Praca dla Brytyjczyka

Fala gwałtownych strajków, która zalała niedawno Wyspy Brytyjskie, jest wydarzeniem na tyle ważnym – także dla Polaków – że należy przyjrzeć mu się dokładniej i ze szczegółami wyjaśnić zarówno jego podłoże, jak i potencjalne następstwa. Trzeba to zrobić tym uważniej, że mainstreamowe media – w tym także polonijne – relacjonowały te zdarzenia w histeryczny sposób wywołując panikę oraz podsycając niepotrzebnie strach przed możliwością utraty pracy przez rzesze naszych rodaków zatrudnionych przez Brytyjczyków.

Powód protestów

Protest, do którego dołączyli później pracownicy kilkunastu zakładów energetycznych z terenu Anglii, Szkocji, Walii i Irlandii Północnej, rozpoczął się w rafinerii Lindsey, w angielskim hrabstwie Lincolnshire. Powodem rozpoczęcia strajku nie był jednak fakt zatrudnienia obcokrajowców (jak przedstawiała to część prasy), lecz sposób, w jaki zostało to uczynione. Angielscy robotnicy protestowali przeciwko temu, iż jedna z firm będących podwykonawcą prac konstrukcyjnych we wspomnianej rafinerii – włoska IREM – zatrudniła do pracy Włochów, których zwerbowała u siebie – we Włoszech. Oburzenie wywoływał fakt, iż włoski kontraktor nie ogłosił naboru wśród społeczności lokalnej, lecz we własnym kraju. Nikt – ani w Lindsey, ani w innych strajkujących zakładach – nie sprzeciwiał się zatrudnianiu np. Polaków, którzy przybyli tam w poszukiwaniu pracy, sprzeciwiano się natomiast wynajmowaniu robotników poza granicami Zjednoczonego Królestwa. Co więcej – wśród strajkujących (w różnych zakładach), znajdowały się także dość spore grupy Polaków.

Stosunek Brytyjczyków do obcokrajowców jest – można powiedzieć – ambiwalentny. Z moich obserwacji wynika, iż wciąż jeszcze przeważa zadowolenie z napływu wielkiej masy międzynarodowej siły roboczej, lecz wkrótce można się spodziewać – tym bardziej w obliczu pogłębiającego się kryzysu – wzrostu niechęci, czy nawet nastrojów ksenofobicznych. Podczas, gdy bezpośrednią przyczyną ostatnich strajków nie było – jak pisałem wcześniej – uczucie nienawiści do obcokrajowców – to w miarę rozwoju wypadków, pojawiały się coraz częstsze głosy wskazujące wyraźnie na budzenie się takich negatywnych emocji. Głosy te, jak zauważyła brytyjska prasa, podsycane były – jak zwykle w takich wypadkach – działaniami skrajnych, populistycznych, grup politycznych, które jednak nie mają (jak na razie) większego znaczenia na obszarze Wysp Brytyjskich. Zaskakującym natomiast spostrzeżeniem jest konstatacja, iż wystąpienia i hasła, które można bezsprzecznie zaliczyć do ksenofobicznej demagogii, inspirowane były – w dużej mierze – słowami brytyjskiego premiera, Gordona Browna. W wielu miejscach wiecujący robotnicy zbierali się pod transparentami z hasłem British jobs for British workers (brytyjskie miejsca pracy dla Brytyjczyków), które jest dosłownym cytatem z wypowiedzi Browna podczas konferencji laburzystów we wrześniu 2007. Choć z kontekstu tej przemowy (cytowanej przez The Guardian) nie wynika, wbrew pozorom, że Premier Rządu Jej Królewskiej Mości jest nacjonalistą przeciwstawiającym się zatrudnianiu obcokrajowców, to jednak jego słowa wykorzystane zostały w takim właśnie znaczeniu. Wywołało to – słuszną, w moim mniemaniu – krytykę premiera, zarówno ze strony związków zawodowych, jak i brytyjskich konserwatystów (dla których był to świetny pretekst do nieoficjalnego rozpoczęcia kampanii przed przyszłorocznymi wyborami). Polityk na takim stanowisku musi jednak dobierać słowa z większą starannością.

Dlaczego nie Brytyjczycy?

Jednym z zarzutów, stawianych przez strajkujących (nie tylko zresztą przez nich – podobne wypowiedzi zdarzają się częściej), jest twierdzenie, że napływowa siła robocza opłacana jest poniżej płacy Brytyjczyków. W toku wielostronnych rozmów ustalono, iż najprawdopodobniej wynagrodzenie wszystkich pracujących w Lindsey robotników jest takie same (choć nie ma w tym względzie całkowitej zgody – niektóre źródła podają np., że pensje Włochów przeliczane są z euro, co skutkuje realnie niższymi zarobkami). W każdym razie, po zakończeniu strajków, związki zawodowe oficjalnie przyznały, że nie mają dowodów, iż obcokrajowcy zarabiali mniej, niż Brytyjczycy (źródło: The Times). Powstaje zatem pytanie – dlaczego zatrudnia się napływową siłę roboczą, zamiast pracowników lokalnych? Powody takiego stanu rzeczy mogą być następujące: Brytyjczycy nie chcą podejmować oferowanej im pracy, obcokrajowcy są tańsi, lepsi, lub szybsi. Po odrzuceniu tezy o niższych zarobkach migrantów, pozostałe trzy stwierdzenia, jak się okazuje, są prawdziwe.

Cytowany przez Evening Standard, brytyjski minister handlu, Peter Mandelson, stwierdził, że kontrakt przejęty przez włoską firmę, był w pierwszym rzędzie przyznany przedsiębiorstwu brytyjskiemu. Brytyjczycy nie byli jednak w stanie wywiązać się ze zobowiązań, ponieważ nie mieli robotników gotowych do podjęcia tej pracy. Podobne wypowiedzi – nie tylko przedstawicieli rządu, ale również reprezentantów społeczności lokalnych – cytowane były przez szereg innych tytułów prasowych. W lokalnym tygodniku kumbryjskim The Cumberland News opublikowano spory artykuł, omawiający zagadnienia miejscowego rynku pracy i wpływu robotników przyjezdnych na życie regionu.

Wymowa tego tekstu jest jednoznaczna – Zjednoczone Królestwo zdecydowanie zyskuje na fakcie masowego napływu zagranicznej siły roboczej. Oprócz tego, że robotnicy napływowi są – po prostu – lepszymi pracownikami, ich gromadne przybycie na Wyspy wydatnie przyczynia się do rozwoju lokalnych struktur społecznych, kulturalnych i ekonomicznych. Stymulują oni zarówno rozwój miejscowego handlu, jak i wnoszą – doceniane przez sporą część gospodarzy – nowe wartości do codziennego życia Brytyjczyków.

Podobne opinie pojawiają się raz na jakiś czas w brytyjskich mediach, zarówno lokalnych, jak i ogólnokrajowych. W zeszłym roku brytyjska telewizja wyemitowała pełnometrażowy film dokumentalny, opowiadający o małym miasteczku rybackim na północy Szkocji. Okazuje się, że przeważającą liczbę pracujących tam ludzi stanowią Polacy, a w programie padło stwierdzenie, że gdyby nasi rodacy nagle opuścili opisywaną miejscowość, nastąpiłby jej ekonomiczny upadek. Miasto zbankrutowałoby bez Polaków.

Globalizacja czy protekcjonizm?

Myślę, że warto spojrzeć na całą sprawę także z szerszej – europejskiej – perspektywy. Nieskrępowany przepływ towarów, usług i siły roboczej, jest jednym z fundamentów funkcjonowania współczesnego świata. Prawo międzynarodowe, w tym unijne, zostało ustanowione w taki sposób, aby zagwarantować możliwość tego swobodnego przepływu pomiędzy poszczególnymi państwami. Prawo to (jak każde inne) podlega jednak ciągłym zmianom, w taki sposób, aby mogło jak najlepiej służyć społeczeństwu. Powstaje pytanie – jakiemu społeczeństwu ma służyć prawodawstwo Unii Europejskiej? Sądzę, iż – wyzbywając się wszelkich złudzeń – można przyjąć, że nie istnieje twór pod nazwą społeczeństwo europejskie. Wciąż (na szczęście) mamy w Europie do czynienia z wieloma różnymi narodami, tworzącymi swoje własne – państwowe – społeczności. Tak więc prawo europejskie powinno być stanowione w taki sposób, aby zaspokajało jak najlepiej potrzeby poszczególnych narodów, wchodzących w skład Unii (plus paru państw nienależących do niej). Idąc dalej tym tokiem rozumowania – rządy poszczególnych państw europejskich odpowiedzialne są, w pierwszym rzędzie, za zapewnienie spokoju i dobrobytu obywatelom swoich państw. Równie ważnym elementem tego spokoju, jak rozwój ekonomiczny, jest bezpieczeństwo socjalne obywateli danego państwa. Rząd brytyjski (podobnie jak włoski, niemiecki, czy polski) postawiony w sytuacji wyboru: czy zapewnić warunki do spokojnego, w miarę bogatego, życia swoim obywatelom, nawet kosztem innych nacji (w dobie kryzysu taka sytuacja może się zdarzyć z dużą dozą prawdopodobieństwa), czy raczej dbać o obywateli innych państw europejskich, wybierze zawsze dobro swojego narodu. Dbanie o interesy swojego państwa i jego obywateli, jest jednym z głównych zadań, stawianych przed rządami wszystkich krajów.

Przyjmując takie założenie i uświadamiając sobie skutki rozwijającego się kryzysu, powstaje następne pytanie – czy, w sytuacji podobnej do opisywanych strajków – brytyjski premier zdecyduje się na posunięcia, które doprowadzić mogą do zamknięcia (lub radykalnego ograniczenia) rynku pracy dla cudzoziemców, kosztem utrzymania spokoju społecznego? Czy ważniejsze jest dobre samopoczucie (bojących się o swoją przyszłość – co łatwo zrozumieć) angielskich robotników, czy ważniejsze są dochody ponadnarodowych korporacji (zatrudniających najlepszych, swoim zdaniem, pracowników), czy może gospodarczy rozwój brytyjskiej infrastruktury (niewątpliwie szybszy w obecnych, pozbawionych protekcjonizmu, warunkach)? W przypadku zastosowania rozwiązań protekcjonistycznych, trzeba się liczyć z reakcją innych państw, w których w chwili obecnej zatrudnionych jest kilkaset tysięcy poddanych Jej Królewskiej Mości. Co stanie się z wyrzuconymi z Włoch, z Portugalii, z Chin, czy z Indii, Brytyjczykami? Czy brytyjskie firmy, produkujące na brytyjskiej ziemi i zatrudniające brytyjskich pracowników, będą na tyle efektywne, aby – poza utrzymaniem niezbędnego poziomu gospodarczego kraju – dać zatrudnienie wszystkim chętnym rodakom i być zdolnym zapłacić im pieniądze, które pozwolą na spokojne życie?

Stan obecny

W chwili obecnej sytuacja – po kilkudniowych negocjacjach z udziałem przedstawicieli strajkujących, związków zawodowych i instytucji rządowych – wydaje się być ustabilizowana. Podpisano oficjalną umowę, w której – oprócz szczegółowych zapisów dotyczących tego konkretnego przypadku – reprezentanci międzynarodowych koncernów zobowiązali się do zatrudniania (w przyszłości) robotników z zagranicy na warunkach wcześniej wynegocjowanych przez brytyjskie związki zawodowe dla pracowników lokalnych. Zgodzono się także na prowadzenie naborów na nowe miejsca pracy w sposób umożliwiający jego większą obserwację i kontrolę przez związki zawodowe i mieszkańców danego terenu. Podkreślić przy tym trzeba, że – pomimo iż akcja strajkowa określana była jako największa tego typu operacja na Wyspach od czasu słynnego strajku górników w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku – przebiegła ona w sposób spokojny, a uzgodnienia zapadły szybko i bez większych awantur. Jest to tym cenniejsze, iż strajki te były strajkami dzikimi – nie wypełniono wszystkich obowiązkowych warunków, aby mogły być one uznane za oficjalną akcję związkową. Pomimo tego, rząd – wraz ze związkami zawodowymi – doprowadził do ugody pomiędzy strajkującymi robotnikami, a szefostwem zagranicznych firm. Ugody, z której – jak na razie – zadowoleni wydają się być wszyscy, choć obywatele Zjednoczonego Królestwa nie kryją obaw przed nadchodzącymi, ciężkimi, latami.

W chwili, kiedy piszę te słowa, agencje donoszą o rozpoczęciu nowych strajków. Ponownie punktem zapalnym jest zatrudnienie obcokrajowców przez zagranicznych podwykonawców – tym razem w konflikcie uczestniczą dwie polskie firmy: Remak i ZRE (źródło: BBC).