Aberracyjnie w Phenianie

Niedoszła prezydent Stanów Zjednoczonych, pełniąca obecnie funkcję sekretarza stanu Hillary Clinton udała się do Azji ze swymi pierwszymi wizytami. Podróż umilają jej przepełnione miłością oświadczenia Korei Północnej, która poprzez agencję prasową KCNA grozi Korei Południowej starciem na pył.

Kiedyś to Prusy były uznawane za kraj, w którym armia posiada państwo. Dzisiaj dawny historyczny ideał wciela w życie Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna. Większość mieszkańców głoduje, podczas gdy wyżsi oficerowie, istotniejsi aparatczycy oraz służby specjalne pławią się w luksusach. Podczas gdy Kim Dzong Il, o ile jeszcze żyje, bo tego nie sposób stwierdzić, delektuje się najprzedniejszym kawiorem i popija Dom Perignon, zwykli Koreańczycy dzielą miskę ryżu na całą rodzinę w ramach jedynego posiłku dziennie.

Rzekomo potężna armia północnokoreańska wrażenie robi tylko pod względem liczby żołnierzy. Są oni jednak wyposażeni w przestarzałe uzbrojenie, a w większości także słabo wyszkoleni; ich morale także pozostawia wiele do życzenia. Bo czego można spodziewać się po wygłodzonym szeregowym, którego całe życie można podsumować cytatem: „marność nad marnościami, a wszystko marność”?

Reżim Kim Dzong Ila dobrze się bawi, co jakiś czas podgrzewając atmosferę w celu wyłudzenia żywności, paliwa i pieniędzy. Reżimowi bardzo podobała się „słoneczna polityka” poprzedniego prezydenta Korei Południowej, w myśl której Phenian otrzymał carte blanche. Niezależnie od swoich poczynań, z Południa płynął na Północ strumień żywności oraz paliwa. Niestety dla reżimu, w zeszłym roku władzę przejął Lee Myung-bak, ksywka „Buldożer”, któremu nie w smak było dogadzanie Phenianowi bez względu na wszystko.

Buldożer bez chwili wahania „rozjechał” dawne zwyczaje i wprowadza politykę odpowiedzialności – za dobre zachowanie Phenian może być nagradzany; koniec z carte blanche i przymykaniem oka na poczynania północnego sąsiada. Reakcja Kima i jego popleczników mogła być tylko jedna. Przyzwyczajeni do rozpasania i braku jakichkolwiek zobowiązań „komuniści” wściekli się co nie miara i zaczęli grozić. W międzyczasie oczywiście zajmują się tym, w czym mają wielkie doświadczenie – propagandowo rozgrywają politykę Lee, używając mało wybrednych epitetów pod adresem prezydenta Korei Południowej.

Ilość kubłów pomyj wylewanych na Seul zwiększyła się w ostatnim czasie, tuż przed wizytą Hillary Clinton w Seulu. Phenian krzyczy, Phenian obraża i Phenian grozi – wojną nuklearną, starciem Południa w pył oraz zapowiada test rakiety balistycznej Taepodong-2, której zasięg obejmuje także Alaskę. Ostatnie testy kończyły się fiaskiem i pośmiewiskiem Phenianu, ale nie można z góry lekceważyć takiego wydarzenia.

Barack Obama bardzo chciałby doprowadzić do denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego, jednak wątpliwe jest, aby udało mu się tego dokonać. Północ świetnie czuje się w swojej dotychczasowej roli, jest przyzwyczajona do szantażowania i uzyskiwania w ten sposób profitów. Potrzeby reżimu nie są duże – ot, żeby wyżywić samych siebie. Dlatego trudno spodziewać się rezygnacji z narzędzi, które pozwalają zdobyć trochę czasu.

Rytualne pohukiwania Phenianu nie robią już zbyt wielkiego wrażenia. Jeśli ktoś się „rozerwać”, powinien śmiało wejść na stronę KCNA i poczytać depesze reżimowej agencji. Odnoszę wrażenie, że cały ten cyrk powoli dobiega końca, a głosy z Phenianu to przysłowiowe ostatnie podrygi konającej ostrygi. Kto da się nabrać i wycofa się (np. prezydent Lee), ten „trąba”, jak zakończył „Ferdydurke” Witold Gombrowicz.