Biden gra z Rosją na czas

Nie było to ani najlepsze ani najgorsze przemówienie, ale deklaracja zasad amerykańskiej polityki wobec Rosji Wiceprezydenta Josepha Bidena z weekendowej konferencji o bezpieczeństwie w Monachium dowiodła, że mimo potrząsania szabelkami na przestrzeni ostatnich kilku tygodni, piłeczka wciąż pozostaje po stronie Moskwy, która ciągle ma jeszcze szansę pokazać, że chce postawić na nowe otwarcie w stosunkach z nową administracją w Waszyngtonie.

W pewnym sensie można uznać, że Amerykanie przygotowują się na oczekiwane polepszenie stosunków. Biden bardzo zręcznie zagrał z Moskwą metodą kija i marchewki, ale oba sposoby okazały się nieskuteczne.

Rolę marchewki odegrały przyjazne zwroty retoryczne; przemówienie Bidena wyglądało na szczegółowo dopasowane do stałych rosyjskich wątpliwości:

Stany Zjednoczone odrzucają rozumowanie zgodnie z którym każde zwycięstwo NATO automatycznie oznacza stratę dla Rosji i odwrotnie. Ostatnie kilka lat wyznaczyło niebezpieczne rozejście się dróg Rosji i Sojuszu.

Czas wcisnąć guzik reset i raz jeszcze przyjrzeć się niektórym dziedzinom, w których oba kraje współpracują. Nasi rosyjscy koledzy ostrzegali niedawno przed rosnącym zagrożeniem ze strony Talibów i Al Qaedy w Afganistanie. Dziś NATO i Rosja mogą i powinny współdziałać w walce z tym wspólnym wrogiem.

Później padły jednak szczere słowa nagany:

Nie we wszystkim zgadzamy się z Rosją. Stany Zjednoczone nie uznają na przykład niepodległości Abchazji i Osetii Południowej. Nie uznamy też istnienia stref wpływów. Zawsze uważaliśmy i będziemy uważać, że suwerenne państwa mają prawo podejmować suwerenne decyzje i dowolnie wybierać sojuszników. (…)
Będziemy rozwijać system obrony przeciwrakietowej, by zrównoważyć rosnący potencjał Iranu (jeśli tylko rozwijana przez nas technologia okaże się efektywna i warta swojej ceny)

Aluzja Bidena do planów budowy w Polsce i Czechach tarczy antyrakietowej została wzmocniona w wywiadach udzielonych po wystąpieniu. Tarcza to niewątpliwie obecnie główna obsesja Rosjan w relacji z Waszyngtonem (choć wiele mówi się o tym, że jest to tylko temat zastępczy).

Natychmiastowa reakcja Moskwy na wystąpienie Bidena była “bardzo pozytywna”. Wicepremier Siergiej Iwanow rozmawiał z Bidenem w cztery oczy i wyszedł z tego spotkania w bardzo dobrym nastroju. Radośnie powiedział mediom, że “administracja Obamy dała bardzo mocny sygnał, że pragnie kontynuacji dialogu rosyjsko-amerykańskiego we wspólnym interesie”. Wygląda na to, że Amerykani chcą dotrzymać obietnicy Obamy, który w przemówieniu inauguracyjnym przyrzekł “wyciągnąć dłoń, jeśli tylko wy rozprężycie pięść”. Choć jednak Rosjanom bardzo podobały się te peany, nie zaoferowali gościowi nic w zamian.

Wszyscy doskonale pamiętali oczywiście wrogie sygnały ze strony Moskwy, których wiele pojawiło się przed konferencją Monachium. Przypominały się kwestie takie jak baza lotnicza w Manas w Kirgistanie, nowe bazy w Abchazji i układy obronne z Białorusią. Quentin Peel z Financial Times opisuje tę taktykę typu dobry glina (Dimitrij Miedwiediew, który zrobił wielkie wielkie przedstawienie wokół spotkania z redaktorem z “Nowej Gaziety”) i zły glina (Putin, który rzucał rękawicę Waszyngtonowi jeszcze zanim nowa administracja w ogóle miała szansę się wypowiedzieć).

W tym kontekście wydaje się wysoce nieprawdopodobne, by Rosja faktycznie chciała polepszyć stosunki z USA. Z punktu widzenia Moskwy znacznie bardziej atrakcyjna (zwłaszcza w kontekście szalejącego kryzysu) wydaje się konfrontacja. Wraz z ceną ropy i dewaluacją rubla rosną w Rosji niepokoje społeczne, Kreml zaś widocznie boi się o swoją pozycję, a lęki Kremla najczęściej przekładają się na jego politykę.

Z drugiej strony nie przypuszczam, że amerykańska administracja ma do Rosji stosunek kompletnie naiwny. Co innego mogą zrobić poza zaproponowaniem partnerom nowego otwarcia? Mieli bardzo mało innych opcji, zwłaszcza, że zależy im na natychmiastowym sukcesie i udowodnieniu kompetencji w polityce międzynarodowej.

Jednak najsmutniejsza obserwacja jest taka, że raz jeszcze stosunki między oboma krajami określają twarde interesy, a nie wartości. Moim zdaniem właśnie ta sytuacja stanowi podłoże zasadniczych problemów we wzajemnych stosunkach. Mimo powtarzania podczas kampanii haseł o zmianie, administracja Obamy jest w polityce wobec Rosji niezwykle konserwatywna. Wszystko dobrze, ale pamiętajmy, że główny realista Henry Kissinger jest zaufanym człowiekiem Kremla. Widać też z góry, że Amerykanie wciąż nie chcą poruszać kwestii praw człowieka i podstawowych swobód.

Przemówienie Bidena w Monachium miało jasne przesłanie: zróbmy to co trzeba zrobić, podpiszmy umowy, dajcie nam zdobyć kilka łatwych, symbolicznych puntów. Zniknęła gdzieś ostra retoryka z dnia inauguracji, a nawet moralny gniew z debat prezydenckich. Chwilowo możemy się spodziewać dialogu zdominowanego przez interesy. Mało prawdopodobne, że wysocy rangą urzędnicy amerykańscy wspomną w rozmowach z rosyjskimi partnerami nazwiska takie jak Stanisław Markelow czy Michaił Chodorkowski.

Oczywiście to sprawy bardzo drażliwe, ale trzeba się do nich odnieść, by móc pójść do przodu. Wielu ludzi zwłaszcza w tym trudnym okresie widzi światełko w tunelu; liczy na to, że kryzys daje szansę na zmianę sytuacji politycznej i zmusi władze do odniesienia do kwestii rządów prawa. Jednak przemówienie Bidena nie wskazywało, że Amerykanin rozumie cokolwiek z tej zależności. Choć więc dobrze, jeśli staniemy się mniej jednostronni w tematach takich jak broń nuklearna i będziemy się do Rosji odnosić z szacunkiem, będę twierdził, że wzmacnianie w tej chwili twardej ręki obecnego przywództwa to polityka zupełnie fatalna.

Całe szczęście, że istnieją jeszcze jak szef Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso, dzięki którym te ważne sprawy wciąż pozostają przedmiotem dyskusji. Amerykanie powinni się od niego uczyć.