Wina nie leży w gwiazdach

21 stycznia 2009, demonstracja "Reporterów bez granic" (MICHAEL KAPPELER/AFP/Getty Images
21 stycznia 2009, demonstracja "Reporterów bez granic" (MICHAEL KAPPELER/AFP/Getty Images

Zeszły tydzień minął przy dźwiękach pożegnań zamordowanego obrońcy praw człowieka Stanisława Markielowa. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że Rosja upadła niżej niż kiedykolwiek, i że gorsza jest tylko świadomość, że nie sięgnęliśmy jeszcze dna. Dla mnie najsmutniejsze i uderzające w serii zdjęć z pogrzebu było przyjęcie do wiadomości faktu, że ten młody, niezwykle zdolny, pełen energii i odwagi prawnik został z tego świata przedwcześnie zabrany.

Rosja była miejscem znacznie bezpieczniejszym, kiedy żył Markielow. Jego praca była symbolem moralnego protestu, naszą ostatnią linią obrony. W swojej pracy podkreślał znaczenie rozróżnienia dobra i zła, uważał że żadne ryzyko nie jest za duże, gdy w grę wchodzi ujawnienie kryminalnych zachowań państwa i bezkarności urzędników.

Jego przekonania nie zmieniły się aż do ostatnich dni życia. Przeczytałem tłumaczenia dwóch ostatnich artykułów. W jego tekstach czuć też przerażające przeczucie tragicznych wydarzeń, podobnie jak w późnych tekstach Politkowskiej. W artykule “Dwa światy, dwie śmierci”, Markielow pisze o pogrzebie patriarchy Aleksieja (na którym w przeciwieństwie do pogrzebu Markielowa obecni byli licznie przedstawiciele władzy). Rosyjski rząd i media były zbyt zajęte, by odnotować śmierć greckiego nastolatka, którego zgon zapoczątkował kilka tygodni nieprzerwanych protestów. Przerażającą apatię otaczającą śmierć adwokata najlepiej opisują jego własny komentarz do tamtej historii:

Zgodnie z doktryną rozpowszechnianą przez państwo, władza jest niezniszczalna i zupełnie nieomylna. Ci, którzy wspinają się na najwyższe stanowiska w państwie natychmiast awansują na ojców narodu i świętych. Mamy tu do czynienia z bezpośrednim zastosowaniem zasad znanych z Bizancjum, gdzie każdy władca automatycznie zostawał świętym. W tym duchu nie sposób wyjaśnić, dlaczego śmierć zwykłego nastolatka urasta do rangi międzynarodowego symbolu, a pięć tysięcy ludzi stawia się na jego pogrzebie spontanicznie, bez nachalnego nagłaśniania sprawy w telewizji. W Rosji prywatne inicjatywy muszą być usankcjonowane, mieć oficjalne poparcie władz, a media poświęcają im szczegółowe raporty. Tylko wtedy udają się nam “dobrze zorganizowane spontaniczne fale żałoby wszystkich Rosjan”.

Rzeczywiście – Władimir Putin, Dimitrij Miedwiediew ani nikt z ich administracji nie zająknęli się o morderstwie Markielowa i Anastazji Baburowej ani słowem. Czy nikt już nie widzi, że zamordowanie w biały dzień znanego obrońcy praw człowieka to dowód kompletnego szaleństwa w kraju? Czy zdążyliśmy się już do tego przyzwyczaić? Prezydent i premier są strażnikami konstytucji i jako tacy powinni zostać pociągnięci do odpowiedzialności w przypadku poważnego jej naruszenia. Z ich milczenia wynika dla państwa prosty komunikat – podobne morderstwa są aprobowane i nie zostaną ukarane. Jeśli to rozumowanie jest prawdziwe, to obecne rosyjskie przywództwo zalicza się do klasy władców, których odpowiedników długo trzeba szukać.

Co powoduje, że dzisiejsi autokraci tak bardzo boją się opozycji? Czy chodzi o to, że rozumieją, iż jedyną legitymizacją ich władzy jest cena baryłki ropy? Czy ich władza odwołuje się tylko do najciemniejszej strony natury ludzkiej, najbardziej egoistycznych instynktów, zupełnie różnych od wartości reprezentowanych przez ludzi takich jak Markielow czy Politkowska? Gdzieś w tym rozumowaniu da się znaleźć dobrze ukrytą fałszywą przesłankę.

Owa przesłanka prowadzi nas do dyskusji nie tyle o prawach człowieka w Rosji, ale raczej o jednym z największych sojuszników Kremla – moralnym relatywizmie. Oczywiście Rosja to nie jedyny kraj zdecydowany szybko zapomnieć o niewygodnym przypadku Markielowa. Z wielu stron, od Stanów Zjednoczonych po Europę słyszymy głosy wzywające, by zostawić Rosję w spokoju, przestać dręczyć ją kwestiami “wartości” i dążyć do współpracy za wszelką cenę. Rzadko zdarza się, by zanim ciało zamordowanego wystygnie jeszcze na ulicy, pojawiały się nawoływania do tego, by jak najszybciej o sprawie zapomnieć.

Spójrzcie tylko na ten dziwy zbieg okoliczności: moje pierwsze spotkanie z Markielowem zaaranżowała Anna Politkowska, która zaprosiła mnie na lunch z adwokatem, który miał opowiedzieć o swoich ustalaniach na temat pogromów w rosyjskich obozach filtracyjnych. Ten lunch zaowocował nawiązaniem obiecującej współpracy, którą przerwało wyrzucenie mnie z Rosji. W ilu innych krajach możliwa byłaby taka sytuacja – dziennikarka przedstawia cię prawnikowi, a dwa lata później okazuje się, że oboje padli ofiarą płatnych zabójców na ulicach stolicy?

Pytanie brzmi nie tyle kto zlecił owe morderstwa (w Rosji i tak panuje kompletna bezkarność), ale raczej skąd wziął się system, który ciągle przyzwala na podobne wypadki.

Wina, drogi Brutusie, nie leży w gwiazdach, lecz w nas samych, bo zgadzamy się na tą farsę praworządności, która doprowadziła do śmierci wielu ludzi i zraniła rosyjskiego ducha.