W co gra Pakistan?

Pakistańskie władze ugięły się przed żądaniami talibów z prowincji Swat i zdecydowały się zezwolić na wprowadzenie szariatu, a więc prawa koranicznego, w zamian za zawieszenie walk w tym regionie.

O niespokojnym pograniczu pakistańsko-afgańskim pisałem już jakiś czas temu, mając wtedy nadzieję, że Asif Ali Zardari stanie oko w oko z największym zagrożeniem dla stabilności rządzonego przez siebie państwa: islamskiemu fundamentalizmowi, który rozsadza północne prowincje Pakistanu i przemienia je – jak to bardzo zgrabnie ujął ostatnio Wojciech Jagielski – talibski emirat, wyjęty spod władzy w Islamabadzie. Uważałem – i uważam nadal – że:

Zardari znajduje się już pod ścianą. Na szczęście. W odróżnieniu od Muszarrafa, który będąc w znacznie lepszej sytuacji, przez długi czas mógł mydlić oczy społeczności międzynarodowej anemiczną w jego wykonaniu „walką” z ekstremizmem, nowy prezydent nie ma wyjścia: musi podjąć wyzwanie, podnieść rzuconą mu rękawicę i faktycznie zacząć działać. Pakistan albo wyjdzie z tej opresji cało, a Zardari – wzmocniony, albo padnie. Trzeciej drogi nie ma. To gra o najwyższą stawkę. (Link).

Na pierwszy rzut oka, wydaje się, że zawartym w poniedziałek rozejmem, Zardari rzucił ręcznik na ring, mimo iż – trzymając się sportowego slangu – jego zawodnik ani razu nie leżał na deskach. Zastanawiać więc może łatwość, z jaką armia pakistańska poddaje się w tej walce. Na co więc liczy Pakistan, oddając kolejną prowincję pod panowanie talibów?

Nie od dziś wiadomo, że rozejm bardzo często służyć ma jedynie przegrupowaniu sił przed kolejnym atakiem. Wydaje się być niezwykle prawdopodobne, że Pakistan – nie dając sobie rady w walce na wielu frontach – zdecydował się na odłożenie sprawy talibów ze Swatu na później, ustępując im jednak na pewien czas w kilku kwestiach. Nie byłoby to niczym nowym w wykonaniu Pakistanu (nieco więcej o tym w artykule Wojciecha Jagielskiego lub w Dawn). Z czysto strategicznego punktu widzenia prowincja ta ma znaczenie drugorzędne – tak dla operacji przeciw talibom w Pakistanie, jak i po drugiej stronie granicy, a więc w Afganistanie. Jeśli okazałoby się to prawdą, zarówno wojska ISAF, jak i pakistańska armia miałaby znacznie ułatwione zadanie, bo podstawowe znaczenie w tej wojnie mają prowincje położone bezpośrednio przy granicy – a przede wszystkim te „zrzeszone” w Federalnie Administrowanych Terytoriach Plemiennych (FATA).

Niestety, wydaje się wręcz niemożliwe, aby rebelianci z Doliny Swat byli na tyle naiwni by pozwolić wojskom rządowym po kolei rozprawiać się z innymi pasztuńskimi/talibskimi komendantami – na pewno są świadomi tego, że i na nich kiedyś przyjdzie czas, jeśli zawrą długotrwały rozejm. Najprawdopodobniej więc sami talibowie też grają na zwłokę, a wkrótce, po przegrupowaniu, uzupełnieniu zapasów, ruszą w dalszą walkę.

Być może jednak Zardari i armia liczą na to, że lepiej poukładać się z pakistańskimi talibami, póki jeszcze sytuacja w regionach innych niż FATA i Pólnocno-Zachodnia Prowincja Graniczna znajduje się nadal pod kontrolą Islamabadu, a przy okazji – zrobić wszystko aby idee fundamentalistów nie rozprzestrzeniły się poza kontrolowane dotychczas przez nich prowincje. Oznaczałoby to zapewne faktyczne, pełne i długotrwałe uznanie szariatu za system prawa oficjalnie obowiązujący na pograniczu. I.A. Rehman, pakistański publicysta i działacz społeczny, pisze w Dawn, że w przypadku Pakistanu idea prawa koranicznego w wielu miejscach cieszy się dużym uznaniem głównie dlatego, że nigdy nie została w tym kraju wprowadzona w życie – istnieje więc jako pewien zbiór wyobrażeń, często zupełnie odmiennych od tego, czym jest w rzeczywistości. I tu – pisze Rehman – szansa dla rządu w Islamabadzie: tak surowe prawo szybko wyjdzie bokiem Pakistańczykom, nawet tym żyjącym na pograniczu i to oni sami odrzucą fundamentalizm. Dlatego też, jego zdaniem, warto poszerzyć autonomię regionów przygranicznych.

Abstrahując już od oceny prawdopodobieństwa takiego rozwoju wydarzeń, trzeba stwierdzić, że jest to pomysł nie pozbawiony logicznych podstaw, w pewien sposób pragmatyczny i de facto jedynie sankcjonujący istniejący stan rzeczy. Mimo to, niesie on ze sobą ogromne niebezpieczeństwo: we współczesnym świecie niezwykle trudno całkowicie zamknąć obieg idei, a i sytuacja w Pakistanie sprawia, że wszelkie radykalne idee trafią tam na niezwykle podatny grunt. Jest więc to rozwiązanie niezwykle ryzykowne, a żadne państwo nie może świadomie zdecydować się na ruch, który w niedalekiej przyszłości może je doszczętnie zniszczyć. Kluczem w tej strategii byłoby powstrzymanie wzrostu znaczenia ruchów fundamentalistycznych w innych regionach Pakistanu, co w obliczu pauperyzacji społeczeństwa, nierzadko spowodowanej działaniami lub zaniechaniami rządu, wydaje się być zadaniem niezwykle trudnym, jeśli nie niewykonalnym.

Tak czy inaczej – krótkotrwały rozejm jest na rękę obu stronom, ponieważ daje możliwość zmiany patowej sytuacji, w jakiej się obecnie znajdują. Jak na razie – na punkty – wygrywają rebelianci, ale nietrudno zauważyć, że nie będą oni w stanie szybko zadać ciosu, po którym rząd w Islamabadzie znajdzie się na deskach; ten zaś – choć na pierwszy rzut oka na razie przegrywa – najwyraźniej  chce zebrać siły, by cios ten wyprowadzić za pewien czas. Do tego czasu, chce grać na remis – a to o tyle niebezpieczna taktyka, że jego zdeterminowany przeciwnik może uznać to za słabość i – podbudowany wizją łatwego zwycięstwa – zaatakuje zacieklej niż zazwyczaj.