„W.”: diabeł w białym kapeluszu

No więc właśnie obejrzałem „W.” Olivera Stona i, jak mawiają polscy komentatorzy sportowi, czuję się miło rozczarowany. Bałem się topornej agitki, dostałem zaś agitkę opowiedzianą z polotem i utkaną zgrabnie jak cholera. Bo najfajniejsza rzecz w tym filmie to fakt, że George W. Bush jest w nim postacią właściwie pozytywną.

Chce dobrze, stara się, pracuje nad sobą, nie ma w nim ani grama cynizmu. Jest po prostu sympatycznym chłopakiem z Teksasu, który chce zbawić świat, chce nieść mu „wolność i demokrację”. Odrzucony przez ojca, cały czas przegrywa rywalizację o jego miłość ze starszym bratem Jebem, heroicznie walczy z alkoholizmem, naprawdę wierzy, że dobry Bóg powierzył mu misję zbawienia świata.

No kurwa, zapewniam was, że nie będziecie w stanie sie na niego gniewać o te wszystkie klęski, które sprowadził ludzkości na głowę. Będziecie chcieli pogłaskać Georga po główce, będzie chcieli walnąć go po teksańsku w jego pieprzone plery i krzyknąc: hej, chłopie, no dobra, spierdoliłeś sprawę, ale co było to było, nie rozpamiętujmy tego.

Laura Bush jest z kolei sportretowana jako subtelna, wyrozumiała, piękna kobieta, anioł po prostu. Ich uczucie to u Stona sielanka, miłość od pierwszego wejrzenia, modelowa para, no wykapani Tristan i Izolda. – Jesteś diabłem. Diabłem w białym kapeluszu – mówi przyszła pani Bush do swojego przyszłego męża podczas ich pierwszego spotkania. I zapewniam was, że wcale nie brzmi to złowrogo.

Josh Brolin jako George W. Bush
Josh Brolin jako George W. Bush

Złowrogie jest za to otoczenie Busha jr. Zdecydowanie pozytywnie jest sportretowany tylko Colin Powell, a całkiem sympatycznie Karl Rove. Serio.

Rove występuje jako człowiek totalnie oddany swojemu pryncypałowi i całkowicie zafascynowany talentem politycznym Busha. W filmie jest symptomatyczna scena: rzecz dzieje się w 1988 roku w gabinecie wiceprezydenta Busha seniora. „Dabja” właśnie przyprowadził do niego przedstawicieli chrześcijańskiej prawicy, do których stary Bush podchodzi bardzo sceptycznie. W pewnym momencie gardłujący Rove mówi do seniora per „tatusiu”. – Nie przejmuj się tato, jemu często się wydaje, że jest mną – mówi ze śmiechem junior.

No dobra, to czas na ciemną stronę mocy. Bezwzględnym zwycięzcą konkursu na Największego Skurwysyna jest w filmie Stona Dick Cheney. Cynik totalny, tak kompletnie pozbawiony sumienia i skrupułów, że jego zachowanie non stop oscyluje wokół ostrego wariactwa. Kompletnym szaleńcem jest z kolei Rumsfeld, który jest sportretowany jako Dr. Strangelove na środkach uspokajających, totalny freak, popieprzony jak cholera. Zapewniam was, że zawsze, gdy pojawiał się na ekranie, czekałem aż podniesie do góry rękę wyprostowaną w charakterystycznym geście.

Mamy w filmie również postać komiczną: to Condi Rice, która jest pokazana jako potakująca kukiełka, która niemal nigdy nie ma własnego zdania, za to od czasu do czasu wygłasza krótkie, kąśliwe uwagi, wypowiadane z dziwnym akcentem, jeszcze dziwniejszą miną i paternalistycznym spojrzeniem.

W ogóle narady najbliższych doradców Busha przypominają te ze słynnego filmu Kubricka. Również klimat „W”., muzyka i ton opowieści niezwykle kojarzy się z Dr. Strangelove. Stonowi udało się nakręcić naprawdę fajny, całkiem nieprzewidywalny i niesztampowy film – co jak na historię, która jest doskonale znana od początku do końca i osadzona wcześniej w milionie kontekstów jest dużym osiągnięciem – dlatego warto wybrać się na niego do kina (jeśli mieszkacie w jakimś normalnym kraju), ewentualnie jedźcie do Berlina i kupcie sobie DVD, you know. Tak czy owak, warto.