Meksyk krwawi, lecz nie pada na kolana

Narkotyki od dziesiątek lat są jednym z największych przekleństw Ameryki Łacińskiej. Jednak tak to już bywa, że to, co dla jednych jest nieszczęściem, dla innych może być źródłem bogactwa. W Meksyku bogacą się kartele narkotykowe, a cierpią obywatele. Dlatego rząd meksykański wypowiedział wojnę przestępcom. Póki co, jej koszta są przytłaczające, a sukcesy wątpliwe.


Preludium

„Drogi” (z hiszpańskiego droga=narkotyk) to biznes, na którym zarabia się grube miliardy. W latach 70. i 80. liderem pod tym względem była Kolumbia. Produkowano tam najwięcej kokainy na świecie, która później trafiała przez Karaiby i Południową Florydę do USA. Jednak z czasem ta główna trasa została zablokowana przez amerykańskie służby. Kolumbijskie gangi zawarły więc układy z meksykańskimi organizacjami przestępczymi. Początkowo Kolumbijczycy płacili im w gotówce ale z czasem Meksykanie zaczęli żądać znacznych ilości towaru dla siebie, aby móc stworzyć własne sieci handlowe.

Na przełomie lat 80. i 90. wiele uległo zmianie. Główne kolumbijskie kartele, Cali i Mendellin, zaczęły upadać, a w 1993 roku zginął Pablo Escobar, największy z przemytników. W tym czasie mafia meksykańska stawała się coraz potężniejsza. Dziś organizuje ok. 90 procent przemytu kokainy z Ameryki Południowej do USA, a sama jest głównym producentem heroiny, marihuany i metaamfetaminy.


Główni aktorzy

Słabnąca Partia Rewolucyjno Instytucjonalna nie zwalczała przemytników ze szczególnym zaangażowaniem. Gdy w 2000 roku przegrała wybory, nowy prezydent, Vincente Fox, spróbował zmienić ten stan rzeczy. Po raz pierwszy do walki z gangami skierowano wojsko. Ofensywa rządu nie przyniosła efektu. Stało się jasne, że kartele są potężniejsze niż sądzono, a policja i służby antynarkotykowe są do cna skorumpowane.

Dodatkowo, gangi zaczęły formować przymierza, które jeszcze bardziej zwiększyły ich siłę. Kartele Tijuana i Gulf stworzyły koalicję przeciwko ,,Federacji” złożonej z członków gangów Sinaloa, Juarez i Valencia. Nadzieja na to, że słaby rząd będzie w stanie skutecznie przeciwstawić się potędze gangsterów, malała. I wtedy, pod koniec 2006 roku, pojawił się ktoś, kto obiecał zmiany. Felipe Calderon, nowy prezydent.


Rozpoczęła się wojna…

11 grudnia 2006 roku, kilka dni po objęciu stanowiska, Calderon zarządził wysłanie żołnierzy rządowych do stanu Michoacan. Wojsko miało przerwać trwające tam walki między kartelami. Dodatkowo, zapowiedział modernizację policji i podwyżki dla oficerów, aby zmniejszyć ich podatność na korupcję. Pierwsze miesiące kampanii zaczęły przynosić sukcesy. Jednak zdecydowana postawa rządu wywoła brutalną odpowiedź ze strony świata przestępczego. Konflikt cały czas wzbiera na sile, walki ogarnęły większą część z 32 meksykańskich stanów. Od grudnia 2006 roku śmierć poniosło ponad 9 tysięcy osób, z czego już ponad tysiąc w 2009 roku. Blisko tysiąc z dotychczasowych ofiar to policjanci.


Mafia wie, jak walczyć

Armia, jak się okazuje, ma spore problemy w walce z przestępcami. Jedną z głównych przyczyn jest wysoki poziom wyposażenia gangsterów. Rząd meksykański oblicza, że dziennie do państwa szmuglowane jest 2000 sztuk broni takiej jak granatniki, karabiny maszynowe czy pistolety półautomatyczne, głównie z USA. Amerykańskie National Drug Inteligence Center, będące wydziałem Departamentu Sprawiedliwości, w raporcie z 2007 roku utrzymuje, iż mafia meksykańska kupuje broń także od Hamasu, Hezbollahu i innych radykalnych ugrupowań terrorystycznych. Kartele narkotykowe stworzyły nawet swoje paramilitarne oddziały. Ich członkami są zazwyczaj byli wojskowi, los sicarios – skrytobójcy. Zajmują się oni najbrudniejszą robotą – morderstwami, zamachami, porwaniami, zastraszaniem policji.

Najgorszą sławą cieszą się jednostki Zetas, bojówki kartelu Gulf. Stworzone przez dezerterów z elitarnych Specjalnych Mobilnych Jednostek Powietrznych (Grupo Aeromovil de Fuerzas Especiales) były podstawową bronią organizacji podczas walk o dominację na północnym-wschodzie kraju. Bardzo niepokojące jest to, że gdy czołowi ,,cywilni” liderzy karteli zostają aresztowani lub giną, zastępują ich właśnie bezlitośni siepacze z oddziałów egzekucyjnych. Wpływa to na jeszcze większą brutalizację konfliktu.


Walka stępionym mieczem

Niecodziennym jest, by do zadań takich jak walka z przestępczością zorganizowaną państwo musiało używać wojska. Zwykle jest to zadanie policji i odpowiednich agencji rządowych. Problem zaczyna się, gdy służby te okazują się dogłębnie infiltrowane lub zastraszone przez kartele. Korupcja w meksykańskiej policji to temat rzeka. Łapówki przyjmują wszyscy – od drogówki po agentów rządowych. Oficerowie, którzy za grosze muszą pracować w trudnych i niebezpiecznych warunkach są bardzo podatni na przekupstwo, za odpowiednią opłatą ,,przymykają oko” na działalność gangsterów.

Jeszcze większym problemem jest to, iż wielu stróżów prawa jest aktywnymi członkami mafii. Agencia Federal de Investigacion, AFI, elitarna meksykańska agencja do walki z przestępczością zorganizowaną i korupcją jest tego przerażającym przykładem. Pod koniec 2005 roku biuro prokuratora krajowego ogłosiło, że ponad 1500 z 7000 agentów znajduje się na liście podejrzanych o stałą współpracę z kartelem Sinaloa. Ogrom korupcji został potwierdzony przez „Operację Oczyszczanie” (Operacion Limpieza). Rozpoczęta w 2008 roku akcja przyniosła zatrważające rezultaty – pod zarzutami współudziału w handlu narkotykami aresztowano między innymi byłego szefa policji federalnej, dwóch były dowódców Jednostki do Walki z Przestępczością Zorganizowaną (SIEDO) i byłego szefa meksykańskiego oddziału Interpolu.


Szukanie sojusznika

Felipe Calderon, który wybory wygrał z marginalną jednoprocentową przewagą, jest bardzo cennym sojusznikiem USA. To dziś jeden z niewielu latynoskich przywódców przychylnych Stanom. Ponadto handel narkotykami jest wspólnym problemem obu krajów. Wartość towaru przerzucanego do USA szacuje się na 25 miliardów dolarów rocznie. Ogromne ilości używek trafiają na amerykańskie ulice. Co więcej, meksykańskie kartele zaczęły działać bezpośrednio na terenie północnego sąsiada, nawiązując współpracę z amerykańską mafią i ścigając dłużników. Wobec tego, od początku kadencji Calderona współpraca między USA a Meksykiem jest bardzo intensywna – agencje wywiadowcze wymieniają się informacjami, Amerykanie szkolą meksykańskie jednostki specjalne. Ekstradycją do USA objęto kilkudziesięciu przemytników z latynoskich więzień. W 2008 roku Kongres Stanów zatwierdził propozycję pomocy dla Meksyku o wartości 1,4 miliarda dolarów. USA przekaże swojemu sąsiadowi wyposażenie pomocne w walce z przemytem, takie jak helikoptery czy urządzenia elektroniczne. Pakiet nie obejmuje natomiast dostaw broni i bezpośredniego finansowania.

Swoją drogą, zadziwiające jest to, jak bardzo wzrasta skuteczność meksykańskiej policji, gdy pojawia się perspektywa otrzymania pomocy z zewnątrz. Na krótko przed głosowaniem Senatu w sprawie dotacji, służby przejęły transport 26 ton kokainy na statku z Manzanillo. Był to największy przechwyt w historii Meksyku. Niektórzy obserwatorzy mówią, iż jest to przykład kooperacji między policją a kartelami, umowa na zasadzie ,,dajcie nam się dzisiaj popisać, a gdy zgarniemy nagrodę, to damy Wam trochę spokoju”.


Meksyk płonie, kto go ugasi?

Bilans ponad dwuletniej kampanii Calderona jest trudny do oceny. Z jednej strony wojna, bo tak to trzeba nazwać, z handlarzami narkotyków kosztowała życie tysięcy ludzi i sparaliżowała wiele instytucji. Obywatele żyją w strachu, a zagraniczni przedsiębiorcy boją się inwestować w Meksyku. Z drugiej strony poczyniono pewne postępy – wielu skorumpowanych oficerów zostało zdymisjonowanych, policja zdobyła nowe umiejętności i wyposażenie. Aresztowano licznych narkotykowych baronów. Ceny środków przemycanych przez Meksyk wzrosły o kilkadziesiąt procent, a zmniejszyła się ich czystość. Stały się przez to mniej atrakcyjnym towarem.

Zwiększona brutalność mafii jest dowodem na to, że zmiana postawy rządu mocno w nią uderzyła. Gangsterzy zrozumieli, że dni beztroski się skończyły i zaczynają się bronić niczym zranione zwierzę. Aby skutecznie zwalczać ich działalność potrzebne są jednak zmiany poza granicami Meksyku. To popyt na narkotyki w USA nakręca ten biznes w całej Ameryce Łacińskiej. Stany Zjednoczone mogą nadal wydawać miliardy na pomoc Meksykowi czy Kolumbii, ale nie powinny zapominać, że przyczyny tego zastraszającego zjawiska leża w obrębie ich granic. Poziom edukacji o szkodliwości narkotyków i ilość ośrodków do walki z narkomanią jest tam nieadekwatna do skali problemu. W epoce Clintona temat ten był szeroko omawiany, jednak za administracji Busha przyjęto inną postawę. Establishment amerykański wolał przemilczeć prawdę, że USA jest przede wszystkim głównym źródłem utrzymania handlarzy narkotyków, a nie tylko ich niewinną ofiarą. Na szczęście, Kongres odrzucił propozycję rządu Busha by w budżecie na 2009 rok obciąć o 1,5 procent środki na leczenie narkomanii.


Piłka po stronie USA

Jeśli administracja Obamy nie podejdzie rozsądniej do problemu walki z narkotykami, meksykańska ofiara pójdzie na marne. Kartele, mimo że osłabione, będą dobrze funkcjonować i przyciągać nowych członków dopóty, dopóki będą miały dochody z przemytu. Czym dłużej będzie to trwać, tym gorzej – liczba ofiar będzie się zwiększać, przywództwo w gangach obejmą zdemoralizowani sicarios, a rząd Calderona straci poparcie. Jeżeli Amerykanie nie przestaną konsumować tak wielkich ilości narkotyków, ,,guerras contra el narcotráfico” nigdy nie przestaną niszczyć Ameryki Łacińskiej.

Żródła:

Eluniversal.com.mx, Lacronica.com.mx, Time.com, Latimes.com, Bloomberg.com, Chetumail.com, Eleconomista.com.mx, Mexidata.info, Newsblaze.com, usdoj.gov, news.bbc.co.uk, CRS’s Report for Congress, October 16, 2007, tp.fas.org