Izrael: kto w końcu wygrał te wybory?

Izraelczycy przy pomocą kartki wyborczej poparli politycznie interwencję w Strefie Gazy. Przy okazji tego konfliktu mogliśmy zaobserwować coś niezwykle interesującego, typowego dla żydowskiej sceny politycznej. Rządowymi „twarzami” operacji byli Ehud Olmert (Kadima) i Ehud Barak (Partia Pracy), ale prawa Izraela do interwencji bronił również opozycyjny Benjamin Netanjahu (Likud). Co więcej, lider Likudu ogłosił później, iż Izrael jego zdaniem wycofał się zbyt wcześnie, bo nie zadał śmiertelnego ciosu Hamasowi.

Patrząc od strony politycznej, notowania Kadimy bardzo wzrosły w ostatnim czasie, a Likudu pozostały na niezmienionym poziomie. Być może polityczny wrak, Ehud Olmert, swoją odważną decyzją o interwencji uratował skórę Cipi Liwni. Kadima wygrała wybory, minimalnie, co jednak należy uznać za sensację. Jeszcze w poniedziałek przewidywano, że to Likud zdobędzie o 2-3 mandaty więcej, co nawiasem mówiąc, już miało być samo w sobie porażką tej partii, jeżeli wziąć pod uwagę badania sprzed miesiąca.

Według badań sondażowych (Izraelski Kanał 2) pierwsze miejsce zajęła Kadima, która obejmie 29 mandatów w Knessecie. Likud -27, Izrael Nasz Dom – 15, Partia Pracy – 13, Szas – 10. Należy wspomnieć też o tym, że niski – 2% – próg wyborczy służy rozdrobnieniu parlamentu. Partie są więc skazane na na kilkupartyjne sojusze, co powoduje, że na znaczeniu bardzo zyskują mniejsze ugrupowania, które decydują o tym, czy uda się uzbierać większość. Niestety, nie mam sondażowych wyników drobnicy, ale jeśli policzymy, że w/w partie to 94 głosów, to „drobnica” będzie ich miała 26!

Prezydent Izraela, Szymon Peres, ma tylko dwie możliwości. Na premiera może nominować Cipi Liwni albo Benjamina Netanjahu. Następnie muszą oni uzbierać większość. Naturalnym koalicjantem Kadimy jest Partia Pracy, z kolei Likud układać się będzie z Szasem. Tutaj do gry wkracza partia „Izrael Nasz Dom” reprezentująca emigrantów z obszaru byłego ZSRR. Jej liderem jest Avigdor Lieberman. To były członek Likudu, ale jednocześnie był też w poprzedniej kadencji w koalicji z Kaidmą i Partią Pracy. Jego poglądy są więc na tyle elastyczne, że może skutecznie targować się zarówno z prawicą, jak i centrolewicą. Tak naprawdę to do czynienia mieć będziemy z licytacją – kto da więcej. Może więc to Avigor Lieberman jest prawdziwym wygranym tych wyborów? Wchodząc w koalicję staje on jednak przed pewnym problemem. Z Likudem łączy go podejście do kwestii palestyńskiej, ale – w przeciwieństwie do prawicowych partii – bliższy jest mu świecki model państwa. Koalicja, czy to z Kadimą i Partią Pracy, czy z Likudem i Szasem, wymaga pójścia na programowy kompromis. Sam Avigdor Lieberman pozytywniej wypowiada się o Likudzie. Izraelska scena polityczna jest na tyle barwna, że ośmielałbym się nic przesądzać.

Obecnie większe szanse na zostanie premierem ma Benjamin Netanjahu, bo pomimo zwycięstwa Kadimy, blok partii prawicowych (jeżeli zaliczymy do nich Izrael Nasz Dom) prawdopodobnie uzbiera ponad 60 głosów w Knessecie. Pośrednio potwierdza to „propozycja” Cipi Liwni, by Benjamin Netanjahu wszedł z nią do jednego rządu. Nie proponowałaby tego, gdyby była naprawdę pewna swojej pozycji. Takie wariant byłby możliwy w Izraelu, gdyby żadna z koalicji nie uzyskała większości. Na razie więc realnie nie jest brany pod uwagę. Kadima odniosła sukces, ale minimalnie za mały, by mówić o zwycięstwie. To tak, jakby mieć tyle samo punktów, ale przegrać gorszym stosunkiem bramek. Likud może obiecać partii Liebermana więcej, aniżeli Kadima i Partia Pracy. Ten sojusz brzmiały zresztą bardziej naturalnie.

Co to wszystko oznacza dla procesu pokojowego? Pierwsze rządy Netanjahu (1996-1999) uznawane są za fatalne dla procesu pokojowego, a sam były/przyszły (?) premier za kogoś, kto robił co mógł, by go zbombardować. Jego obecne zapowiedzi również nie brzmią optymistycznie. Przywódcę Likudu uznać można za prawdziwwego „jastrzębia”. Jeszcze za rządów Ariela Szarona, Netanjahu zarzucał mu, że prowadzi zbyt łagodną politykę względem Palestyńczyków. O tym, że Likud był za dalszym prowadzeniem operacji w Strefie Gazy już pisałem. Szczęściem w nieszczęsciu jest to, że obecnego procesu pokojowego już bardziej nie da się storpedować. Mahmud Abbas zapowiada, że będzie chciał rozmawiać z każdym izraelskim rządem. Łatwiej się jednak negocjuje z Kadimą i Partią Pracy, aniżeli z Likudem i Szasem, które ewentualne rozmowy pokojowe traktować będą jako zło konieczne. Trzeba się jednak uczciwie zapytać? Co osiągnęła obecna koalicja w/s procesu pokojowego? Nic? Wszystko, co zrobiłaby prawicowa koalicja, byłoby zatem na plus. Lepiej się miło zaskoczyć, niż niemile rozczarować.

Czy zatem duża będzie różnica dla martwego procesu, czy premierem będzie Netanjahu czy Liwni?

Problemem nie jest to, kto jest bardziej twardogłowy, bo tak naprawdę Olmert z Barakiem pokazali, że są twardymi politykami. W Izraelu obecnie mało kto chce rozmawiać z Palestyńczykami. Dlatego Kadima tak zyskała na intewencji w Strefie Gazy. W izraelskim społeczeństwie dominuje postawa postulująca rozmawianie z Palestyńczykami z pozycji siły. Pytanie tylko, na ile retoryka Netanjahu była zagrywką pod publiczkę, a na ile realną groźbą.

Potrzebny jest przełom. Tutaj nie do przecenienia jest rola Baracka Obamy, który ma instrumenty wpływu na izraelski rząd, niezależnie od tego, kto będzie premierem. Nie będzie też pokoju z udziałem Hamasu, więc piłeczka nie jest jedynie po stronie izraelskiej. Izrael nie może sobie przecież wyhodować republiki terrorystycznej u swoich granic.