Partia Republikańska: I’ll be back!

Półtora miesiąca temu Republikanie byli upokorzeni. Przytłaczające zwycięstwo Obamy okraszone takimi rodzynkami jak proces i przegrana partyjnego weterana, senatora z Alaski Teda Stevensa, wydawało się oznaczać zmierzch dla partii skompromitowanej 8 latami rządów Busha i dopuszczeniem do załamania gospodarczego. Od tego czasu GOP nabrała jednak wiatru w żagle

Druga tura wyborów do Senatu w Georgii zakończyła się ostatecznie zwycięstwem polityka republikańskiego, przez co Demokraci mogą pożegnać się z marzeniami o „superwiększości” 60 miejsc. Podobnie w opóźnionych z uwagi na huragan Gustav wyborach do Izby Reprezentantów w Luizjanie kandydat Republikanów wygrał niespodziewanie w uważanym za demokratyczny bastion drugim okręgu wyborczym. Wreszcie afera związana z handlowaniem miejscem pozostawionym przez Obamę w Senacie i aresztowanie gubernatora Illinois, Roda Blagojevicha, może uderzyć rykoszetem w nowego prezydenta, który pochodzi z uznawanego za symbol skorumpowania środowiska politycznego Chicago. Dzięki tym szczęśliwym wypadkom partia Lincolna i Reagana może przyjąć za swoje motto cytat wypowiadany w pewnym filmie przez jednego z jej obecnie czynnych polityków.

Partia działająca przez 150 lat w głównym nurcie amerykańskiej polityki nie może zniknąć ot tak sobie. Ma zbyt potężne zaplecze, zbyt wielu zarejestrowanych członków, a przede wszystkim nie ogranicza się do jednej nieudanej ideologii. Oba główne ugrupowania w USA to kameleony, zmieniające poglądy polityczne i wynikające z nich konkretne propozycje programowe w zależności od uwarunkowańkonkretnej epoki. Republikanie stawiali już na walkę z niewolnictwem w czasach Lincolna, wspieranie wielkiego biznesu w latach 20 i obronę konserwatywnych wartości za Reagana. Kiedyś ich twierdzą była Północ, dziś Południe. Za czasów Nixona w sprawach międzynarodowych stosowali kissingerowską Realpolitik, paktując z komunistycznymi Chinami. Za czasów Busha polityka zagraniczna przybrała oblicze ideologiczne, będące wcześniej specjalnością Cartera i Brzezińskiego. Obecna sytuacja nie oznacza więc upadku GOP jako całości, a jedynie koniec pewnej epoki w jej dziejach. Epoki, w której dominującą ideologią był neokonserwatyzm, pod powierzchownym mesjanizmem kryjący niejasne powiązania między polityką a wielkimi koncernami naftowymi i zbrojeniowymi. Ponieważ wykorzystanie administracji Busha do wypracowania zysków tych korporacji nie wyszło partii na dobre, poglądy spod znaku Dicka Cheneya czy Paula Wolfowitza na długo zejdą na daleki plan.

Jak będą wyglądać nowi Republikanie? Na pewno będą chcieli porzucić, a przynajmniej ukryć cechy, które przyczyniły się do ich wyborczej porażki w listopadzie. Biorąc pod uwagę obecną sytuację gospodarczą, można się spodziewać zerwania z preferencyjnym traktowaniem wielkich korporacji, postrzeganych teraz przez Amerykanów jako największe zło. Republikanie mogą więc pójść w stronę liberalnego populizmu, kreując się na strażników kieszeni przeciętnego obywatela. Będzie to tym bardziej prawdopodobne, jeśli interwencjonizm stosowany przez ekipę Obamy nie zażegna kryzysu.

Jindal i wyborcy

W polityce zagranicznej GOP może powrócić do idei izolacjonizmu, szczególnie jeśli Obama spełni swoje obietnice dotyczące zmiany stylu działania USA na arenie międzynarodowej. Pójście przez Stany Zjednoczone w stronę multilateralizmu i współpracy w ramach globalnego „koncertu mocarstw” z Unią Europejską lub Chinami może być przedstawiane przez Republikanów jako rezygnacja z roli supermocarstwa. Temu podejściu może również sprzyjać przedłużanie się kryzysu gospodarczego – politycy republikańscy mogą, chcąc zdobyć poparcie zwykłych Amerykanów, tłumaczyć trudną sytuację ekonomiczną zbytnim otwarciem USA na inne rynki.

Bobby Jindal (z lewej) ściskający dłonie wyborcom. Źródło: www.sepiamutiny.com

Jeśli chodzi o strategię postępowania samej partii, będzie ona zapewne uwzględniać w większym stopniu działania lokalne. Republikanie potrzebują tego, by zerwać z wizerunkiem partii wielkiego biznesu i udowodnić, że mogą działać również dla dobra zwykłych Amerykanów. Wzorem ku temu mogą być poczynania wysoko ocenianych gubernatorów: Bobby’ego Jindala z Luizjany czy Ricka Perry’ego z Teksasu. Stąd partia powinna zwrócić uwagę na pozornie apolityczne wybory na najniższych szczeblach, gdzie decyzje podejmowane przez wybranych funkcjonariuszy będą odczuwane bezpośrednio przez obywateli. Udane rządy republikańskiego burmistrza czy rady miasta mogą przekonać wyborców, że GOP zasługuje na powierzenie jej władzy również na wyższym poziomie. Co ważne, ten sposób działania może zwiększyć popularność Republikanów w silnie demokratycznych obszarach miejskich i przedmiejskich. To właśnie suburbia i eksurbia zdecydowały, że prezydentem został Obama.

Ron Paul Revolution
Czy będzie to wzór dla przyszłych kampanii republikańskich?


Partia zapewne oprze się też w większym stopniu na nowych sposobach komunikacji z wyborcami, idąc za przykładem sukcesu Obamy. Sztab McCaina również starał się być widoczny w takich miejscach jak Facebook czy YouTube, ale w porównaniu z wykorzystaniem nowych mediów przez Demokratów były to działania spóźnione o lata świetlne. Teraz Republikanie powinni w większym stopniu oprzeć się na oddolnym zaangażowaniu ich sympatyków i sieciach społecznościowych tworzących się w Internecie. Może dobrym wzorem będzie kampania Rona Paula?

Biorąc to wszystko pod uwagę, Partia Republikańska wcale nie stoi na straconej pozycji, jeśli chodzi o najbliższe lata. Tym bardziej, że prędzej czy później Barack Obama będzie tracił poparcie, a na horyzoncie czają się politycy, którzy są w stanie poprowadzić Republikanów do nowych zwycięstw. O ludziach, dzięki których Republikanie mogą powalczyć o Kongres w 2010 r. i Biały Dom w 2012 r. już niedługo.