi więcej szkód niż korzyści, tak w sferze wewnętrznej, jak i w stosunkach z innymi państwami. Jego zastrzeżenia dotyczące nierozważnych działań rządu na niwie ekonomicznej oraz jego konfrontacyjnej linii polityki zagranicznej, która skazała Iran na jeszcze większą izolację niż dotychczas, mogą trafić na podatny grunt w Iranie i dać mu kolejne zwycięstwo. Niewątpliwą zaletą Chatamiego jest jego doświadczenie, nadprzeciętna wiedza i inteligencja, obycie w świecie oraz autorytet. Niestety, wydaje się, że on sam nie potrafi jednak wykorzystać własnych atutów: jest typem perskiego intelektualisty, nierzadko niezdecydowanego, często za bardzo ugodowego, a czasem wręcz tchórzliwego (nie zrobił nic, gdy przed wyborami parlamentarnymi z roku 2004 Rada Nadzorująca odrzuciła kandydatury niemal 2000 polityków z obozu reformistów, w tym i kandydaturę jego brata). Ten wizerunek może stać się jego kulą u nogi w wyborach, a nie wiadomo, czy uda mu się go szybko zmienić. Mimo to, najprawdopodobniej to właśnie on będzie najpoważniejszym konkurentem Ahmadineżada w czerwcu, choć trzeba pamiętać, że irańskie wybory są bardzo nieprzewidywalne: tak też było cztery lata temu, gdy nadspodziewanie dobry wynik obecnego prezydenta w pierwszej turze (wydawało się, że w samym obozie konserwatystów będzie trzeci) oraz wygrana w turze drugiej były nie lada niespodzianką.

Mehdi Karrubi
Mehdi Karrubi

Drugim kandydatem reformistów jest Mehdi Karrubi – polityk cieszący się uznaniem sporej części społeczeństwa, jednak na pewno o nie tak rozległych wpływach jak Chatami, mniej od niego charyzmatyczny. W poprzednich wyborach prezydenckich Karrubi uplasował się na trzeciej pozycji, uzyskując blisko 18% głosów; zaś w tych, które czekają Iran w czerwcu na pewno nie będzie faworytem. Nie da się jednak wykluczyć, że odbierze pewną część głosów Chatamiemu, którego osiem lat rządów na pewno nie spełniły oczekiwań bardziej liberalnej części irańskiego społeczeństwa.

Po drugiej stronie barykady, a więc wśród konserwatystów, oficjalnie nie stoi na razie nikt, ale można spodziewać się, że Mahmud Ahmadineżad będzie ubiegał się o reelekcję. Jego prezydenturę – wbrew pozorom – oceniać jest trudno. Z jednej strony Irańczykom na pewno spodobał się fakt przyspieszenia i doprowadzenia do końca projektu elektrowni atomowej w Buszirze (choć na ten sukces pracowały kolejne rządy przez ponad 30 lat), twarde stanowisko wobec Zachodu i w sprawie palestyńskiej, co mogło wywołać wrażenie, że Iran znacznie polepszył swoją pozycję międzynarodową; z drugiej jednak strony – jego polityka zagraniczna spowodowała jeszcze większą izolację kraju na arenie międzynarodowej i naraziła kraj na straty związane z sankcjami ONZ. Ponadto, Ahmadineżad nie spełnił swoich obietnic przedwyborczych dotyczących naprawy państwa (m.in. zmniejszenia rozmiaru korupcji),  w ogóle nie przygotował go do kryzysu finansowego (ciesząc się przy tym, jak dziecko, że Zachód „dostał za swoje grzechy”) i roztrwonił pieniądze z bardzo wysokich wpływów ze sprzedaży ropy naftowej w latach 2006-2008.

Jego największą zaletą jest jednak bez wątpienia możliwość wykorzystania potężnej machiny biurokratycznej do zgnębienia kontrkandydatów. Mowa oczywiście o barierach natury administracyjno-prawnej, które nie pozwalają reformistom w pełni rozwinąć skrzydeł. Podstawowym problemem pozostaje oczywiście zatwierdzenie kandydatur przez Radę Nadzorującą – co de facto skazuje je na łaskę, bądź jej brak, konserwatywnych duchownych tworzących tą instytucję. Wydaje się jednak, że nawet Rada nie odważy się zanegować autorytetu Chatamiego; Mehdi Karrubi – choć na pewno mniej popularny – także raczej nie musi się o to martwić. Obaj są zbyt znanymi i zbyt szanowanymi politykami, by Rada zdecydowała się na tak drastyczny krok, jak odrzucenie ich kandydatur. Mimo to, niesmak pozostaje – przez niesprawiedliwe prawo, w obozie reformistów obecnie właściwie niemożliwa jest tak błyskotliwa kariera, jak ta Mahmuda Ahmadineżada, który w ciągu kilku lat z trzeciego rzędu polityków konserwatywnych stał się jedną z najważniejszych osób w państwie.

Nie jest to jednak jedyny problem, na jaki natrafiają sztaby i zwolennicy reformistów. Rządząca administracja ma wystarczająco dużo innych „argumentów”, dzięki którym może skutecznie przeszkadzać w prowadzeniu kampanii wyborczej. Obu kandydatom odmawia się możliwości prowadzenia skutecznej agitacji wyborczej: nie wpuszcza się ich na kampusy uniwersytetów i do meczetów, nie pozwala na odczyty w miejscach publicznych oraz blokuje sprzyjające im strony internetowe. A wszystko to w formie decyzji administracyjnych.

Mahmud Ahmadineżad w ośrodku nuklearnym w Natanz
Mahmud Ahmadineżad w ośrodku nuklearnym w Natanz

Chyba nigdy wcześniej uwaga całego świata nie była tak skupiona na politycznych wyborach Irańczyków; nie ma w tym nic dziwnego – w końcu w ostatnim czasie o Iranie staje się coraz głośniej. Irański program atomowy, wchodząc w swoją decydującą fazę, budzi od początku tego roku coraz więcej kontrowersji – wbrew pozorom nie tylko na Zachodzie. Bez wątpienia kwestia ta nie raz zostanie poruszona podczas kampanii wyborczej, zarówno przez konserwatystów, jak i reformistów. Ci pierwsi mają możliwość wykorzystania sukcesów Ahmadineżada na tym polu, takich jak choćby próbne uruchomienie reaktora w Buszirze; drudzy zaś – podkreślają, że takie prowadzenie „sprawy atomowej” przez obecnego prezydenta skazało kraj na izolację i podejrzliwość społeczności międzynarodowej. Nie mniej ważnym tematem będzie też kryzys gospodarczy, który w Iranie jest szczególnie odczuwalny: zmniejszone przychody z ropy wydatnie pomniejszyły budżet państwa, stopa inflacji od początków rządów Ahmadineżada wzrosła już dwukrotnie do poziomu 26% (w styczniu 2009), a bezrobocie utrzymuje się od lat na poziomie dwucyfrowym. Na pewno trudno będzie Mahmudowi Ahmadineżadowi przekonać swoich rodaków, że potrafi sobie poradzić z kryzysem – pytanie tylko, czy Mohammed Chatami będzie potrafił wykorzystać problemy obecnego prezydenta i czy Irańczycy będą chcieli wejść do tej samej rzeki nawet już nie drugi, a trzeci raz; a może ktoś inny – w tym i niedoceniany Mehdi Karrubi – namiesza w tych wyborach?