D jak depresja

Brytyjczycy – pierwszy raz od wielu lat – postawieni zostali w sytuacji konieczności wyraźnego obniżenia swojego poziomu życiowego. Nieważne przy tym, jaką nazwę nadaje się obecnemu stanowi światowej gospodarki – czy jest to kryzys, recesja, głęboka recesja, czy – jak nieopatrznie wymsknęło się niedawno Gordonowi Brownowi – depresja. Jak coraz częściej daje się słyszeć na Wyspach, cały naród zmuszony został do płacenia wysokiej ceny (przez najbliższe kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt lat) za błędy popełniane przez finansową elitę, w imię irracjonalnego powiększania jej zysków. Błędy, które – przy wprowadzeniu mechanizmów umożliwiających realną kontrolę systemu bankowego – były do uniknięcia.

Jak pisze na łamach The Telegraph były długoletni pracownik brytyjskich instytucji finansowych, Martin Vander Weyer, już w kwietniu 2005 roku grupy dobrze poinformowanych managerów sektora bankowego wiedziały o zbliżającym się krachu. Zdawali oni sobie sprawę z faktu, iż system kredytowy wymyka im się spod kontroli, czego rezultatem będzie – właśnie przeżywana – recesja. Fakt ukrywania tych informacji przed opinią społeczną był – jak podkreśla autor artykułu – spowodowany tylko i wyłącznie egoistycznymi pobudkami ekonomicznymi, które – jego zdaniem – leżą u podstaw dzisiejszego kryzysu. Wykształcony w ostatnim czasie (za początek uznać można lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku) system wynagradzania pracowników sektora finansowego (nie tylko w Zjednoczonym Królestwie), jest jednym z głównych przyczyn obecnej sytuacji.

System, który – przy zminimalizowanym praktycznie do zera ryzyku własnym – pozwala, w wyniku obrotu kapitałem klientów, na osiąganie rocznych zarobków będących w stanie diametralnie zmienić sytuację życiową pracownika banku. Co ważne – premiowany był jedynie finansowy wynik krótkoterminowy (roczny), a zagrożonym kapitałem były (i są) tylko pieniądze powierzone bankowi, nigdy zaś kapitał własny współwłaścicieli, czy – wynagradzanych kilkusettysięcznymi bonusami – pracowników. Skutkiem tak skonstruowanego systemu była działalność bankierów polegająca na coraz większym pompowaniu rynków (szczególnie mieszkaniowego), rozdawaniu kredytów praktycznie bez gwarancji ściągnięcia, niejednokrotnie wielokrotnie przewyższających zarobki kredytobiorcy, kredytowaniu nieruchomości kwotami przewyższającymi ich wartość i – w rezultacie wszystkich tych działań – udzielaniu przez banki kredytów pieniędzmi, których banki nie mają. Jak można przeczytać w kolejnym artykule The Telegraph, podczas gdy jeszcze dziesięć lat temu brytyjskie banki pożyczały tyle, ile same posiadały w depozycie, to w roku 2008 udzieliły one kredytów o 625 miliardów funtów przewyższające ich zasoby własne. Dodając do tego tak kuriozalne (a nierzadkie) przypadki, jak (opisywaną w tym samym artykule) sytuację, kiedy HBOS pożycza pieniądze firmom, których sam jest współwłaścicielem – nietrudno dziwić się opłakanym wynikom tak prowadzonej działalności bankowej.

Dla kogo nagrody?

Zwraca przy tym uwagę fakt, iż błędy te wskazywane są, jako jedna z głównych przyczyn obecnej recesji, przez polityków i ekonomistów zarówno z lewej, jak i z prawej strony sceny politycznej. Podczas jednak, gdy lewica antykorporacyjna obarcza winą system kapitalistyczny jako całość, to konserwatyści wskazują na konkretne błędy popełniane przez konkretnych polityków i managerów. W Zjednoczonym Królestwie dużo krytyki spadło na głowę obecnego premiera, którego działalność – zdaniem konserwatywnej opozycji – w czasach, kiedy był brytyjskim Kanclerzem Skarbu (w rządzie Blaira), doprowadziła do opłakanego stanu brytyjskich finansów. Konserwatywna prasa brytyjska (jak np. wspominany już niejednokrotnie przeze mnie The Telegraph) twierdzi wręcz, że całą odpowiedzialność należy zrzucić na niedoskonały – fatalny wręcz – sposób kontroli sektora finansowego przez rząd. Wynikiem tego były błędne decyzje podejmowane przez zarządy większości brytyjskich banków, lecz – co ważne – niektóre z nich ustrzegły się poważnych uchybień. Jako pozytywny przykład gazeta podaje jeden z największych brytyjskich banków, HSBC, który – jako, że nie udzielał kredytów przewyższających środki własne – jest w chwili obecnej spokojny o swą przyszłość i nie musi prosić rządu o pomoc.

W powszechnej opinii, największymi grzechami finansowej elity są – wspomniane już uprzednio – sztuczne zawyżanie cen nieruchomości do granic absurdu, udzielanie zbyt łatwych i zbyt dużych kredytów i – wywołujące największe oburzenie społeczne – ogromne premie przyznawane zarządom i pracownikom banków. Premie, które – w powszechnym przekonaniu – powinny być nagrodą za dobrze wykonaną pracę, a nie obligatoryjnym wynagrodzeniem dla ludzi, którzy są odpowiedzialni za spowodowanie obecnej katastrofy. Społeczną niechęć wywołuje zarówno sam fakt przyznawania tych nagród, jak również ich wysokość. Royal Bank of Scotland – dla przykładu – podał na początku lutego, że zamierza przeznaczyć miliard funtów na tegoroczne premie dla swych pracowników i managementu. Miliard funtów, czyli 5% sumy, którą otrzymał od rządu w celu ratowania się przed bankructwem. Miliard funtów zabranych – po prostu – podatnikom i wypłaconych ludziom, którzy odpowiedzialni są za to, że tym podatnikom będzie się żyło – przez najbliższe kilka, lub kilkanaście lat – wyraźnie gorzej, a niektórzy z nich stracą pracę i dom.

Pozwólcie bankom zbankrutować

Joseph Stiglitz – laureat Nagrody Nobla z dziedziny ekonomii – wychodząc naprzeciwko coraz radykalniejszym nastrojom społecznym, przedstawił, na łamach The Telegraph, dość śmiałą propozycję, zmierzającą do tego, aby pozwolić upadającym bankom na bankructwo, a w ich miejsce utworzyć nowe, uzdrowione, instytucje finansowe. Stiglitz twierdzi, iż – oprócz tego, że dotowanie bankrutujących banków jest postrzegane jako działalność niesprawiedliwa społecznie – budowa nowego systemu bankowego, zamiast prób uzdrawiania starego, jest rozwiązaniem tańszym. Pomysł ten spodobać się może nie tylko masom zwykłych obywateli, ale również wielu ekonomistom i politykom. Pojawia się bowiem coraz więcej głosów – zarówno przedstawicieli lewicy, jak i konserwatystów – nawołujących do powrotu do starego, zdrowego, klasycznego systemu bankowego. Systemu, który znali – jak piszą komentatorzy – nasi ojcowie, a który wyróżniał się tym, że bankier był osobą zaufania publicznego, pożyczającą swoje pieniądze ludziom, którzy ich potrzebują. A za swoje błędy odpowiadał zawsze swoim (a nie cudzym) kapitałem.

Rozdawać, czy nacjonalizować?

Rozwiązania, które – jak dotychczas – przyjęli przywódcy światowych mocarstw gospodarczych, diametralnie odbiegają od powyższych postulatów. Zarówno Obama w Ameryce, jak i Brown w Europie, zdecydowali się na ratowanie – przy pomocy wielkich zastrzyków publicznych pieniędzy – źle zarządzanych bankrutów. W podejściu obu polityków do sposobu przeprowadzania akcji ratunkowych jest jednak zasadnicza różnica. Barack Obama zdecydował się na – można to tak określić – zwykły podarunek. Administracja rozdaje po prostu – potrzebującym bankom (ale już nie pojedynczym obywatelom) – miliardy dolarów, nie próbując nawet stwarzać pozoru, że kontrolować będzie sposób, w jaki pieniądze te zostaną zużytkowane. Gordon Brown natomiast, w momencie wspomożenia konkretnego banku państwowymi pieniędzmi, wykupuje część udziałów tej instytucji, czyli – mówiąc prosto – dokonuje (częściowej) nacjonalizacji ratowanego banku. Znacjonalizowano w ten sposób, w dużych częściach, między innymi dwa ogromne banki brytyjskie, Royal Bank of Scotland i Lloyds – co już pozwoliło na interwencje rządu w sprawie wspomnianych przeze mnie premii dla bankierów z RBS, czy w najświeższej kwestii sporej (693 tysiące funtów rocznie) emerytury jednego z byłych dyrektorów tego banku. Podczas, gdy efektywność działań państwa nie jest we wszystkich tego typu przypadkach zadowalająca, to i tak jest to lepsze rozwiązanie, niż amerykańskie rozdawnictwo. Nie mogą zatem dziwić, coraz częstsze pytania Amerykamów o to, dlaczego miliardów dolarów nie rozdano tym, którzy stracili (i stracą) najwięcej – bezrobotnym i bezdomnym. Bezrobotnym i bezdomnym – podkreślmy – z powodu kryzysu, spowodowanego przez nieudolne zarządzanie instytucjami finansowymi. Dlaczego pieniądze daje się tym, którzy są odpowiedzialni za kryzys, a nie jego ofiarom?

Oczywiście – sprawa nie jest tak prosta i jednoznaczna. Upadek bankowych gigantów pociągnąłby za sobą ogromne skutki – nie tylko gospodarcze, ale i społeczne. Sądzę, iż lepszym rozwiązaniem jest jednak rozwiązanie brytyjskie. Co by nie mówić, sprawiedliwość społeczna jest wciąż istotnym wyznacznikiem etycznym działalności publicznej – wyznacznikiem, który rządy poszczególnych państw powinny brać pod uwagę przy podejmowaniu decyzji – nawet ekonomicznych. Cały proces brytyjskiej nacjonalizacji przeszedł zresztą bez poważniejszych protestów. Coś, co jeszcze parę lat temu było nie do pomyślenia, udało się dokonać – w trudnych dla społeczeństwa chwilach – bez walki.

Koniec wolnej amerykanki?

Jak więc widać – Gordon Brown ma dosyć klarowną wizję uzdrowienia brytyjskiego systemu bankowego i przeciwstawienia się postępującemu kryzysowi. Nacjonalizacja wspomaganych finansowo banków i objęcie ich ściślejszą i wydajniejszą kontrolą instytucji państwowych, to zadania na dziś. Jak powiedział, cytowany przez BBC premier, nowy system bankowy musi w przyszłości służyć naszej gospodarce, a nie być jej władcą.

Z propozycji długofalowych posunięć antykryzysowych na plan pierwszy wyłania się projekt drastycznego obniżenia podatków i stóp procentowych, oraz interwencjonizmu państwowego, mającego pobudzić inwestycje. Gordon Brown stwierdził, że trzeba całkowicie zmienić sposób zarządzania światową gospodarką, trzeba myśleć o tym, co kiedyś było nie do pomyślenia, a robić to, co kiedyś było niemożliwe. Czyżby – ku przerażeniu wolnorynkowych ortodoksów – nawoływanie do zrewidowania podstaw systemu współczesnego kapitalizmu korporacyjnego? Tak to może wyglądać, szczególnie w świetle częstych wypowiedzi premiera o tym, iż jego propozycje będą głównym programem kwietniowego szczytu G20 w Londynie. Szczytu, na który pilnie przygotowują się nie tylko ekonomiści i politycy, ale również brytyjskie siły policyjne – spodziewające się wielkich ulicznych demonstracji, a nawet rozruchów. Rozruchów, przewidywanych przez niektóre tutejsze media, jako największe na Wyspach od lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku.