Chatami!

Mahmud Ahmadinedżad (z lewej) i Mohammad Chatami (z prawej) po zaprzysiężeniu tego pierwszego na presydenta Iranu
Mahmud Ahmadinedżad (z lewej) i Mohammad Chatami (z prawej) po zaprzysiężeniu tego pierwszego na presydenta Iranu

Zwlekał, kluczył, budował napięcie, wygłaszał jakieś niezwykle irytujące ezopowe przemowy w stylu Lecha Wałęsy, ale w końcu się zdecydował. Mohammad Chatami wystartuje w czerwcowych wyborach prezydenckich w Iranie, co oznacza, że będziemy świadkami jednej z najciekawszych i najważniejszych politycznych potyczek ostatniej dekady.

Posługując się grubą, nieco karykaturalną, kreską można by tę sytuację opisać jako batalię reformisty Chatamiego z twardogłowym Ahmadineżadem, ale nie jest to aż takie proste.

Bo nie idzie tu tylko o bitwę między postępem a zachowawczością. Ani Chatami nie jest takim wielkim reformatorem, ani Ahmadineżad takim strasznym zakutym, fanatycznym łbem. To będzie raczej starcie między inteligenckim, wysublimowanym konserwatyzmem, a konserwatyzmem ludowym, populistycznym, retorycznie agresywniejszym.

Nieco ryzykownie można by ten wybór porównać do Polski, gdzie w świecie political fiction Unia Demokratyczna ściera się z jakimś klonem ZCHN kierowanym przez Jana Łopuszańskiego. Niby są różnice, niby Tadeusz Mazowiecki to nie Łopuszański, ale jak bliżej się przyjrzeć to obaj są za religią w szkołach, konkordatem, zakazem aborcji, a słowa Dżej Pi Wojtyły są dla nich najwyższym nakazem.

Dlatego w przypadku zwycięstwa Chatamiego zmieni się przede wszystkim klimat polityczny: brygady ciotek rewolucji nie będą w Teheranie uganiać się za śmielej ubranymi dziewczynami, ale na prowincji zbyt wiele się pod tym względem nie zmieni, reformistyczne gazety nie będą tak często zamykane, ale to nie znaczy, że nie będą zamykane w ogóle, klimat stosunków Iranu z zachodem zdecydowanie się ociepli (wizerunek Chatamiego w stolicach europejskich jest znakomity), ale to nie znaczy, że Irańczycy zrezygnują z programu atomowego i chęci do odgrywania kluczowej roli w regionie.

 

Jednak mimo tych wszystkich zastrzeżeń wybór Chatamiego byłby niezwykle dobrą wiadomością, byłby wydarzeniem, które szeroko otworzyłoby drzwi do porozumienia z USA i do względnego uspokojenia sytuacji w Iraku i Afganistanie. O ile oczywiście oczekiwania Amerykanów w stosunku do Chatamiego nie będą zbyt wielkie. Jon Stewart przedstawił ostatnio w swoim programie niezwykle zabawną infografikę dotyczącą wielkich oczekiwań mediów w stosunku do Obamy: była to skala, gdzie po jednej stronie widniała kategoria „Zwykły Prezydent”, a wartością przeciwną była kategoria „Syn Boży”. Otóż w przypadku Chatamiego również warto pamiętać, że będzie tylko zwykłym prezydentem, nie prorokiem.

Tylko czy Chatami pokona Ahmadineżada? Nie będzie to wcale łatwe, ponieważ w tym celu musi spełnić dwa, przeciwstawne jak się wydaje na pierwszy rzut oka, warunki. Po pierwsze musi przekonać liberalnie nastawiony elektorat, ludzi, którzy zawiedli się na nim podczas jego poprzednich dwóch kadencji, że się zmienił, że jest bardziej zdecydowany i zdeterminowany, musi zrobić wszystko, aby frekwencja w wyborach była wysoka. Ale po drugie musi w jakiś sposób namówić Najwyższego Przywódcę Aliego Chamenei’ego, by ten nie popierał otwarcie urzędującego prezydenta. Te dwa warunki, choć pozornie sprzeczne, są możliwe do zrealizowania, bo, wbrew obiegowym opiniom, ajatollahowie są pragmatykami, a i Chatami pokazał podczas swoich poprzednich dwóch kadencji, że nie jest radykałem.

A na koniec wideo z przekazania władzy Ahmadineżadowi przez Chatamiego w 2005 roku. Nie znam niestety perskiego, ale uroczystość jest bardzo malownicza, zwłaszcza pod koniec, kiedy możemy się przekonać, że, jakby powiedzieli polscy komentatorzy polityczni, kultura polityczna w Iranie jest niezwykle wysoka. [Więcej o ceremonii zaprzysiężenia Ahmadineżada na prezydenta Iranu w artykule z Pavyand Iran News – Redakcja]. Miejmy nadzieję, ze w tym roku to Ahmadineżad będzie wygłaszał taka mowę w stosunku do Chatamiego, a tymczasem łyk historii – tutaj.