A gdyby to było kłamstwo Hamasu

– Bardzo interesujące jest to, że tej informacji nie podała żadna agencja prasowa – mówi właśnie w TOK FM Konstanty Gebert o doniesieniach Haaretz i Globe and Mail na temat słynnego ostrzału szkoły ONZ w Gazie. Izraelska i kanadyjska gazeta twierdzą, że pociski IDF spadły w pobliżu szkoły, a nie na samą szkołę. Potwiedza to pośrednio ONZ poprzez komentarz swojego urzędnika, który mówi, że organizacja nigdy nie twierdziła, jakoby pociski trafiły bezpośrednio w szkołę.

Wypada się zgodzić z Konstantym Gebertem: to bardzo interesujące. Bo to pokazuje, że światowe agencje jednak czasami starają się sprawdzić kontekst, że nie zawsze kierują się logiką owczego pędu i że niekiedy wolą poczekać i sprawdzić wszystko dokładnie.

Bo co? Bo jeśli te pociski spadły przy szkolnym boisku, to już wszystko jest ok? Bo zabitym kilkudziesięciu osobom (Jakub Janiszewski w szale posypywania głowy popiołem stwierdził nawet w rozmowie z Gebertem, że w ataku izraelskim nikt nie zginął!) robi to jakąś różnicę? Bo niby IDF nie zdawało sobie sprawy, że jak łupnie obok szkoły, to odłamki zmiotą z tego świata jeszcze przynajmniej kilkanaście postronnych ofiar?

Także może poczekajmy na relacje innych dziennikarzy, ale, póki co, przyjmijmy roboczo, że tego ostrzału w ogóle nie było, że nikt nie zginął, że wszystko to było hamasowskie mydlenie oczu światowej opinii publicznej, która te mydliny ze smakiem łyknęła. Czy to coś zmienia? Nic.

Nie zmienia to oceny polityki Izraela wobec Palestyńczyków, nie zmienia to faktu, że blokada Strefy Gazy doprowadziła do bezprecedensowej nędzy, upokorzenia i zaszczucia jej mieszkańców, nie zmienia istoty tego konfliktu, który najlepiej obrazują dysproporcja w użyciu siły między Izraelem a Palestyńczykami i przerażająca dysproporcja w liczbie ofiar cywilnych.

Nie zmienia to również, skoro mowa o dysproporcjach, różnicy w bombardowaniu propagandowym – tutaj też Izrael ma do dyspozycji wielokrotnie większy arsenał. I jeśli Palestyńczycy naciągnęli fakty to, mówiąc nieco cynicznie, odpowiedzieli tylko na kłamstwa wielu światowych mediów, które przez cały konflikt twierdziły, że w Gazie giną tylko terroryści.

Zresztą ten zabieg PR okazał się niezmiernie skuteczny: od tego czasu pokrycie medialne konfliktu stało się bardziej wyważone. Nie mówiąc już o tym, że wojna wizerunkowa to produkt mediów (pamiętacie to inscenizowane obalenie pomnika Husseina w Bagdadzie?) – bo łatwiej pokazać obrazki w łatwym kontekście, niż przedstawić widzom i czytelnikom rzetelny background konfliktu – i popisem hipokryzji jest oburzanie się dziennikarzy na kłamstwa i manipulacje walczących.

Jeśli tego ostrzału nie było to dobrze, bo to pokazuje, że izraelska armia – z powodu zasad lub ze strachu przed uszczerbkiem wizerunkowym – kieruje się jednak jakimś kodeksem. Jeśli to wszystko się nie wydarzyło naprawdę, to dobrze, że wydarzyło się w telewizji, bo pomogło szybciej osiągnąć prowizoryczne zawieszenie broni. Jeśli się nie wydarzyło. Jeśli.