Jesteśmy zakładnikami

Każdy wie, że nie powinniśmy importować tak ważnych surowców jak ropa naftowa czy gaz ziemny tylko i wyłącznie z jednego państwa. Nie ma chyba drugiego tak mądrze brzmiącego słowa jak „dywersyfikacja” które zrobiłoby u nas przez ostatnie dwudziestolecie karierę tak wielką, że niemal każdy wie, co ono oznacza. Jesteśmy więc całkiem uświadomionym narodem. Najpewniej podobnie rzecz się ma chociażby z Niemcami i innymi Europejczykami uzależnionymi od kaprysów Kremla. Nic z tego jednak nie wynika.

Uświadomieni są również politycy. Co i rusz słyszy się o forsowanym przez znanego biznesmena i spowiednika byłych premierów Aleksandra Gudzowatego pomyśle, żeby nasz system energetyczny powiązać z siecią Morza Północnego i gaz kupować od Norwegów i Brytyjczyków. Dobrze pamiętam, że jednym z ostatnich projektów rządu Jerzego Buzka było podpisanie umowy o dostawach z Norwegią. Równie dobrze przypominam sobie, że jedną z pierwszych decyzji rządu SLD było odstąpienie od tej umowy. Za rządów PiS pojawił się pomysł gazoportu, podchwycony teraz przez Platformę. Lech Kaczyński marzył o dostawach z Kaukazu i Azji Środkowej. Donald Tusk chce kupować gaz w Katarze. A ja mam jakieś lodowate przeczucie, że żaden z tych pomysłów nie wypali.

Dlaczego? Z kilku powodów.

Po pierwsze gaz rosyjski jest w istocie relatywnie tani. Najbliższy nam poważny eksporter sprzedaje dużo drożej. Trudno oczekiwać, że w czasach kryzysu rząd zdecyduje się na napinanie budżetu, którego napiąć się po prostu nie da.

Po drugie, nasza infrastruktura jest przystosowana do importu rosyjskiego gazu. Budowa nowej to wydatki rzędu miliardów złotych. Wcale nie twierdzę, że bezpieczeństwo energetyczne nie jest warte tej ceny. Twierdzę, że nikt nie zdecyduje się wydać takich pieniędzy w tych trudnych czasach.

Po trzecie, Rosja to jedyny kraj, który może i chce sprzedawać nam praktycznie tyle, ile zechcemy. Norwegia ma spore złoża, ale jej infrastruktura ma swoje ograniczenia. Dziś, kiedy jej eksport bardzo wzrósł wskutek ukraińsko-rosyjskiej wojny gazowej, jej gazociągi pracują na granicy przepustowości. Wielka Brytania sama jest importerem gazu. Transport z innych państw jest kosztowny.

Po czwarte, każda próba naszego uniezależnienia się od dostaw Gazpromu spowoduje natychmiastową i prawdopodobnie skuteczną kontrakcję Kremla, który jest znacznie lepszy w te klocki niż my. I ma silniejsze karty. Prezydenckie marzenia o dostawach z Kaukazu i Azji można włożyć między bajki po sierpniowej wojnie rosyjsko-gruzińskiej. Donald Tusk wybrał kierunek na Bliski Wschód. Tyle tylko, że Katar to jeden z założycieli tak zwanego GasOpec, zalążku kartelu który ma kontrolować ceny i podaż gazu ziemnego na rynkach światowych i już dziś kontroluje około 70% światowych zasobów. Rosja, Iran i Katar właśnie mają podjąć daleko idącą wsþółpracę. Gazprom miałby eksploatować złoża irańskie a następnie transportować surowiec do Kataru, skąd skroplony gaz miałby wędrować w świat. Oczywiście wpływ Gazpromu na produkcję w Katarze byłby mniejszy niż na tranzyt przez Ukrainę, ale zdeterminowana Rosja (a Kreml potrafi być zdeterminowany, oj, potrafi) może i tam skutecznie regulować rynek. Moglibyśmy kupować gaz ze źródeł północnoafrykańskich. Ale tam Rosja również była pierwsza, podpisując stosowne umowy z Libią i Algierią, które być może również przystąpią do GasOpec.

Tym samym Rosja gra na nosie nie tylko nam, ale całej Europie, która ma taki sam, lub nawet poważniejszy (w przypadku takich państw jak na przykład Bułgaria, Słowacja czy Węgry) problem. Nieśmiałe nawoływania unijnych polityków do odkręcenia kurka z gazem Ukrainie brzmią wręcz śmiesznie. Niestety, pierwszy poważny kryzys tego roku zaskoczył czeską prezydenturę UE, która nie potrafi zdobyć się na żaden poważny krok. Co prawda dogadano się co do wysłania unijnych obserwatorów nad Dniepr, ale już niedługo potem okazało się, że Rosjanie chcą dołączyć do tej delegacji swoich ludzi. A to oznaczałoby nie tylko zagrożenie dla Ukrainy, ale również to, że europejscy obserwatorzy nie zobaczą niczego, czego Kreml nie chce im pokazać.

Problem byłby znacznie mniejszy gdyby dotyczył samej ekonomii i energetyki. Gazprom ma w tym konflikcie swoje racje. Ale Rosja toczy przy okazji, a może przede wszystkim, rozgrywkę polityczną. Nie tylko śmieje się w twarz unijnym politykom, ale skutecznie podkopuje szanse Ukrainy na integrację europejską. UE, w tym Polacy, są zakładnikami rosyjskich gierek. I nic na to nie potrafimy zaradzić.

Bartosz Wasilewski