Iran w kosmosie

Trzydziestą rocznicę islamskiej rewolucji Iran uczcił umieszczając na orbicie swojego pierwszego satelitę. Musiało to wywołać potężną dawkę niepokoju na niemal całym świecie. Czy słusznie?

Satelita noszący nazwę Omid („Nadzieja”) zdaniem szefa irańskiej dyplomacji ma być wykorzystywany jedynie w celach pokojowych i – według Johna Pike’a z GlobalSecurity.org – jego żywot zakończy się za około dwa miesiące, gdy wejdzie on ponownie w atmosferę. Jednak to nie sam satelita, lecz rakieta, która wyniosła go w przestrzeń kosmiczną budzić ma niepokój społeczności międzynarodowej: jeśli za jej pomocą Iranczykom udało się umieścić obiekt na orbicie, to być może na jej bazie w przyszłości będą mogli opracować strategiczną rakietę balistyczną zdolną do przenoszenia broni nuklearnej.

Być może ku zaskoczeniu niektórych, stwierdzę jednak, że poniedziałkowy start nie jest wcale kamieniem milowym w rozwoju irańskiego arsenału rakietowego. W kwestiach technicznych, start rakiety Safir („Posłaniec”) nie przynosi wiele nowego irańskim naukowcom – nadal jest to bowiem projekt bazujący na przestarzałym pocisku Szahab-3 (wykorzystywanym jako pierwszy człon). Jest to przestarzała konstrukcja, która osiągnęła już najprawdopodobniej maksimum swoich możliwości: wykorzystując ciekłe paliwo, nigdy nie stanie się ona bazą dla niezawodnych, łatwych w użyciu rakiet balistycznych, których stworzenie jest warunkiem wstępnym do osiągnięcia wyraźnej strategicznej przewagi na Bliskim Wschodzie.

Oczywiście, patrząc na zagadnienie z drugiej strony możemy dojść do wniosku, że test ten pokazuje, że i Szahab-3 może być całkiem skuteczną rakietą. Mimo to, start Safira, choć na pewno w pewien sposób niepokojący, niewiele zmienia w sferze zdolności rakietowych Iranu – w tej kwestii za kamień milowy uznałbym listopadowy test Sidżdżila. Pocisk ten napędzany jest paliwem stałym, co czyni go nie tylko znacznie bardziej niezawodnym i prostszym w obsłudze, ale i znacznie skraca czas potrzebny do jego operacyjnego użycia. Jedynie taka konstrukcja może być z powodzeniem zastosowana na współczesnym polu walki i to właśnie w tym kierunku swoje badania od lat ukierunkowuje Iran.

Cała operacja nastawiona jest na wywarcie określonego efektu propagandowego, zarówno w samym Iranie, jak i poza jego granicami. W sferze wewnętrznej Mahmud Ahmadineżad gra na dumie rodaków: oto Iran dołącza do bardzo elitarnego grona dziewięciu państw, które są w stanie samemu umieścić własnego satelitę na orbicie okołoziemskiej. Dzięki temu nie tylko ukazuje własny rząd w znacznie lepszym świetle, ale i odciąga tym samym uwagę Irańczyków od bieżących kłopotów gospodarczych kraju. Sukces Safira zmienia także ewentualną pozycję Iranu w rozmowach z nowym prezydentem USA, Barackiem Obamą. Oba te czynniki są nie bez znaczenia w kontekście czerwcowych wyborów prezydenckich w Iranie, w których obecny prezydent wcale nie jawi się jako pewny faworyt do zwycięstwa.

Start Safira nie jest więc przełomem w irańskim programie rakietowym i nie przybliża znacznie Teheranu do posiadania efektywnego systemu przenoszenia broni atomowej – ma natomiast bardzo konkretne i praktyczne zastosowanie propagandowe. Czy Ahmadineżadowi uda się zdyskontować ten sukces i wygra wybory prezydenckie? Na razie trudno dać jednoznaczną odpowiedź – wszystko zależy od tego, ile podobnych asów w rękawie trzyma obecna administracja.