Nowa strategia w Afganistanie

Jeszcze cztery lata temu ponad 80% ludności Afganistanu darzyło sympatią Stany Zjednoczone. Dziś odsetek Afgańczyków pozytywnie postrzegających USA zmalał do 47%. Afgańczycy pesymistycznie oceniają rozwój sytuacji w ich kraju i coraz mniejszym zaufaniem obdarzają swój rząd. Tak wynika z badań cyklicznie przeprowadzanych na zlecenie telewizji ABC. Spadek sympatii dla Ameryki nie wiąże się jednak ze wzrostem sympatii wobec talibów, którzy, tak jak i w poprzednich latach, uważani są za największe zagrożenie dla przyszłości kraju.

Coraz więcej mieszkańców Afganistanu uważa jednak, że talibowie rosną w siłę a kraj stacza się otchłań chaosu. To przekonanie podzielają także specjaliści w dziedzinie zwalczania terroryzmu. Niezwykle ceniony w USA australijski analityk David Kilcullen na łamach blogu Small Wars Journal powołał się na niepokojące liczby zawarte w raporcie ONZ. Wynika z nich, że w Afganistanie rośnie liczba cywilnych ofiar konfliktu. Liczba zabitych cywilów, mierzona rok do roku, wzrosła o 40% a w stosunku do roku 2005 aż o 543%! W ocenie Kilcullena operacja w Afganistanie jest na krawędzi katastrofy.

Inni wpływowi analitycy i doradcy szefa sztabu generała Petraeusa, tacy jak H.R McMaster czy John A. Nagl krytykują strategię walki z talibami, polegającą głównie na akcjach sił specjalnych czy atakach z powietrza. Jednak problem polega na tym, że wojsk amerykańskich oraz międzynarodowych w Afganistanie jest po prostu za mało, a faktyczna władza sił koalicji czy rządu afgańskiego kończy się 200 kilometrów od stolicy. Pozostają więc akcje specjalne albo naloty, w których muszą ginąć niewinni cywile a zgodnie z logiką tej wojny, każda niewinna ofiara amerykańskich nalotów działa na korzyść talibów.

Proces stabilizacji Afganistanu według ocen specjalistów będzie dłuższy niż Iraku i zajmie być może nawet 15 lat. Generał Petraeus, główny architekt współczesnej militarnej polityki zagranicznej USA twierdzi, że to najdłuższa kampania w wojnie z terrorem (the longest campain of the long war). Wojskowi jednak twierdzą, że jest ona do wygrania i aby to się udało, należy zwiększyć kontyngent wojskowy w Afganistanie oraz wdrożyć cały zestaw działań o charakterze niewojskowym.

To pierwsze już się stało, choć zwiększyła się liczba żołnierzy amerykańskich oraz kanadyjskich natomiast europejscy partnerzy NATO nie kwapią się do takich posunięć. Jeśli zaś chodzi o działania inne niż walka z uzbrojonym wrogiem, to mowa tu przede wszystkim o budowie infrastruktury w zasadzie nieistniejącej w Afganistanie. Jak ujął to jeden z amerykańskich generałów – Where the road ends, Taliban begins, co można przetłumaczyć jako zasadę: Gdzie kończy się droga, zaczyna się kraj talibów. Choć ciekawy wydaje się też na przykład pomysł, by wojsko wyszło z ciężko ufortyfikowanych baz wchodząc w intensywniejsze relacje z miejscową ludnością.

Afgańczycy oczekiwali, że wszechpotężna Ameryka łatwo poradzi sobie z prozaicznymi problemami budowy lub odbudowy zniszczonych elektrowni, szkół czy szpitali. Gdy tak się nie dzieje, zawiedzone nadzieje łatwo mogą stać się żyzną glebą dla wrogiej Ameryce propagandy. Oficjalne amerykańskie dokumenty wojskowe nazywają to zjawisko „syndromem człowieka na księżycu”, co trafnie podkreśla skalę oczekiwań, jakie mają mieszkańcy biednych krajów względem imperium, które potrafiło nawet wysłać człowieka na księżyc więc tym łatwiej poradzi sobie z problemem budowy jednej małej elektrowni wodnej.

Inne ważne elementy nowej strategii względem Afganistanu to uporanie się z problem nieszczelnej granicy pakistańsko-afgańskiej i wsparcia dla partyzantki antyamerykańskiej, jakie organizują sobie bojownicy po pakistańskiej stronie granicy. Kierunek potencjalnych działań USA wskazują niektórzy doradcy gen. Petraeusa mówiąc, że nie jest prawdą, jakoby pogranicze afgańsko-pakistańskie było krainą, gdzie żadna władza nie sięga. Ich zdaniem skutecznie działa tam nieformalna władza plemienna, rozmaite instytucje tradycyjnego społeczeństwa i negocjacja z nimi powinna się stać kolejnym krokiem amerykańskiej dyplomacji. Mowa więc o negocjacji z plemionami, rozmaitymi wodzami czy nawet talibami. Podobnie zachowali się Amerykanie w Iraku, gdzie część rebeliantów przekupiono, część została wciągnięta do armii i policji, jeszcze inna część spacyfikowana, a dopiero pozostali zakwalifikowani jako cele militarne.

Myli się więc minister Klich, który w wywiadzie dla Gazety Wyborczej z 19 lutego twierdzi, że receptą na dotychczasowe niepowodzenia misji NATO w Afganistanie jest „większa asertywność” oraz koniec negocjacji z tymi, którzy do nas strzelają. Najprawdopodobniej będzie wręcz odwrotnie. Mniej strzelania, a więcej negocjacji, w dodatku z tymi, co strzelają w pierwszym rzędzie, bo przecież z nimi przede wszystkim opłaca się spróbować rozmowy. I polska misja w Afganistanie z pewnością nie będzie szła pod prąd amerykańskich starań i nowej strategii.

Wielkim znakiem zapytania jest reakcja opinii publiczne j państw NATO, której cierpliwość zostanie poddana ciężkiej próbie. Nic bowiem dziś nie wskazuje, że problem Afganistanu zostanie szybko rozwiązany. Pentagon więc poprzez swoje służby prasowe oraz relacje z przemysłem filmowym już jakiś czas temu rozpoczął mozolne działania mające na celu wytłumaczenie przeciętnym wyborcom jak będzie wyglądała wojna w Afganistanie i dlaczego warto ją popierać. Seriale telewizyjne, takie jak „E-Ring” emitowany w Polsce w kanale AXN, czy filmy kinowe jak „Iron Man” przekazują obraz wojny, w której szlachetne amerykańskie siły wojskowe ratują afgańskich wieśniaków przed rozmaitymi drapieżcami z turbanach, którzy chcą wysadzać darowane mosty i świeżo zbudowane żłobki czy szpitale.

Na skromną skalę podobne treści oferuje podsekcja Misja pokojowa w Afganistanie na stronie Wojska Polskiego. Skala dysproporcji między rozmiarem polskiej i amerykańskiej polityki informacyjnej jest do pewnego stopnia zrozumiała. Do Afganistanu wysłaliśmy przecież prawie 40 razy mniej żołnierzy niż USA. Warto natomiast od Amerykanów kopiować wzorce skutecznej polityki informacyjnej. W ramach takiej polityki minister obrony z pewnością wykorzystałby wywiad dla największej gazety codziennej, by powtórzyć najważniejsze zasady działania polskich sił ekspedycyjnych w Afganistanie, nie zaś wymyślać nowe, które nie będą miały szans powodzenia.