Davos, czyli Chiny kontra reszta świata

Szczyt w szwajcarskim Davos już dawno nie skupiał na sobie takiej uwagi. To oczywiście dzięki kryzysowi, a nie wyjątkowo udanemu sezonowi narciarskiemu. Wszyscy mają nadzieję, że właśnie w Davos uda się rozwiązać problem jednego z najgłębszych załamań gospodarczych ostatnich lat, i wszyscy raczej się zawiodą – Davos nigdy nie było forum, na którym zapadały decyzje.

Jak właśnie podał Międzynarodowy Fundusz Walutowy, w tym roku globalne tempo wzrostu nie przekroczy 0,5 proc. To fatalne wiadomości – bo oznaczają między innymi tyle, że nawet państwa rozwijające się, które dotychczas były lokomotywami wzrostu, raczej zwolnią. Jak podaje ILO, czyli Międzynarodowa Organizacja Pracy, w tym roku zniknie ok. 51 mln miejsc pracy. Auć.

Pytanie tylko, jak bardzo zwolnią Chiny, Indie czy Brazylia? Bo to, że USA, Unia czy Japonia będą się ledwie czołgać (miejmy nadzieję, że nie do tyłu), jest pewne. W naszym dobrze pojętym interesie byłoby, żeby państwa rozwijające się nie dostały zadyszki, bo tylko one mają rezerwy wzrostu. Tymczasem to, że Chińczycy mają problemy, jest już dość oczywiste. Módlmy się, żeby nie było aż tak źle jak pisze analityk Bloomberga. Indie na razie nie mówią otwarcie o tym, że jest u nich dość słabo, ale niestety jest: państwo coraz więcej dopłaca do biednych.

To, co było chyba najciekawsze podczas pierwszego dnia szczytu, to wystąpienie Wen Jiabao – chińskiego premiera, który postanowił zrobić tour po Europie, rozmawiając z liderami Unii o tym, jak wielki importer chińskich towarów może pomóc fabryce świata. Wen powiedział w Davos wprost, że to Amerykanie są winni tego kryzysu, oni namieszali, i oni powinni posprzątać:

„The ongoing international financial crisis has landed the world economy in the most difficult situation since last century’s Great Depression (…) inappropriate macro economic policies in some economies characterised by low savings rate and high consumption led to crisis, as did  the failure of financial supervision and regulation to keep up with innovation which allowed financial derivatives to spread”

To policzek dla USA, nie ma wątpliwości. Będziemy słyszeć więcej takich żali i pretensji, ale rozwiązania w Davos chyba nie będzie… Warto obserwować amerykańsko-chińskie zapasy w Davos, bo Państwo Środka, kiedy będzie przyparte do muru (czyli będzie miało mniej niż 6 proc. wzrostu PKB), może sięgnąć po atomową broń gospodarczą, czyli dewaluację juana wobec innych walut – żeby pomóc swoim eksporterom.

Dla amerykańskich firm to byłyby fatalne wieści, tak jak dla Europejczyków – staliby się mniej konkurencyjni na własnym rynku w najgorszym od lat kryzysie – bo trudno sobie wyobrazić, żeby nagle firmy z USA przestały kupować towary z Chin. Módlmy się więc o porządny wzrost Państwa Środka, żeby nikt z politbiura w Pekinie nie nacisnął guzika z napisem „dewaluacja” – dziś znacznie groźniejszego od guzika atomowego.

Bardzo fajnie pisze o tym korespondent Daily Telegraph na swoim blogu z Davos.

Warto też obejrzeć wywiad BBC z Pascalem Lamy, szefem Światowej Organizacji Handlu (WTO). To jest najbardziej globalny Francuz, jakiego znam, no i czapeczkę ma odjechaną – a mówi bardzo mądrze.

I jeszcze jedno: w Brazylii rozpoczęło się anty-Davos, warto się mu przyjrzeć. Dziś nie tak łatwo śmiać się z tych, którzy od lat pokazywali, że kapitalizm nie zawsze działa… Więcej na stronie oficjalnej szczytu World Social Forum w Belem w Brazylii.