Obama – polityk czy biznesmen?

W ostatnim tygodniu w amerykańskich mediach ukazały się dwa ciekawe teksty, traktujące o stylu uprawiania polityki przez prezydenta-elekta. Sądzę, iż warto przyjrzeć się obu tym artykułom w taki sposób, jakby stanowiły dwa odrębne, choć niewykluczające się, spojrzenia na jedno zagadnienie.

Tekst opublikowany przez Reuters: Business could learn from Obama style, experts say, przedstawia Obamę jako sprawnego CEO, który bez problemu mógłby być szefem korporacyjnego biznesu (swoją drogą ktoś, kto będzie dowodził największym światowym mocarstwem, powinien mieć predyspozycje do sprawnego zarządzania dużą firmą). Z kolei artykuł, który ukazał się w Newsweek: Change 2.0, Can Obama create a truly transformational presidency? stawia pytanie: czy prezydent-elekt jest w stanie dokonać rzeczywistej transformacji, o której opowiadał w tak efektowny i profesjonalny sposób podczas kampanii?

Sądzę, iż te dwa teksty mogą służyć jako pretekst do zastanowienia się nad jednym z najistotniejszych – moim zdaniem – pytań dotyczących postaci Baracka Obamy: kim tak naprawdę jest 44 Prezydent USA – sprawnym biznesmenem, czy odpowiedzialnym politykiem? Zauważmy, iż różnica jest tu zasadnicza. Zadaniem CEO jest dbanie o rozwój firmy, o wzrost jej dochodów i powiększenie rynków zbytu, podczas gdy polityk (w założeniu) ma na celu dobro społeczeństwa, w przypadku Prezydenta USA  także społeczeństwa ogólnoświatowego. Dobry CEO może, w celu polepszenia stanu posiadania przedsiębiorstwa, posunąć się do manipulacji, efekciarstwa, drobnych oszustw. Przez fachowców będzie uważany za dobrego biznesmena tak długo, jak długo jego działalność będzie przynosiła profit zarządzanej firmie. Dobry polityk, władca światowego supermocarstwa, musi zrobić to, co obiecywał w trakcie kampanii, musi rządzić tak, jak to zapowiadał – wyborcy oddali na niego swe głosy, spodziewając się realizacji zapowiedzianych posunięć. Jego działalność ma służyć dobru społeczeństwa, a nie firmy.

Podczas gdy do tego, aby stać się w oczach biznesmenów doskonałym kandydatem na CEO, wystarczy, jak pisze Reuters, sprawnie, ze spokojem i opanowaniem (No Drama Obama) przejść przez trudne momenty kampanii (porażka w New Hamphshire i kryzys związany z osobą pastora Jeremiaha Wrighta), to do tego, aby zostać uznanym doskonałym Prezydentem Stanów Zjednoczonych, trzeba umieć przeprowadzić obiecane zmiany. Zmiany, których nadrzędnym celem jest dobro społeczne, a nie – w odróżnieniu od działalności biznesowej – zysk przedsiębiorstwa. Obama być może jest wspaniałym kandydatem na CEO, ale niekoniecznie musi być wspaniałym mężem stanu.

Jak pisze w Newsweek Laurence Lessig, nowo wybrany prezydent będzie musiał zmierzyć się niebawem z ogromnymi trudnościami, a proces reformowania amerykańskiego życia politycznego i społecznego, będzie tak skomplikowany, że porównać go można do zabiegów chemoterapii przeprowadzanych na pacjencie z ranami postrzałowymi. W artykule wymienionych jest szereg przeszkód, jakie czekają na prezydenta-elekta podczas dokonywania tych zabiegów, są też wskazówki i rady dla uzdrowiciela oraz wypunktowane problemy, które muszą być rozwiązane w pierwszej kolejności.

Biorąc pod uwagę ogólnospołeczne przekonanie o tym, iż stanowisko Prezydenta Stanów Zjednoczonych kupuje się za pieniądze lobbystów i korporacyjnych bonzów, niemożliwym wydają się do przeprowadzenia zapowiadane radykalne reformy zmierzające do pozbawienia biznesu wpływu na amerykańską administrację. Wątpliwości dotyczące powiązań Obamy z Wall Street i innymi grupami nacisku obecne były od samego początku kampanii, ja pisałem o tym również w tekście Obama – zmiana czy status quo? Czy zatem realnym scenariuszem jest odsunięcie od władzy grup osób, które stoją za wybranym właśnie prezydentem? Czy Obama okaże się kolejnym doskonałym CEO – być może najlepszym CEO wśród amerykańskich prezydentów – czy jednak wielkim reformatorem i rewolucjonistą amerykańskiej polityki? Czy rację mają eksperci od wielkiego biznesu, wychwalający na łamach Reuters zdolności managerskie młodego prezydenta, czy też rację ma Lessig, upatrujący w prezydencie-elekcie największego reformatora amerykańskiego życia politycznego ostatnich czasów?