Inauguracja oczami Moskwy

Barack Obama został wczoraj zaprzysiężony jako prezydent Stanów Zjednoczonych. Trudno było nie dać się ponieść emocjom w tej historycznej chwili. Byliśmy świadkami wielkiego święta demokracji (większego nawet niż same wybory) zorganizowanego z rozmachem przypominającym otwarcie Igrzysk w Pekinie. Wszyscy komentatorzy jak jeden mąż podkreślali znaczenie “transformacji”. Trudno sobie wyobrazić, by tłumy zebrały się na zimnie by uczcić innego polityka. Przemówienie inauguracyjne Obamy było przesiąknięte ideologią, prezydent kreślił w nim konkretną wizję roli Ameryki w stosunkach międzynarodowych. Nie mnie osądzać, czy nowy przywódca będzie w stanie wypełnić złożone obietnice. Uważam jednak, że jeśli jego celem było wzbudzenie we współobywatelach dumy i wiary w amerykańską politykę, to jego sukces jest niezaprzeczalny.

Tymczasem po drugiej stronie Atlantyku na wschodzie Europy panują zupełnie inne nastroje.

Nie sugeruję bynajmniej, że Rosjanie są od Amerykanów mniej dumni i nie podważam ich głębokiej tożsamości narodowej. Uważam też, że Kreml wyznaczył niedoścignione standardy w organizacji spektakularnych i świetnie wyreżyserowanych uroczystości inauguracyjnych. Jednak tym co różniło wczorajsze wydarzenia w Waszyngtonie od tych, które mieliśmy szansę oglądać pół roku wcześniej w Rosji, był entuzjazm obywateli, morze ludzi demonstrujących związek z władzą.

Tego samego dnia w Moskwie widzieliśmy, jak drugi władzy i obywateli coraz bardziej się rozchodzą. Trzeba pamiętać, że podwójne morderstwo obrońcy praw człowieka i młodej dziennikarki nie zdarza się codziennie oraz że Stanisław Markielow był dla większości Rosjan postacią nieznaną. Biorąc pod uwagę obie te rzeczy to, czego jesteśmy świadkami w Moskwie to nie optymizm, energia czy wiara w siłę narodu, ale raczej obojętność i rezygnacja, przerywana odosobnionymi przypadkami moralnego oburzenia.

Wspomniane morderstwa nie tylko psują wizerunek Rosji za granicą (któremu po wojnie gazowej i inwazji na Gruzję niewiele może już zaszkodzić), lecz także źle wpływa na sytuację wewnętrzną, kiedy pomyślimy o ślepym zaufaniu obywateli do Kremla i odpowiedzialności władzy za społeczeństwo. Przestępstwo tak obrzydliwe, które uznałoby pewnie za gorszące nawet w gangsterskich latach 90., ma miejsce na oczach silnego państwa – lewiatana, a nawet za jego cichą zgodą a przynajmniej tolerancją.

Łatwo przewidzieć co się teraz stanie: Zachód niepewnie zaprotestuje i poprosi o wszczęcie śledztwa, prokuratorzy zgłoszą niepotrzebne wnioski, wiele różnych osób wzruszy ramionami, a potem okaże się, że cała historia jest jakoś powiązana z Czeczenami. Żaden wysoki rangą urzędnik nie skomentuje morderstwa. Ostatecznym efektem całej sprawy będzie powolne roztrwonienie kapitału społecznego, który topnieje już od kilku miesięcy w związku z fatalnymi notowaniami na rosyjskiej giełdzie. Na moskiewskiej ulicy nie zginął tylko Markielow, lecz także konstytucja.

Dopóki któraś z rządowych frakcji nie zbierze się na odwagę by zrobić coś z całą sytuacją, Kreml pozostanie przy swojej stałej metodzie radzenia sobie z kryzysami – będzie próbował odwrócić uwagę obywateli. Obecnego przywództwo ma dużą praktykę w zręcznym maskowaniu wewnętrznych problemów i własnych błędów przez wskazywanie wspólnego wroga za granicą. Ta umiejętność to jądro “suwerennej demokracji” – ograniczenie swobód uzasadnia się twierdzeniem, że w tym momencie w kraju chce ingerować zbyt wielu aktorów zewnętrznych, więc przynajmniej na razie doświadczone władze muszą pomagać swoim obywatelom w dokonaniu właściwych wyborów. Wielu z tych obywateli zgodziło się z tą linią stwierdzając, że dopóki suwerenna demokracja działa, trzeba dać jej działać.

Jednak zabójstwo Markielowa i Anastazji Baburowej wskazuje, że ta niepisana umowa społeczna zaczyna pękać. Ludzi zaczynają pojmować, że administracja nie umie (a może nie chce) bronić własnych obywateli, że kula na moskiewskim chodniku to drastyczny symbol skutków legalnego nihilizmu. W dodatku trudno już używać jako negatywnego przykładu aroganckiej i antypatycznej administracji Busha. Ameryka pod wodzą pierwszego czarnoskórego prezydenta upija się wiarą we własne siły i nadzieją. Tymczasem największym osiągnięciem stosunkowo młodego prezydenta Rosji są zmierzające w stronę autorytaryzmu zmiany w konstytucji.

Nowe władze USA wydają się zresztą zawczasu przygotowane na retoryczne chwyty autorytarnych przywódców. W przemówieniu inauguracyjnym Obamy pojawiły się fragmenty szczególnie bolesne dla Kremla: “Do tym przywódców, którzy wywołują konflikty, by zrzucić odpowiedzialność za własne problemy na Zachód – wiedzcie, że wasi obywatele osądzą was nie po tym, co potrafić zniszczyć, lecz po tym co uda się wam zbudować.

Do tych, którzy utrzymują przy władzy przez korupcję, oszustwa i uciszanie niezadowolonych – wiedzcie, że jesteście po złej stronie historii, ale że wyciągniemy do was dłoń, jeśli tylko zechcecie rozluźnić pięść”.

Przez ostatnie 24 godziny czekałem na jakiś popis ze strony Rosjan – może test nowych rakiet, przemieszczenie żołnierzy, inne tego rodzaju wydarzenie, a przynajmniej werbalny atak, który przyciągnie na Kreml światła reflektorów. Stało się tak gdy Obama wygrał wybory (Putin i Miedwiediew przywitali go wtedy perspektywą rozmieszczenia rakiet w Kaliningradzie). Rosja zastanawia się najwyraźniej jak zareagować na nową sytuację, jak najlepiej rozegrać Obamę w oczach własnej opinii publicznej.

Każdy kto śledził inaugurację z Moskwy musiał być bardzo skonfundowany. Borys Mamliuk z HuffPo przedstawia ciekawe anegdoty o tym jak Rosjanie i eksperci reagują na inaugurację. Część studentów potrafiła podobno rozróżnić nawet drugorzędnych polityków amerykańskich obecnych na trybunach. Inna grupa chciała się dowiedzieć jak to możliwe, że w Waszyngtonie tylu ludzi może bez przeszkód maszerować nie obawiając się ataku ze strony służb porządkowych.

To ostatnie pytanie wydaje mi się świetnie obrazować rozmiar przepaści między sferą publiczną a władzą, która pogłębiła się o kilka metrów po zabójstwie Markielowa i Baburowej. Niedługo Stany Zjednoczone wrócą do rzeczywistości i jej codziennych problemów, zrozumieją, że optymizm nie jest panaceum. Jednak sytuacja w Rosji jest jeszcze trudniejsza – tam ludzie muszą odpowiedzieć sobie na pytanie czy to państwo służy ludziom, czy raczej są w Rosji wrogami publicznymi.