„Change” w sprawie Iranu

W ostatnim czasie ponownie głośno było na temat Iranu. Z dwóch względów. Interwencji Izraela w Strefie Gazy oraz zapowiedzi Obamy dotyczących zmiany polityki Stanów Zjednoczonych wobec Teheranu. Co ciekawe, okoliczności ułożyły się w taki sposób, że Iran odnosi korzyści. Ajatollahowie, wbrew obiegowej opinii, prowadzą bardzo rozważną politykę zagraniczną i pozycja Iranu umacnia się. Mahmud Ahmadineżad odzyskał szansę na reelekcję. Wspólnota międzynarodowa jest nadal bezradna wobec – wyimaginowanego lub też nie – wojskowego programu atomowego. Dlatego właśnie Barack Obama postanowił zastosować inne metody polityczne wobec Iranu. Kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa.

Najpierw zajmę się rolą Iranu w czasie konfliktu w Strefie Gazy. Prasa i komentatorzy rozpisywali się na temat sojuszu hamasowsko-irańskiego. W praktyce oznaczało to tyle, że Palestyńczycy mieli dysponować bronią, którą dostarczać mieli Irańczycy. Jeśli zaś chodzi o kwestie polityczne, to Iran – chociaż niezbyt to było oryginalne – potępił żydowską interwencję i trochę pogroził. Na tym udział Teheranu się de facto kończy. Co prawda pojawiały się wesołe nowinki na temat potencjalnych rajdów piratów wynajętych przez Persów (debka.com!), ale jak to mówią w starym i mało śmiesznym dowcipie – fantastyka piętro wyżej/ Iran nie zrobił też nic, aby militarnie wspomóc, co piszę z ironią, sunnickich braci. Wiązało się to z prostą kalkulacją. Atak z powietrzna, bądź rakietowy, na Izrael, nie dość, że prawdopodobnie byłby nieskuteczny, to jeszcze doprowadziłby do potężnego odwetu. Irańczycy więc nie chcieli, ale też za bardzo nie mogli, zaryzykować.

Osiągnęli zatem to, co było realne. Mahmud Ahmadineżad na całym zamieszaniu zgromadził duży kapitał polityczny wewnąrz kraju. Walki Izraela z Hamasem było bardzo korzystne z propagandowego punktu widzenia. O Iranie niemal kompletnie przestało się mówić w kontekście programu atomowego. Czytało się wprawdzie opinie wg których „militarna klęska Hamasu będzie czułym uderzeniem w Teheran”, jednak Iran widocznie jest nieczuły, w związku z czym nic nie odczuł. Irańczycy przyjęli realistyczną wersję polityki na czas konfliktu. Doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że dostawa paru rakiet nie zmieni sytuacji strategicznej Haamasu. Iran dużo niebezpieczniejszy jest w Libanie, gdzie sponsoruje i kontroluje szyicki Hezbollah. Stopień zażyłości i identyfikacji z tą organizacją jest dużo większy, niż w stosunku do Hamasu. Tragedii nie ma. Irańscy decydenci na pewno w tej kwestii byli realistami, dlatego udało im się uniknąć strat. Co zaś się tyczy Hamasu, to w czasie izolacji, jaka go niewątpliwie czeka, uzależni się jeszcze bardziej od irańskich pieniędzy. O ile Teheran nadal będzie chciał łożyć na dziecko, które lubi się niepotrzebnie awanturować i bije z silniejszymi od siebie. Hamas jest skazany na Teheran, ale Teheran nie jest skazany na Hamas. W dodatku marna to miłość, raczej kiepskie zauroczenie

Możliwa jest również „nowa jakość” w kwestii stosunków (a raczej ich braku) między Stanami Zjednoczonymi, a Iranem. Warto podkreślić, że to Amerykanie, a nie Irańczycy zmieniają swoje podejście w tym przypadku. Nowy prezydent występuje w roli dobrego policjanta. Ryzykuje, bo władze Iranu wcale nie muszą tańczyć do tej samej muzyki, co on, ale ta inwestycja może się spłacić. Irańczycy wiedzą, że lepszego partnera do rozmów już nie będzie. Jeżeli usztywnią swoje stanowisko – osiągną tyle, co nasi na Euro2008.. Jeżeli uelastycznią – mogą uzyskać wiele korzystnych, szczególnie gospodarczo, rozwiązań. Barack Obama od razu potwierdził prawo Iranu do posiadania legalnego cywilnego programu atomowego. Tak naprawdę to niewielki postęp faktyczny w stosunku do Busha, ale w ustach nowego prezydenta brzmi to naprawdę nieźle. Należy też wziąć pod uwagę, że zaufanie Irańczyków do nowego prezydenta jest bezspornie wyższe. Obama stawia jeszcze dwa warunki, po pierwsze – zaprzestanie wspierania terrorystów, a po drugie – powstrzymanie się od gróźb wobec Izraela. O ile ten pierwszy punkt jest bardzo płynny, bo inna jest koncepcja terroryzmu wg Waszyngtonu, a inna wg Teheranu, o tyle spełnienie tego drugiego nie powinno być tak trudne, jak się to wydaje. Iran bardziej niż destabilizowania Iraku czy Libanu, potrzebuje teraz nowoczesnych technologii i wsparcia gospodarczego. Dlatego propozycje uczestnictwa w WTO i inwestycji zagranicznych muszą brzmieć atrakcyjnie. Do tego dochodzi ewentualny udział w gazociągu Nabucco w perspektywie paru lat. O ile Irańczycy będą w stanie w tej sprawie sprzeciwić się Rosji. Nie będąc jednak uzależnionym od tego kraju, tak jak wygląda to teraz, jest to o wiele bardziej prawdopodobne.

Na razie jednak nie oczekiwałbym szybkiego przełomu. Bardzo możliwe, że dojdzie do rozmów, ale zaufanie trzeba zdobywać stopniowo. Iran musi też określić, jakie są jego cele i zbadać, czy to nie blef. Obecna sytuacja polityczna nie bardzo również sprzyja oficjalnym rozmowom, bo Amerykanie oficjalnie wsparli Izrael, a w Iranie wybory zbliżają się wielkimi krokami. Istnieje jednak pewne pole, na którym można negocjować. Trudno jednak przypuszczać, by Iran np. nagle odciął się od Hezbollahu. Chodzi o to, by rozmawiać na jednocześnie ważne tematy, ale również takie, gdzie istnieje szansa porozumienia. Iranowi porozumienie gospodarcze z Zachodem może się opłacać, nawet kosztem programu atomowego. Mogą zresztą, w zamian za kontrolę, zażyczyć sobie nowoczesnych technologii z zakresu pokojowego programu atomowego. Irańczycy z czasem przestaliby traktować Amerykanów jak wrogów (i vice versa). Na pewno bardzo pozytywnie wpłynęłoby to na Irak. Puzzle zaczęłyby się układać. Tylko, że to optymistyczny scenariusz, a w dodatku raczej na lata, niż miesiące. Trzeba jednak zauważyć impuls.