Bliski Wschód: jak osiągnąć pokój

Jakie warunki muszą spełnić Izraelczycy i Palestyńczycy, by mogło dojść do podpisania prawdziwego pokoju na Bliskim Wschodzie? Warto zająć się tym tematem w kontekście ostatnich wydarzeń w Strefie Gazy. Polacy, jak pewnie prawie wszyscy Europejczycy, są nieświadomi historii tamtego rejonu świata. Mój tekst nie będzie miał charakteru szczegółowego opracowania. Chcę jedynie zaznaczyć kilka główych powodów, przez które niemożliwe jest podpisanie pokoju.

Konstanty Gebert, w „Wojnie czterdziestoletniej” przewidywał, że konflikt izraelsko-palestyński będzie się kończył około 2008r. Jak widać – mylił się. Nie zanosi się na to, aby w najbliższych miesiącach proces pokojowy ruszył z miejsca. Pomiędzy Żydami, a Palestyńczykami istnieje coraz głębsza czerwona od krwi rzeka nienawiści. Po stronie Palestyńczyków, nie widać siły przebicia u ludzi, którzy chcieliby rozwiązań pokojowych. Hamas umocnił swoją władzę w Strefie Gazy. Z kolei ostatnie sondaże wskazują na możliwą wygraną Likudu w wyborach do Knessetu. Na czele Likudu stoi Benjamin Netanjahu, który uważany jest za zwolennika twardej polityki. Co prawda Kadima wraz z Partią Pracy prawdopodobnie uzyskają razem więcej głosów niż Likud, jednak nie będzie to większość pozwalająca samodzielnie rządzić. Wszystko znowu zależne będzie od nietrwałych koalicji m.in. z partiami religijnymi.

Po pierwsze, żeby podpisać porozumienie pokojowe, trzeba w ogóle rozmawiać. Na początek rzut oka na mapę.

Kto z kim ma się porozumieć? Izrael ma demokratycznie wybrane władze i oczywiste jest, że jest to jedna ze stron sporu. Z drugiej strony mamy Palestyńczyków, ale kto ich reprezentuje? Na terytorium Zachodniego Brzegu Jordanu rządzi prezydent Mahmud Abbas z al-Fatahu, a w Strefie Gazy Hamas. Trzeba przy tym przypomnieć, że Izrael nie może rozmawiać z Hamasem, bo oficjalnym celem tej organizacji jest zniszczenie Żydów (kiepski więc to rozmówca)…. Z tego samego względu Hamas też nie chce rozmawiać z Izraelem. Uważa, że nie ma po co, a rozmowy pokojowe byłyby hańbą. Władze al-Fatahu są uznawane przez Izrael i UE. Kontrolują one jednak jedynie część „Palestyny”, w związku z tym nie można uznać je za reprezentatywne. Z kim ma więc rozmawiać Tel Awiw? Po drugiej stronie nie ma partnera. Mahmud Abbas jest człowiekiem, który byłby w stanie podpisać porozumienie pokojowe, ale nie dysponuje on dostateczną władzą. Porozumienie izraelsko-palestyńskie zostałoby zbojkotowane przez Hamas i w efekcie Abbas wyszedłby na clowna, a nie odpowiedzialnego prezydenta. Dopóki władza w „Palestynie” nie zostanie ujednolicona, tj. nie przejmie jej w całości al-Fatah albo nie dojdzie do podpisania porozumienia palestyńsko-palestyńskiego, po drugiej stronie nie ma wiarygodnego partnera.

Czy Palestyńczycy zdołają uporządkować swoje sprawy? Być może, ale nie jest to kwestia dni. Wśród Palestyńczyków brakuje mężów stanu, a na wysokich stanowiskach są głównie mali chłopcy z piaskownicy. Na pewno dogadaniu się Fatahu z Hamasem nie służą też ostatnie doniesienia o zabijaniu i przestrzeliwaniu kolan członków i zwolenników Fatahu w Gazie.

Rozwiązań jest teoretycznie kilka. Na przykład Fatah przejmuje władze w Strefie Gazy. Naiwni przewidywali, że to jest właśnie celem „Płynnego Ołowiu”. Od początku było jednak jasne, że obalenie Hamasu byłoby możliwe jedynie przy naprawdę dużym wysiłku – a na to Ehud Olmert i Ehud Barak się nie zdecydowali, a w dodatku władzy „od Izraela” Mahmud Abbas nie mógłby przejąć. Obecnie szansa na zmianę rządów w Strefie Gazy się zmniejszyła. Popularność Hamasu jest niezachwiana.

W prasie pojawiają się sugestie dotyczące możliwego dogadania się mpomiędzy Hamasem, a Fatahem. Teoretycznie powinno być to niemożliwe, w obliczu fali wojny palestyńsko-palestyńskiej, ale Arabowie to taka dziwna nacja, która najpierw do siebie strzela, by potem nazywać kogoś swoim „przyjacielem”. Doskonale pokazuje to historia np. Jasera Arafata. Dlatego nie można wykluczyć, że jednak do porozumienia dojdzie. W takim przypadku, rozmowy izraelsko-palestyńskie też stałyby pod znakiem zapytania, bo Hamas musiałby uznać sens negocjacji z Izraelem i zmienić swoje statutowe zapisy. W każdym razie Izrael ine jest zbytnio zainteresowany bilateralnymi rozmowami z Hamasem i vice versa. Nawet zawieszenie broni zostało pokazane jako porozumienie „odgórne”, tj. najpierw Żydzi ogłosili jednostronne zawieszenie broni, a potem Hamas powiedział, na jakich warunkach będzie go przestrzegać. W ten sposób ukryto dwustronne porozumienie.

Najpierw należy więc poradzić sobie z pierwszą przeszkodą – brakiem wiarygodnych stron w negocjacjach. Jest to warunek niezbędny, jeśli ktoś chce myśleć o trwałym pokoju.

Druga kwestia – terytorialna. Palestyńczycy z Organizacji Wyzwolenia Palestyny uznali rezolucję ONZ „tworzącą” dwa państwa – Izrael i Palestynę. Otworzyło to drogę do negocjacji pomiędzy Izraelem, a Arafatem. Problem w tym, że już Hamas tej rezolucji nie uznaje. Jakiekolwiek rozmowy będą możliwe, gdy wszyscy Palestyńczycy przyznają Izraelowi prawo do istnienia. Załóżmy, że ma to miejsce. Jakie są główne problemy terytorialne?

Najmniej kontrowersyjna jest Strefa Gazy. Ariel Szaron zdecydował się na wycofanie wszelkich wojsk i osadników z tamtego terenu. Decyzja ta wywołała niezwykłe kontrowersje, jednak „Arik” postawił na swoim. Dzięki autorytetowi i niewątpliwej charyzmie. Mówiło się wtedy o tzw. jednostronnym procesie pokojowym. Miało go zapewnić wycofanie się ze SG i mur bezpieczeństwa. Izrael chciał bezwzględnie oddzielić się od Palestyńczyków. Szarona, przed realizacją takiego scenariusza, powstrzymały dwie rzeczy – opór w partii i choroba. Generalnie jednak Izraelczycy nie mają żadnego interesu w utrzymywaniu Strefy Gazy, dlatego przy potencjalnych negocjacjach oddaliby ją bez płaczu. Oczywiście, pod pewnymi warunkami, ale to są już kwestie dla negocjatorów.

Mniej oczywista wydaje się kwestia Zachodniego Brzegu Jordanu. Żydzi są skłonni oddać około 80-90% terytorium, ale chcą również zachować swoje osiedla. Tutaj widać poważny zgrzyt, bo Palestyńczycy domagają się całego ZBJ i wycofania osiedli. Problem polega na tym, że wspomniane 10% terytorium zabiera sam mur bezpieczeństwa, który obejmuje w ten sposób część żydowskich osiedli. Palestyńczycy uważają to za politykę faktów dokonanych. Uznają też, że samo zgodzenie się na granice sprzed roku 1967 byłoby ustępstwem z ich strony. Trudno więc wypracować tutaj dobre rozwiązanie. Generalnie uważam, że najrozsądniejsze byłoby wycofanie osadników. Izrael ma miejsce i pieniądze, by ich przesiedlić, a być może w części kosztów partycypowaliby Palestyńczycy. Osadnicy jednak nie chcą opuszczać ZBJ, a część polityków próbuje zbijać na tym kapitał (w tym wspomniany już wcześniej Netanjahu). Gorzej z problemem ziemi ZBJ, bo obie strony nie będą chciały ustąpić. Niewątpliwie jednak, przy olbrzymiej determinacji obu stron, powstałaby formuła zadowalająca obie strony. Trzeba jednak napisać, że postawiony mur oddala perspektywę pokoju, a nie ją przybliża.

Jerozolima. To jest dopiero prawdziwe szukanie wyjścia z labiryntu Minosa. Tam właśnie oficjalnie znajduje się stolica Izraela. Palestyńczycy również nie wyobrażają sobie, aby w ich nowo powstałbym państwie Jerozolima nie miała takiego statusu. W przypadku Żydów i Palestyńczyków łączą się z tym kwestie religijne, tj. znajdujące się w mieście: Ściana Płaczu i Wzgórze Świątynne. Trudno znaleźć, to będzie chyba trafne powiedzenie, salomonowe wyjście z tej sytuacji. Żadna ze stron nie zgodzi się, aby Jerozolima znajdowała się pod jurysdykcją tego drugiego. Nie można również dokonać podziału na np. „Jerozolimę Wschodnią” i „Jerozolimę Zachodnią”, bo byłoby to sztuczne. Jeśli podzielić by miasto etnicznie, mielibyśmy do czynienia z dziesiątkami enklaw. Były też propozycję, by nadać miastu status międzynarodowego. Pole negocjacyjne obydwu stron w tej sytuacji jest jednak bardzo nikłe. Przez m.in. Jerozolimę upadł ostatni plan pokojowy..

Z „terytorialnych” pozostaje jeszcze sprawa połączenia SG z ZBJ. Terytoria te są od siebie oddzielone i Palestyńczycy, co naturalne, chcieliby je połączyć. Problem w tym, że nie ma takiej możliwości, bo to oznaczałoby bardzo niekorzystne rozwiązania dla Izraela. Tel Awiw nie odda żadnych terenów pod jurysdykcję palestyńską. Może jednak poprowadzić np. eksterytorialną autostradę. Istnieją jednak rozwiązania, które – przy pewnej determinacji – można by wprowadzić. Problemu jednak nie można bagatelizować, bo w tym przypadku to Izrael musiałby pójść na poważne ustępstwo. Palestyńczyków z kolei formuła w/w autostrady wcale nie musi zadowalać. Jest to więc kolejny martwy punkt.

W dzisiejszej notce omówię jeszcze trzecią sprawę, którą są uchodźcy. Pewne jest jedno: Izrael ich nie może przyjąć, bo oznaczałoby to naturalną śmierć tego państwa. Żydzi staliby się mniejszością w swoim kraju. Arabowie muszą to sobie w końcu uświadomić. Sprawę można jednak rozwiązać – jak to proponował Piotr Wołejko w swoim wpisie – przy pomocy symbolicznych odszkodowań. Każdy przesiedleniec dostałby określoną kwotę, a jeśli by nie żył, to kwota ta dzielona byłaby między jego dzieci. Tych ludzi mogłoby przyjąć państwo Palestyna. W zasadzie jest to jedyne wyjście z tej sytuacji, bo sprawę uchodźców trzeba jakoś doprowadzić do końca. Przecież nie wszyscy będą chcieli wracać. Obecnie to kolejny martwy punkt, bo Żydzi nie czują się zobowiązani wobec uchodzców, a że nie trwają obecnie żadne negocjacje, nikt nie rozważa poważnie tej kwestii. Izrael ma zresztą problem z własną mniejszością arabską, która ma niezwykle wysoki przyrost naturalny.

Poruszyłem jedynie te najważniejsze kwestie. Istnieje jeszcze co najmniej kilkanaście kontrowersyjnych punktów. Na sprawę rozmów pokojowych wpływają również państwa ościenne (nie opisywałem problemu Wzgórz Golan). Celowo nie porszuam tej kwestii. Chciałem pokazać jedynie te największe kontrowersje. Wybrałem trzy kluczowe zagadnienia. Uważam, że ad. 2008 nie ma woli podpisania pokoju. Może sytuację zmieni „change” Baracka Obamy? Na razie się na to nie zanosi, brakuje impulsu, a konflikt się pogłębia. Sytuacja przypomina zakochanych, którzy mieli bolesne rozstanie. Są na siebie skazani.