MAP – nie dla psa kiełbasa

Kolejne geopolityczne zwycięstwo Rosji. Gruzja i Ukraina nie dostaną w tym roku MAP-u (Planu na Rzecz Członkostwa). W ten sposób państwa te pokutują. Gruzini za sierpniowy konflikt, w wyniku którego ostatecznie pogodzić się będą musieli ze stratą Abchazji i Osetii Południowej. Z kolei Ukraińcy mają obecnie bardzo niestabilną sytuację polityczną, która została sprowokowana przez m.in. Moskwę. W efekcie Rosja odsunęła groźbę rozszerzenia NATO. Szczególnie, iż w roku 2008 jest to kwestia bardziej polityczna niż militarna. Sojusz Pólnocnoatlantycki boi się ryzyka, ale nie od dziś wiadomo, że „kto nie ryzykuje ten nie wygrywa”.

Zamieszanie polityczne w polityce ukraińskiej jest typowym przykładem konfliktu politycznego podsycanego przez Moskwę. Biorą w nim udział trzy strony – prezydent Juszczenko, premier Tymoszenko i szef Partii Regionów – Janukowycz. Kombinacja w parlamencie (i nie tylko) jest bardzo prosta – partia Tymoszenko i Partia Regionów są w stanie napsuć krawi Juszczence, za to Juszczenko wraz z Janukowyczem lub Tymoszenko może przechylić szalę na swoją stronę w stosunku do trzeciej siły. Mamy do czynienia z takim nieformalnym trójpodziałem wpływów. Rosjanie rozgrywają to na swoją korzyść, wspierając Janukowycza i obiecując Tymoszence ewentualne wsparcie w wyborach prezydenckich. Juszczenko też był przez jakiś czas kokietowany, ale obecnie jego pozycja słabnie. Uznawany jest zresztą za antyrosyjskiego. Europa ma jeden wielki problem, Julia Tymoszenko uparła się, by być prezydentem, jak to kobieta, i teraz wydaje się, iż temu celowi podporządkowała swoją polityczną działalność. W obliczu rozłamu w obozie pomarańczowych, bardzo spadają szansę Juszczenki, który jest powszechnie uważany za nieskutecznego. Z trójki Juszczenko, Tymoszenko, Janukowycz największe szanse na zwycięstwo zyskuje … Janukowycz, którego elektorat jest stały i nie zagrożony.

Co to oznacza dla europejskich aspiracji Ukrainy? Permanentny kryzys. NATO (ani UE) nie zgodzą się na członkostwo (w tym przypadku nawet na MAP) dopóki sytuacja polityczna nie ustablizuje się. Nad tym, by się nie unormowała, pracuje z pewnością sztab przyjaciół Ukrainy w Moskwie i kilku ludzi na Krymie. To jest dopiero drażliwa kwestia. Rosja ma tam intrumenty wpływu tylko niewiele mniejsze niż miała w Abchazji i Osetii Południowej. Do tego dochodzi stacjonowanie floty czarnomorskiej, co jest istotnym elementem strategicznym Rosjan, a przypomnę, iż Juszczenko postanowił nie przedłużać umowy o dzierżawie rosyjskiej bazy. W interesie Moskwy jest więc zmiana władzy oraz dalsza destabilizacja Krymu. Co więcej, Ukraina jest przeciez gospodarczo uzależniona od swojego wschodniego sąsiada. Decyzja NATO o nienadawaniu MAP-u ma charakter defetystyczny. Państwa zachodnie boją się zaangażowania w tamtym regionie, gdyż ciągle żyją w przeświadczeniu, że to rosyjska strefa wpływów. Sytuację tę próbuje zmienić polska dyplomacja, jednak nie jesteśmy na tyle silnym ośrodkiem, by wytyczać politykę NATO. Juszczenko też jest za słaby, by jednoosobowo decydować o przyszłości Ukrainy. Sytuacja Rosjan, niedawno jeszcze niezbyt dobra, poprawiła się. Szczególnie, iż duza część Ukraińców – z przyzwyczajenia – woli patrzeć się na wschód.

Z Gruzją problem jest dużo bardziej złożony ze względu na konflikt z Rosją, historię i prezydenta Saakaszwilego, którego Europa nie chce nagradzać za jego czyny. Politycy NATO uważają, iż nie mogą mieć w swoich szeregach kogoś tak nieprzewidywalnego jak prezydent Gruzji. Znowu – istnieje stronnictwo progruzińskie i te, nazwijmy je pragmatycznym, które spokojnie czeka na rozwój sytuacji. W odróżnieniu od Ukrainy, idea integracji z NATO i UE ma w tym państwie wysokie poparcie. Cóż z tego, jeżeli Saakaszwili raz na jakiś czas wykona jakąś nieodpowiedzialną akcję w stylu tej sierpniowej czy tej z prezydentem RP? Gruzja ma szansę wejść do NATo, ale być może pierwszym warunkiem będzie albo opanowanie nerwów przez krewkiego prezydenta albo jego wymiana na polityka bardziej odpowiedzialnego. NATO nie może sobie pozwolić na to, by państwo, które do niego należy, w tak łatwy sposób wchodziło w konflikt z Moskwą. Inna sprawa, ze Gruzja powinna zostać objęta specjalną ochroną, bo wspieranie Tblisi jest w interesie Sojuszu. Nikt jednak tego obecnie nie zamierza robić.

Wstrzymanie się z przyznaniem MAP-u jest więc, z jednej strony, decyzją racjonalną, wymuszoną sytuacją polityczną, ale z drugiej pokazująca, iż Europa (i Ameryka) boją się w tym momencie walki o wpływy z Moskwą w jej byłych republikach. Zachód kiedyś będzie musiał się na to zdecydować, na razie jednak odłożył polityczną konfrontację i oddaje inicjatywę Moskwie. Niewykluczone, że za kilka miesięcy Ukraina i Gruzja dostaną w końcu Plan na Rzecz Członkostwa, ale przygnębiające jest poczucie bezradności polityków europejskich. Moskwa nie szanuje słabych, jedyny argument, który uznaje, to siła, dlatego trzeba być równie bezwzględnym. Decyzja – przejmujemy Kijów i Tblisi, powinna być jednym z głównych elementów strategii XXI wieku, bo gdy te państwa znajdą się w naszej strefie wpłwów, to z innymi pójdzie już dużo łatwiej.

Polecam jednak cierpliwość. Moskwa posiada tyle możliwości wpłwania na Tblisi i Kijów, że droga tych państw do NATO nie będzie usłana rózami. Trzeba jednak ten krok zrobić, bo im dalej strefa NATO, tym dalej wpływy rosyjskie, a to jest dla Polski (i Europy) niezwykle istotne. Przy czym tak naprawdę te państwa są na początku drogi do integracji. Na początku – szczególnie Ukraina – muszą spełnić warunki polityczne, a z tym ostatnio jest największy problem. NATO nie chce przyjąć w swoje szeregi najsłabszego ogniwa, które w dodatku jest infiltrowane przez Federację Rosyjską.