Ajajajajajaj Puerto Rico

Przed lutowym referendum konstytucyjnym w Wenezueli mnożą nam się proszę państwa przypadki. Pamiętacie? W referendum chodzi przede wszystkim o to, żeby ten faszysta/dyktator/zamordysta Chavez został nowym Fidelem Castro. To znaczy oczywiście jacyś zaślepieni lewacy będą wam wmawiać, że rzecz dotyczy jedynie zniesienia ograniczenia, pozwalającego piastować urząd prezydenta przez nie więcej, niż dwie kadencje, ale co oni tam wiedzą, skoro nic nie widzą.

W każdym razie wyobraźcie sobie, że te lewackie/faszystowskie kundelki/krwawe bojówki oskarżają wenezuelskich bohaterów narodowych – Jorge Borgesa, lidera heroicznie walczącej o demokrację opozycyjnej partii Primero Justica, Luisa Plenasa, sekretarza generalnego innego dysydenckiego ugrupowania, chadeckiej COPEI, Emilio Barbozę, szefa dobrego, umiarkowanie lewicowego Un Nuevo Tempo oraz Alberto Ravella, szefa Globovision, czyli ogólnowenezuelskiej telewizji, która w tym totalitarnym kołchozie 24 godziny na dobę nadaje na cały kraj prawdę o reżimie Chaveza – że w Puerto Rico spotkali się z przedstawicielami amerykańskiego Departamentu Stanu, by omówić szczegóły kampanii referendalnej.

Ale nie wierzcie tym lewackim propagandystom! Nie wierzycie, prawda? No powiedzcie, że nie wierzycie. Bo niby rzeczywiście cała czwórka była razem w Puerto Rico, bo niby faktycznie w tym samym czasie udał się tam również Patrick Caulfield z ambasady USA w Wenezueli, ale to przecież czysty przypadek moi mili.

Zresztą trudno nie wierzyć wyjaśnieniom ambasady, że pan Caulfield udał się do Puerto Rico po prostu na wakacje. Przecież każdy ma prawo do wakacji, czyż nie? Nawet Chavez temu nie zaprzeczy! A wenezuelscy opozycjoniści (+ jeden niezależny dziennikarz) również wyjaśnili całą sytuację: po prostu w Puerto Rico spotkali się z chilijskimi politykami, by dowiedzieć się od nich jak udało im się w referendum w 1988 roku pokonać Pinocheta. No bo Chavez to taki drugi Pinochet, to chyba jasne? Co prawda z samolotów zamiast ludzi zrzuca ulotki, ale czy nie jest to prawie to samo?!

Moglibyście też dziwić się, jak to możliwe, że szef niezależnej telewizji spędza czas na naradach z liderami partyjnymi. No dobrze, zgodzimy się, że nie jest to modelowa sytuacja. Ale czyż ratowanie demokracji tego nie wymaga?! Czyż nie jest to uprawniony sposób, by pozbyć się z urzędu nowego Hitlera? No pewnie, że jest. A jego koniec, z pomocą bożą i amerykańskich przyjaciół, zbliża się nieubłaganie. Dlatego radujmy się i śpiewajmy razem: