Wojna znowu jest zimna

gazprom%207.12.09

Kiedy ostatnio Gazprom odciął dostawy gazu na Ukrainę w 2006 roku istniały dwie konkurencyjne teorie wyjaśniające motywacje firmy. Część ekspertów twierdziła, że przesłanki kierujące rosyjskim gigantem pozostają czysto komercyjne, część że Rosjanie próbują zniszczyć nowy, prozachodni rząd. Tym razem obie linie argumentacji zastąpiła zaciekła wojna ideowa, którą Kreml wygrywa z łatwością.


Niektórzy z was przypomną sobie pewnie, że na samym początku media donosiły o pracy całej armii lobbystów i PR-owców Gazpromu od dawna przygotowujących przerwę w dostawach. Oczywiście największą rolę odegrali tu partnerzy biznesowi bliscy europejskim rządom, którzy skutecznie powstrzymali już wiele inicjatyw od rozszerzenia NATO po dywersyfikację energii.

Wydaje się jasne, że rosyjskie władze wiele się od ostatniego razu nauczyły. Ich spektakularnym sukcesem było namówienie szefa Komisji Europejskiej, by przedstawił sytuację jako zwykłą dwustronną dyskusję ekonomiczną. Dowodzi to tylko jak słaba jest Unia gdy chodzi o obronę bezpieczeństwa energetycznego.

Europa ma wiele powodów, żeby się poddać (znowu). Ta zima oznacza dla europejskiej opinii publicznej dodatkowe problemy. Mierzymy się z poważnym kryzysem finansowym, niskimi temperaturami, jeszcze niższymi cenami ropy, zmianą władzy w USA po ośmiu latach panowania ekipy Busha i konsekwencjami wojny w Gruzji. Moi koledzy z Brukseli przyznają, że męczy ich już ciągłe stawianie Rosji jako najważniejszego problemu Europy, więc gdy tylko ktoś sugeruje im rozwiązanie w rodzaju “nie warto się tym przejmować” czy “to tylko standardowy spór o ceny”, trafia na niezwykle podatny grunt. Podobnie jak w wypadku wielu innych trudnych decyzji, Europa liczy na to, że uda jej się nic nie zrobić… i właśnie na to liczy Moskwa.

Rzecz jasna sytuacji nie poprawiają sami Ukraińcy. Wielu ludzi przyznaje, że kłótnie między Wiktorem Juszczenko a Julią Tymoszenko znacznie pogorszyły pozycję negocjacyjną Kijowa. Nie pomógł też kryzys, który ciężko doświadcza kraj. Ukraińscy rozumieją, że ich rząd może przetrwać tylko jeśli w dyskusję włączy się Europę. By osiągnąć to ostatnie mogą nawet posunąć się do tego, by uczynić zakłócenia w dostawach odczuwalnymi granicą.

Ta strategia zaczyna działać. Doniesienia o ograniczeniach dostaw gazu zdominowały serwisy informacyjne w Niemczech, Włoszech, Czechach, Bułgarii, na Bałkanach i innych punktach kontynentu. W odpowiedzi Gazprom oskarżył Ukrainę o przykręcanie kurka i złożył dziwny pozew przeciw Kijowowi (pierwszy raz, kiedy firma znana z nichęci do sądów chętnie wejdzie na salę sądową). Bez względu na to w co chciałby wierzyć Vaclav Havel, sprawa zdecydowanie nie ogranicza się do stosunków bilateralnych. W odpowiedzi na alarmujące informacje o zmniejszeniu dostaw, niektórzy politycy grożą zwołaniem specjalnego szczytu energetycznego.

Wracając do pieniędzy – oczywiście między Gazpromem a Naftogazem istnieje realny konflikt o ceny surowca. Rosja chce odzyskać część przeterminowanych gazowych długów Ukrainy (wartych 2 miliardy dolarów) i podnieść stawkę za surowiec do 450 dolarów za tysiąc metrów sześciennych, czyli ceny, którą płaci większość pozostałych krajów europejskich. Można nawet argumentować, że Kijów zachowuje się cynicznie, wykorzystuje obawy UE o własne bezpieczeństwo energetyczne, by wynegocjować korzystną dla siebie cenę.

Nawet jednak jeśli chodzi wyłącznie o negocjacje cenowe, nawet jeśli Ukraińcy rzeczywiście manipulują resztą Europy, nie oznacza to bynajmniej, że działania Rosjan są usprawiedliwione. Istnieją niezależne for a, możliwości arbitrażu, mechanizmy negocjacyjne stworzone do rozwiązywania podobnych problemów. Rosja nie sięgnęła po żadną z powyższych opcji. Handel gazem między oboma krajami wciąż kontroluje tajemnicza firma RosUkrEnergo, o której można powiedzieć wszystko, ale nie to, że jej prace są w jakimkolwiek stopniu transparentne. Dlaczego europejskiemu bezpieczeństwu energetycznemu Europy ciągle zagraża ten dziwny pośrednik?

Bez względu na to, jaki będzie wynik tegorocznej wojny gazowej, powinniśmy z niej już dziś wyciągnąć kilka ważnych wniosków. Rosyjska strategia dzielenia Europy została dopracowana do perfekcji. UE oddała Kremlowi władzę nad nową, przedefiniowaną strefą wpływów – prawo dowolnej interwencji w wybranych krajach ościennych (na przykład posłuszna Białoruś zapłaci za tysiąc metrów sześciennych gazu zaledwie 120 – 169 dolarów). Rosja zyskuje na kontynuowaniu tych dyskusji coś więcej niż lepszą cenę surowca. Kreml chce odwrócić uwagę obywateli od wewnętrznej destabilizacji w Rosji, stawia też na zdestabilizowanie światowych rynków i podniesienie w ten sposób cen ropy. W dodatku cała sytuacja może pomóc Gazpromowi uzyskać kredyt na budowę Gazociągu Północnego.

Pozostawionej na pastwę losu Ukrainie pozostanie tylko pomóc Rosjanom w osiągnięciu powyższych celów. Ale najpierw zobaczymy, jak dosłownie Gazprom pojmuje nazwę Zimna Wojna.