Obama: ekoprezydent, prezydent biednych i prezydent dialogu

Rzadko piszę o Ameryce, ale tym razem to sama przyjemność: wtorkowa mowa Baracka Obamy była jasną zapowiedzią zmiany w podejściu do amerykańskiej polityki zagranicznej, polityki energetycznej, a także – polityki rozwojowej. Obama swobodnie powiedział to, co przez ostatnie osiem lat administracji amerykańskiej nie przechodziło nawet przez zaciśnięte zęby. Nareszcie!

Samo przemówienie na inaugurację nie wywołało przesadnego entuzjazmu wśród komentatorów, większość oceniła je jako zaledwie solidne. A szkoda. Było wyjątkowo interesująco: Barack Obama, 44. prezydent USA jasno zadeklarował, że zainwestuje pieniądze w energię odnawialną:

Okiełznamy energię słońca, wiatru i ziemi, by napędzać nasze samochody i pozwolić naszym fabrykom pracować. Zreformujemy nasze szkoły i uniwersytety, by sprostały wymaganiom nadchodzących czasów. Wszystko to możemy zrobić i wszystko to zrobimy (…) Wraz ze starymi przyjaciółmi i byłymi wrogami będziemy niezmordowanie pracować nad zmniejszeniem zagrożenia nuklearnego i ocieplenia klimatu.

Zauważył, że pomoc państwom rozwijającym się jest po prodtu niezbędna, jesli chcemy mówić o bezpiecznym świecie:

Do ludzi z krajów biednych: Przyrzekamy pracować z wami, by wasze gospodarstwa rozkwitły, wody w waszych rzekach były czyste, byście zaspokoili głód cielesny i nasycili umysły żądne wiedzy. Do narodów, które jak my cieszą się względnym dostatkiem: Nie stać nas już na obojętność wobec cierpień poza naszymi granicami. I nie wolno nam korzystać z zasobów świata bez względu na skutki. Świat się bowiem zmienił i my musimy się zmieniać wraz z nim.

Woooooow!

I jeszcze podkreślił, że ostateczne zwycięstwo w wojnie można odnieść nie za pomocą czołgów i superuzbrojenia (tu mój głęboki ukłon w stronę miłośników wszelkiego żelastwa, które miało wygrać wojnę w Iraku), tylko głową i umiarkowanym, pragmatycznym stosowaniem siły:

Wszystkim patrzącym na nas dziś narodom i rządom – od wspaniałych stolic aż po wioskę, gdzie mój ojciec się urodził: Wiedzcie, że Ameryka jest przyjacielem każdego narodu, każdego mężczyzny, kobiety i dziecka pragnących życia w pokoju i godności. Jesteśmy ponownie gotowi światu przewodzić.
Pamiętajmy, że przeszłe pokolenia pognębiły faszyzm i komunizm nie samymi czołgami i rakietami, lecz także solidnymi sojuszami i niezłomnymi przekonaniami. Zrozumiały, że sama siła nas ani nie ochroni, ani nie uprawnia nas, by robić, co nam się podoba. Przeciwnie, wiedzieli, że nasza potęga płynie z jej roztropnego stosowania, nasze bezpieczeństwo płynie ze słuszności naszej sprawy, z siły naszego przykładu, z pokory i powściągliwości.

Ta ostatnia deklaracja – czy to zwrot w stronę większej współpracy międzynarodowej, tego wyśmiewanego przez Busha and Co. multilateralizmu, i zapowiedź działania razem? Koniec bojkotu ONZ, fochów i wydymania warg na widok budynku w Nowym Jorku?Początek ważnych rozmów z państwami rozwijającymi się, Indiami, Chinami, Brazylią, włączenie ich w rozwiązywanie problemów globalnych – np. terroryzmu?

Jeśli tak, to doskonałe wiadomości, bo oznacza to, że Obama zdaje sobie sprawę, że dziś osłabiona kryzysem, z nadszarpniętą reputacją, Ameryka sama nie jest w stanie rozstrzygać i decydować o najważniejszych sprawach globalnych. A przecież jakiekolwiek decydowanie bez niej zupełnie nie ma sensu.

To była dobra, postępowa mowa. Oby się ziściła.